Stan wojenny na pewno do takich należy. Dla mojej rodziny oznaczał cierpienie i rozłąkę. Nie było w tym zresztą nic niezwykłego – podobny los spotkał wówczas tysiące ludzi. Byli tacy, których dotknęły dużo ostrzejsze represje niż te, których my doświadczyliśmy – tracili na całe lata wolność lub możliwość pracy, podejmowali też najtrudniejszą chyba decyzję – o emigracji z paszportem w jedną stronę. Byli też przecież ludzie, którzy za decyzje podejmowane przez generałów WRON zapłacili najwyższą cenę.
Na tym tle moje wspomnienia mogą wydawać się błahe. Ale myślę, że wiele osób z “drugiego szeregu” Solidarności może odnaleźć w nich cząstkę własnych doświadczeń.
Obrazek 1. Trzynastego grudnia…
Wiadomość, że ogłoszono stan wojenny, przyniósł w niedzielę ojciec, który rano poszedł do kościoła. Dopiero wówczas włączyliśmy telewizor i zobaczyliśmy przemawiającego Wojciecha Jaruzelskiego.
Miałem niecałe 19 lat, byłem studentem pierwszego roku i byłem pewny, że stan wojenny potrwa kilka dni i zwyciężymy. Tego dnia byliśmy już wcześniej umówieni na składanie kolejnego numeru biuletynu Niezależnego Ruchu Harcerskiego – organizacji, którą grupa lubelskich i warszawskich instruktorów założyła kilka miesięcy wcześniej po wystąpieniu z reżimowego ZHP. Matryce miały iść do druku w poniedziałek 14 grudnia. Myśleliśmy, że wydanie pisma trzeba będzie odłożyć tylko o kilka dni.
Ojciec studził ten optymizm. Wiedział, że zanosi się na dłużej. Dopiero kilka godzin później, gdy przedostaliśmy się pod siedzibę Zarządu Regionu Solidarności, obstawioną przez ZOMO, zrozumieliśmy, że to on miał rację.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Gdy kilku smutnych panów zapytało o moją matkę, która w tym czasie była przewodniczącą NSZZ Solidarność przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że chcą ją internować. Moja mama, Ewa Jabłońska-Deptuła, była wówczas w szpitalu i esbecy odeszli z kwitkiem. Matka ze szpitala, na zaproszenie robotników, trafiła do organizującej strajk Fabryki Samochodów Ciężarowych. Tam była do końca, aż do pacyfikacji zakładu. Wychodziła tylko po to, aby przekonywać proboszczów otaczających fabrykę kościołów do otwarcia świątyń, w których mogliby się schronić uciekający robotnicy.
Zajęcie FSC odbyło się bez ofiar. Ale mogło dojść do tragedii. “Kowale wymyślili sposób obrony. Miał to być rodzaj katapulty, z której można by było ciskać na sporą odległość rozgrzane do czerwoności odkuwki. Ogarnęła mnie zgroza, gdy to usłyszałam” – napisała mama w wydanych na dwa lata przed śmiercią w 2008 roku wspomnieniach (książka “Warto było”, Wed. Werset, Lublin 2006). Przez lata opowiadała, że z trudem udało się odwieść ludzi od zamiaru odstąpienia od czynnej obrony. Pamiątką po tamtych dniach była ofiarowana jej po kilku latach czarna odkuwka z napisem: “Koleżance Ewie Jabłońskiej-Deptuła na pamiątkę wspólnego czuwania. Kowale w FSC”. Leżała na jej biurku aż do śmierci.
Potem były syreny dobiegające z odległej o kilka kilometrów Fabryki Samochodów Ciężarowych. Nie wiedzieliśmy, co się stało, bo mama nie wróciła do domu. Dopiero po kilku dniach dostaliśmy wiadomość, że ukrywa się w bezpiecznym miejscu. Był to jeden z klasztorów – ale dokładnie, który, dowiedzieliśmy się już po stanie wojennym. Mama wróciła do domu dopiero w marcu, gdy władze poinformowały uniwersytet i kurię biskupią, że nie zamierzają jej zatrzymywać.
Obrazek 2. Spacery, czyli opornik
Zimą 1982 roku między 19:30 a 20:00 na Krakowskim Przedmieściu – głównej ulicy Lublina – pojawiało się dużo więcej ludzi, niż można się tego spodziewać w mroźne, ciemne wieczory. Ostentacyjne spacery z opornikami w klapach, czapkach studenckich i licealnych w czasie znienawidzonego Dziennika Telewizyjnego musiały wzbudzać wściekłość zomowców, którzy legitymowali wszystkich i każdego, zwłaszcza gdy zbliżała się kolejna “miesięcznica” po wprowadzeniu stanu wojennego. Przy kontroli dokumentów czerwoną flagą był dla nich brak pieczątki o zatrudnieniu w dowodzie osobistym. Gdy na żądanie o legitymację studencką wyciągało się dokument ze stemplem KUL, nie można było liczyć na pobłażliwość. Tak było i w moim przypadku. Spacer po Krakowskim Przedmieściu wydłużył się o 48 godzin spędzonych w areszcie na ul. Północnej w Lublinie. Finał tej przygody miał miejsce kilka dni później, gdy zostaliśmy wezwani do dziekanatu. Prodziekan mojego wydziału doc. Jan Ziółek zachował się jednak bardzo przyzwoicie. Zakomunikował, że ma prawny obowiązek poinformowania nas o otrzymaniu listu domagającego się wyciągnięcia wobec nas konsekwencji (z relegacją włącznie), po czym uścisnął nam wszystkim dłoń i powiedział “do widzenia”. Konsekwencji żadnych nie było.
Obrazek 3. Majowe igraszki, czyli zapraszamy do “biura”
3 maja 1982 r. spod lubelskiej katedry tłum ruszył Krakowskim Przedmieściem w stronę placu Litewskiego. Były pały, gaz i to wszystko, co widzimy na ocalałych z tamtego czasu filmach. Wśród tłumu mnóstwo czapek studenckich i licealnych. Po manifestacji zamknięto Liceum im. Jana Zamoyskiego, w którym kilka miesięcy wcześniej, w środku karnawału Solidarności, zdawałem maturę. Wyrzucono wieloletniego dyrektora, a jego fotel przejął miejscowy sekretarz POP. Uczniów też przetrzebiono – tylko dlatego, że ich charakterystyczne czapki w kształcie kepi najbardziej rzucały się w oczy.
Napięcie nie słabło w kolejnych dniach. Gdy 5 maja przechodziłem przypadkiem przed pomnikiem ku czci 3 Maja – miejscem, gdzie gromadziły się w Lublinie niepodległościowe manifestacje – zatrzymał mnie patrol ZOMO. Czapka studencka i KUL-owska legitymacja studencka przesądziły. “Zapraszamy do biura” – usłyszałem. “Biurem” okazał się stojący na bocznej uliczce osinobus (ciężarówka z kabiną pasażerską na platformie). W środku kilkunastu zomowców siedziało plecami do okien. Popchnięto mnie na leżącą pośrodku ławę. Wizyta w “biurze” skończyła się po otrzymaniu około dwudziestu pał – tyle przynajmniej śladów doliczył się lekarz podczas obdukcji.
Po demonstracjach, 3 maja, SB przyszło znowu po mamę. Tym razem trafiła do obozu dla internowanych, jako jeden z prowodyrów masowych demonstracji. Upłynęło kilka długich dni, zanim dowiedzieliśmy się, że zawieziono ją do Gołdapi.
Obrazek 4. “Wczasowy” internat
Gołdap od Lublina dzieli niewiele ponad 400 kilometrów, ale w 1982 podróż w jedną stronę zabrała nam przeszło 2 dni. Nie mieliśmy samochodu (kto zresztą wówczas miał dostęp do benzyny?), więc trzeba było jechać środkami komunikacji publicznej. Najpierw całą noc do Białegostoku – jedynym bezpośrednim pociągiem, zwanym złośliwie przez studentów – “Strzałą Północy” (200 km w 8 godzin). Potem w podobnym tempie – z przesiadkami do Ełku, do Olecka i wreszcie do Gołdapi. Gdzieś w Olecku w dworcowej poczekalni obejrzeliśmy rozgrywany na mundialu w Hiszpanii mecz Polska – Peru, co w tych okolicznościach wydawało się kompletnym surrealizmem.
Zgodnie z przepisami nie miałem prawa do odwiedzin mamy. Mogły to robić tylko dwie wyznaczone przez nią osoby – mój tata i mój wuj. Nie mogłem starać się o widzenie jako dziecko, bo byłem już pełnoletni. Pojechałem więc do Gołdapi z 9-letnią siostrą, lądując na noc na plebanii u księdza Aleksandra Smędzika, przyjmującego z otwartymi rękami docierające na kraniec Polski rodziny.
To miało być luksusowe miejsce dla internowanych. Położona przy samej granicy (wtedy z ZSRR, teraz z Rosją) Gołdap ma przecież status uzdrowiska, a miejsce internowania umieszczono w ośrodku rządowym, czym WRON-a głośno się chwaliła. Mogło być gorzej – kobiety w Olszynce Grochowskiej czy Darłówku miały trudniejsze warunki, nie mówiąc o mężczyznach przetrzymywanych w zwykłych zakładach karnych. Z czasem okazało się jednak, że ulokowanie “internatu” w środku lasu było kolejną torturą, bo przecież nie można było wyjść na zewnątrz. “Brak ‘spacerniaka’ był bardzo dolegliwy i to nie tylko pod względem fizycznym, ale też psychicznym, wzmagał bowiem poczucie zatrzaśnięcia, z tygodnia na tydzień gorzej znoszonego – wspominała potem mama. – Stopniowo przeradzał się w regularną klaustrofobię”.
Moja siostra do dziś wspomina, jako traumatyczne przeżycie, gdy do drzwi ośrodka prowadzili nas żołnierze z karabinami i psami wytresowanymi na ludzi. A samo widzenie? “Władza” wykazała wyjątkową łaskę i jedną godzinę rozmowy wydłużono do dwóch. Powrót do Lublina też zabrał dwa dni.
W kilka tygodni później karetka odwiozła moją mamę do szpitala w Lublinie. Do Gołdapi już nie wróciła, bo Jaruzelski litościwie wypuścił z internowania wszystkie kobiety. Nie była to jednak ostatnia rodzinna wyprawa na północ. Ponieważ w ośrodku dla internowanych został dowód osobisty mamy (wywożono ją do szpitala, jako osobę pozbawioną wolności) do Gołdapi pojechał po dokumenty mój ojciec.

Wstał w samo południe na kacu ,włożył laczki i nakarmił kota Alika .Wyszedł do kościoła ,przeszedł obok patroli ZOMO i przejeżdżających czołgów .I nic go nie zaskoczyło .W kościele ktoś go uświadomił co się stało. Wspomnienia - http://www.fakt.pl/Jaroslaw-Kaczynski-w-stanie-wojennym-obudzil-sie-dopiero-w-poludnie,artykuly,139602,1.html