



Tego, co przeżyły ofiary tamtych wydarzeń, nigdy nie da się zrekompensować żadnymi odszkodowaniami, ale też osoby te twierdzą dzisiaj, że nie wyobrażają sobie, aby mogły wtedy postąpić inaczej. Nie uważają się za bohaterów, mimo że to dzięki nim właśnie Polska stała się wolnym, demokratycznym państwem. Internowani – kim byli i co dzisiaj o nich wiemy? Żyją i są wśród nas, także tu, na emigracji. Chcą składać świadectwo swoich czasów. Oto wspomnienia jednego z nich:
Jak się to wszystko zaczęło?
Gdy teraz myślę o tych wszystkich wydarzeniach, to jestem przekonany, że miałem dużo szczęścia, gdyż wyszedłem z tego cało. W domu miałem dwójkę dzieci, żonę i teściową na skraju wyczerpania nerwowego. A jednak to było silniejsze ode mnie. Zaryzykowałem, podjąłem wyzwanie. Po prostu nie mogłem patrzeć obojętnie na tę całą sytuację wokół mnie i na tę otchłań, w którą staczała się Polska....
Zaczęło się całkiem zwyczajnie, w miejscu pracy, w klubie, podczas spotkania z kolegami. To wisiało w powietrzu. Zagrzewało nas do walki poczucie, że musimy coś w Polsce zmienić, że damy radę, że to nasz obowiązek... Nie, nie myśleliśmy wtedy, że jesteśmy bohaterami. Oczywiście że baliśmy się, ale jeszcze więcej nienawidziliśmy komuny...
Moje pierwsze zetknięcie się z “Solidarnością” nastąpiło w fabryce wtryskiwarek w Żywcu, gdzie pracowałem od 1964 roku do czasu emigracji w roku 1982. W 1979 roku ukończyłem studia na Politechnice Krakowskiej (zaoczne) i uzyskałem tytuł inżyniera mechanika. Do czasu przejścia do pracy w “Solidarności” w rejonie Podbeskidzie, w fabryce wtryskiwarek pełniłem funkcję kierownika komórki wynalazczości. Wtedy właśnie przejąłem też odpowiedzialne stanowisko zastępcy przewodniczącego do spraw informacji w “Solidarności”.
Porwała mnie solidarnościowa fala
Zostałem oddelegowany do krajowej komisji przygotowującej pierwszy zjazd “Solidarności” w Gdańsku – Oliwie. Niestety, moja działalność została także zauważona przez organy ówczesnej władzy ludowej. No i się zaczęło... Jeżdżąc do Gdańska w pewnym momencie zauważyłem, że miałem za sobą szpicla – ubeka. Starałem się początkowo na to nie zwracać uwagi, w końcu jednak nie wytrzymałem nerwowo. Na dworcu w Gdańsku – Wrzeszczu podszedłem do mego prześladowcy i zapytałem, o co chodzi?. Odwrócił się i wymamrotał: “My was przyłapiemy wkrótce” i odszedł. Od tego czasu, za każdym razem, gdy wyjeżdżałem do Bielska-Białej czy do Gdańska, zawsze towarzyszył mi “cień ubecki”.
Pewnego dnia zarząd Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność” w mojej fabryce wtryskiwarek podjął decyzję o ogłoszeniu plebiscytu na temat: “czy Polska Zjednoczona Partia Robotnicza jest prawnie w zakładach pracy?”. O poradę prawną, czy plebiscyt jest warty rozgłaszania, zwrócono się do okręgu “Solidarności” w Bielsku-Białej. Ta sprawa została przydzielona mnie, jako szefowi informacji. Aby podjąć właściwą decyzję, zwróciłem się do doradców “Solidarności” w Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu. Sugestie były różne. Mecenas Władysław Siła-Nowicki proponował, aby zatrzymać tę sprawę, gdyż była zbyt niebezpieczna dla związku w tamtym okresie. Jednakże przegłosowano, aby ten plebiscyt się odbył.
Przedtem jednak coraz bardziej nasilał się kryzys, zarówno gospodarczy, polityczny, jak też mój osobisty. Do mojej żony i 4-letniego syna podeszła kobieta i zasugerowała, abym przestał działać w związku, bo będę miał kłopoty z władzą. Żona przestraszona, roztrzęsiona psychicznie, stanowczo zażądała, abym zrezygnował z działalności w związku w imię bezpieczeństwa rodziny. Ale ja nie mogłem się wycofać, sprawy zaszły już za daleko. Był to dla mnie szczególnie ciężki okres, byłem pod ciągłą obserwacją zarówno w pracy, jak i podczas działalności politycznej. Coraz bardziej realne stawało się także w tym okresie wprowadzenie stanu wyjątkowego i stąd też podczas zebrania związkowego podjęliśmy rezolucję o przekazaniu pełnomocnictwa okręgu do poszczególnych przedsiębiorstw, między innymi dla zarządu fabryki wtryskiwarek w Żywcu. Ta rezolucja stała się powodem wielokrotnych przesłuchań (co najmniej ośmiu) w czasie mojego internowania.
A potem nastąpił 13 grudnia 1981 roku...
Stan wojenny zastał mnie w domu. O północy horda zomowców i milicjantów (było ich 10- lub 12) zaczęła się dobijać do mojego mieszkania. To nie było pukanie lub dzwonienie, ale łomot z rozkazem: “Otwierać solidarnościowcu, przyszliśmy ci złożyć wizytę!”. Powiedziałem im: “Uspokójcie się, dzieci śpią, mamy również chorą starszą osobę” – ale nic do nich nie trafiało. Jeden z milicjantów nogą rozwalił drzwi i cała gromada wpadła do mieszkania. Dwóch złapało mnie, upadłem na podłogę. Przebudzone dzieci zaczęły panicznie płakać, mnie wyciągnięto na korytarz w koszuli, w spodniach i domowych pantoflach. Na prośbę żony, aby pozwolili mi założyć buty odpowiedziano jej: “Tam, gdzie idzie, nie będą mu potrzebne”.
Pamiętam, że żona zapytała: “Zamierzacie go zabić?”. Wtedy jeden z milicjantów wybełkotał: “Kto wie, wszystko jest możliwe”. Żona zdążyła jeszcze zarzucić na mnie płaszcz.
Mieszkałem na czwartym piętrze, pędzono mnie więc w dół. Na półpiętrze stał zomowiec z pałką, uderzył mnie w okolice nerek, gdy go mijałem. Zacząłem się bronić, uderzyłem tego zomowca i skoczyłem na niższe schody. Przed drzwiami wyjściowymi stała następna grupa oprawców. Utworzyli “ścieżkę zdrowia”, jak to określili, i próbowali pałować mnie w drodze do samochodu milicyjnego. Kilka razy otrzymałem potężne razy w plecy. Jednak nie załadowano mnie do więźniowego auta, w którym byli już koledzy. Transportowano mnie samochodem osobowym – jechałem z tyłu w towarzystwie dwóch zomowców.
Gdy samochód ruszył, wykręcili mi ręce do tyłu, zmusili do pochylenia się do przodu. Milicjant siedzący z przodu “poczęstował” mnie ciosem prosto w twarz, która zalała się krwią. Resztką sił wcisnąłem głowę pomiędzy siedzenia, tak że oprawcy mogli mnie bić tylko po plecach.
W tym stanie dojechałem do komendy milicji. Zaprowadzono mnie do pomieszczenia, gdzie było dwóch cywilów i jeden oficer wojskowy. Któryś z nich zapytał: “Co, upadliście? Oj, to niedobrze, tam jest umywalka, obmyjcie się, bo ktoś pomyśli, że milicja was biła”. Kazano mi się rozebrać do naga. Zaczerwienione i już prawie brunatne miejsca od bicia zaczęły piec i boleć. Po sprawdzeniu, czy nie mam broni ani niczego podejrzanego, co uderza w socjalizm, kazano mi się ubrać. Zapytałem, czy mogą dostarczyć mi buty z domu. Pamiętam, że zaczął padać śnieg i na dobre nadchodziła zima. Odpowiedziano mi: “Nie, tam na miejscu dostaniecie inne”. Zrozumiałem, że zanosi się na dłuższy pobyt, jednak nie wiedziałem gdzie.
Internowanie
Zamknięto mnie w celi, gdzie siedzieli już moi koledzy ze związku. Byliśmy odizolowani od świata, nie mieliśmy dostępu do żadnych informacji o aktualnej sytuacji w kraju. Ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca, bo całe ciało bolało mnie przy najmniejszym poruszeniu. Do tego wszystkiego obezwładniało mnie poczucie bezsilności. Dosłownie “cierpłem” na myśl o żonie i dzieciach, o ich losie. Nie chciałem nawet myśleć o tym, co się stanie ze mną, a także ze związkiem “Solidarność”.
Wkrótce przewieziono mnie do więzienia w Jastrzębiu Zdroju na Śląsku. Tam szybko poczułem się wśród swoich, bo była tam większość moich kolegów ze związku. Zaczęliśmy ustalać plan dalszego postępowania. Jedno było pewne – chociaż zmaltretowali nas fizycznie, nie byli w stanie zabić w nas ducha walki. Już wiedziałem, że “Solidarność” nie zginie, sen z powiek spędzała mi tylko troska o moją rodzinę. Myśl o żonie i dzieciach towarzyszyła mi podczas bezsennych nocy, kiedy to z szeroko otwartymi oczami wpatrywałem się w ciemność celi.
Mój pobyt w więzieniu naznaczony był licznymi przesłuchaniami. Próbowano wyciągnąć ode mnie jak najwięcej informacji na temat związku, jego działaczy i zasięgu. Ciągle te same pytania, straszenia, pogróżki... W tej atmosferze zbliżaliśmy się do świąt Bożego Narodzenia. Były to bardzo smutne święta, bo spędzone z dala od rodziny, przeżyte w niepewności o przyszłość. Spędziliśmy je w celi przy świecy zrobionej z margaryny i knota wyciągniętego z prześcieradła.
Pomimo wszystkich dramatycznych przeżyć nigdy nie traciliśmy nadziei. I mieliśmy szansę się przekonać, że nie byliśmy sami. Gdy o godz. 22:00 pogaszono już światła, zobaczyliśmy przez kraty w oknach, że w pobliżu więzienia były bloki mieszkalne, w których na wyższych piętrach zapalały się i gasły światła. Później dowiedzieliśmy się, że poprzez tę grę świateł mieszkańcy manifestowali nam swoje poparcie. To było bardzo budujące. Kilka dni później, w wigilię Nowego Roku dowiedzieliśmy się również, że naszą sprawą internowania zajęła się międzynarodowa organizacja
Czerwonego Krzyża i interweniuje w rządzie polskim.
W połowie stycznia żona otrzymała zezwolenie na widzenie się ze mną. To była dla nas chwila radości po tak długim okresie niepewności i oczekiwania. Z ulgą przyjąłem także wiadomość, że pomagają jej sąsiedzi, a również Kościół zainteresował się losem naszej rodziny. Niestety, dowiedziałem się także, że stan zdrowia mojej teściowej uległ poważnemu pogorszeniu, na co miały wpływ przeżycia ostatnich tygodni.
W lutym 1982 roku zawiadomiono nas, że obóz internowanych w Jastrzębiu Zdroju uległ likwidacji, a nas czeka przeprowadzka do nowego miejsca. Oczywiście nie ujawniono przy tym żadnych szczegółów, więc gdy zorientowaliśmy się, że kierujemy się na wschód, byliśmy pewni, że wywożą nas na Syberię. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w końcu na nowe miejsce, którym okazał się Łupków w Bieszczadach. Po rozlokowaniu nas w celach, znowu zaczęły się przesłuchania: te same pytania, zastraszanie, namawianie do złożenia oświadczenia o wystąpieniu ze związku, pogróżki pod adresem rodziny. W ogóle traktowano nas przedmiotowo. W więzieniu podczas spacerów dziennych wpuszczano nas do dużej klatki! Dopiero bunt i interwencja grupy zomowców przyczyniły się do likwidacji tej klatki. Nasza sytuacja wyraźnie się poprawiła dopiero po wizycie przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, gdyż zarząd więzienia odczuwał respekt przed obcą interwencją.
Tak dotrwaliśmy do lipca, kiedy to została ogłoszona wiadomość o zwolnieniach internowanych. Wraz z grupą sześciu kolegów udaliśmy się do klasztoru w Komańczy, gdzie udzielił nam pomocy sam kardynał Wyszyński. Tam dostaliśmy pomoc: wspaniały obiad i adres osoby, która zawiezie nas do Żywca i później do Bielska-Białej. Do domu dotarłem tuż przed północą. Po przywitaniu się z żoną i dziećmi od razu nastąpiło zderzenie z przykrą rzeczywistością. Na skutek wyczerpania nerwowego stan mojej teściowej gwałtownie się pogorszył i musiała zostać przewieziona do domu opieki społecznej.
Emigracja do USA
Po zwolnieniu z więzienia tak naprawdę nigdy nie odzyskałem wolności. Stosowano wobec mnie wszelkie możliwe szykany. Bezustannie mnie śledzono. Po zgłoszeniu się do pracy dostałem wiadomość, że zostaję przeniesiony na inne stanowisko, z dużo mniejszym wynagrodzeniem. Także moja żona miała przykrości w pracy. W końcu to ciągłe śledzenie i śmierć teściowej skłoniły mnie do rozważenia możliwości wyjazdu z kraju.
W czasie wizyty w konsulacie amerykańskim dowiedziałem się, że muszę pokryć tylko koszty wyjazdu do kraju tymczasowego pobytu, natomiast na bilet do Stanów Zjednoczonych cała moja rodzina dostanie pożyczkę, którą możemy spłacić dopiero jak się urządzimy. Postanowiliśmy skorzystać z tej oferty i złożyliśmy wnioski o paszporty. Po odbyciu niemiłej rozmowy z urzędnikami paszporty nam jednak przyznano. Chciano przy tym zatrzymać mojego 18-letniego syna, odmawiając mu prawa wyjazdu, jednak zagroziliśmy, że rozgłosimy tę sprawę. Ostatecznie cała nasza rodzina otrzymała paszporty 4 listopada 1982 roku.
Po pospiesznej likwidacji mieszkania i spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy opuściliśmy Polskę, 22 listopada, z biletami w jedną stronę, bez prawa powrotu. Wyjechaliśmy do Niemiec, skąd – po trzytygodniowym pobycie w obozie uchodźców – dotarliśmy do Stanów Zjednoczonych.
Tak trzeba było...
Gdy dziś myślę o tych wszystkich przeżyciach, wiem, że tak trzeba było postąpić, bo to był nasz czas. Wtedy nie myślałem o konsekwencjach. Ryzyko było wpisane na stałe w moje życie tak głęboko, że nie wyobrażałem sobie, iż mogłoby być inaczej. Internowanie ukształtowało mój los, wytyczyło moją drogę na emigracji. Jednak nawet po blisko 30 latach pobytu w USA – mieszkam z rodziną w Clearwater na Florydzie – nigdy nie przestałem być Polakiem. Cieszą mnie przemiany w naszym kraju i na bieżąco śledzę sytuację w Polsce. Cieszy mnie również decyzja rządu, który zdecydował się na wypłatę odszkodowań ofiarom prześladowań. Czuję, że to, co zrobiliśmy, nie poszło w zapomnienie, że ktoś zainteresował się naszym losem. Odczuwam taki spokój, że sprawiedliwości stało się zadość, bo tylko po załatwieniu wszystkich zaległych spraw można budować podwaliny nowego demokratycznego państwa.
