



Dr Blase Billack ma 39 lat. Wychował się w północnym New Jersey, a obecnie mieszka w powiecie Bergen. Jako dziecko spędzał wakacje u dziadków w Polsce; nadal zresztą uwielbia jeździć do Zakopanego i wspinać się na Giewont.
Z językiem polskim miał styczność od urodzenia, dzięki mamie, która pochodzi z Podkarpacia. Po polsku rozmawia też z żoną oraz ma wielu polskich znajomych. Aktywnie uczestniczy w dyskusjach Kongresu Polonii Amerykańskiej, oddziału północnego, którego jest członkiem.
Choć przyznaje, że jako dziecko nie chciał chodzić do polskiej szkoły, to utożsamia się z polskością. "To część mojej osobowości i jestem dumny z tego, że jestem Polakiem" – mówi.
Blase Billack jest naukowcem specjalizującym się w toksykologii i badaniach nad rakiem piersi. Wykłada na St. John University w Nowym Jorku, gdzie też prowadzi swoje badania. Karierze naukowej poświęcił wiele czasu, jednak od zawsze interesował się również polityką. W pewnym momencie stwierdził, że już nie może biernie patrzeć na to, co się dzieje w kraju. "Uwielbiam moją pracę, zajęcia ze studentami i badania naukowe, ale również kocham Amerykę, która według mnie nie idzie w dobrym kierunku" – mówi tłumacząc, dlaczego chce poważnie zająć polityką.
To jego drugie podejście do Kongresu. W 2010 roku ubiegał się z 8. dystryktu. Co prawda odpadł w prawyborach, ale nie stracił zapału do polityki. "Jak się raz ktoś w to wgłębi, to nie można już spokojnie usiąść, bo zaczyna się widzieć pewne sprawy i nie można koło nich przejść obojętnie. Jak się człowiek wycofa i zrezygnuje, to jakby dawał przyzwolenie na to, co się wokół dzieje" – twierdzi dr Billack, który w styczniu oficjalnie ogłosił początek swojej drugiej kampanii, a w najbliższą niedzielę w Johnny's Bar w Clifton spotyka się z wyborcami.
Zebrał już większość podpisów potrzebnych do złożenia w Trenton petycji o umieszczenie jego nazwiska na karcie do głosowania w czerwcowych prawyborach. Liczy też na nominację Partii Republikańskiej z powiatu Bergen. "Nominacja oznacza, że partia stawia przy tobie znaczek i mówi, że cię popiera. Nie gwarantuje to wygranej w prawyborach, ale bardzo pomaga. Bez nominacji trudno jest wygrać" – tłumaczy.
Dr Billack mocno popiera takie konserwatywne wartości, jak np. prawo dziecka do życia czy małżeństwo jako związek między kobietą i mężczyzną (choć nie ma nic przeciwko związkom partnerskim). Jednak, jak twierdzi, nie jest stereotypowym republikaninem i np. popiera ideę związków zawodowych, pod warunkiem, że nie są skorumpowane i właściwie dowodzone. "Kształtuję moje poglądy według tego, co byłoby lepsze dla ludzi, bez nadawania im etykietki" – wyjaśnia.
Barackowi Obamie nie może wybaczyć reformy systemu ubezpieczeń zdrowotnych. Naprawę tego systemu stawia pośród priorytetów swojego programu wyborczego. "Zatwierdzenie liczącego 3000 stron projektu ustawy, którego kongresmani nie dali rady przeczytać, nie było w porządku. Teraz naród będzie ponosił tego konsekwencje" – mówi dr Billack, tłumacząc, że przez reformę w takiej formie, w jakiej została zatwierdzona, wprowadzone zostaną limity na wiele badań diagnostycznych. "Ubezpieczenie nie pokryje kobietom mammografii co roku, tylko co dwa lata. Jako specjalista od badań nad rakiem piersi wiem, że 2 czy 3 miesiące mogą decydować o życiu kobiety – tłumaczy. – Potrzebujemy w Waszyngtonie ludzi, którzy będą wiedzieli, jak zreformować ten system, i którzy nie są manipulowani przez koncerny farmaceutyczne".
Nie jest przeciwny antykoncepcji, ale nie chce, aby podatnicy za nią płacili. "To nie jest lek ratujący życie, jak leki na cukrzycę czy przeciwrakowe" – podkreśla. Zupełnie też zgadza się z nowo nominowanym kardynałem Timothym Dolanem, arcybiskupem Nowego Jorku, który ostro występuje przeciwko rozporządzeniu, aby instytucje katolickie zapewniały swoim pracownikom bezpłatne środki antykoncepcyjne. "To zamach na naszą wolność religii. To tyrania w najgorszej formie" – mówi.
Innym oczkiem w głowie dr. Billacka jest nauka oraz edukacja. "To stamtąd bierze się innowacyjność" – twierdzi. Popiera to, że Departament Edukacji zwalnia poszczególne stany z konieczności dążenia do celów wytyczonych przez federalną ustawę No Child Left Behind. "Zasada 'one fits for all' nie jest dobrym rozwiązaniem dla naszych dzieci i młodzieży. Są dzieci, które mają zdolności do literatury, matematyki, pisania albo nauk ścisłych. Nie muszą być dobre we wszystkim" – tłumaczy. Dlatego postuluje, aby o 75 procent zredukować Departament Edukacji, a lokalnym władzom oraz radom oświatowym dać możliwość decydowania o kształcie szkolnictwa na danym terenie. "One wiedzą lepiej, co jest dobre dla społeczności, której służą. Jak lokalne władze będą miały władzę nad lokalnym szkolnictwem, to będą się starać i znajdą sposoby na to, żeby efektywnie nauczać" – mówi dodając, że w latach 60. i 70., kiedy jeszcze nie istniał Departament Edukacji, szkolnictwo w Stanach było na dobrym poziomie, co bardziej sprzyjało innowacyjności.
Jego zainteresowanie polskimi sprawami nie ogranicza się do spotkań z polskimi znajomymi, wycieczek na Giewont czy udziału w Paradzie Pułaskiego. Dzięki członkostwu w KPA bliskie są mu takie sprawy, jak włączenie Polski do ruchu bezwizowego czy instalowanie tarczy antyrakietowej.
"Od zakończenia zimnej wojny Polska jest sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych i wspierała je w wojnie z Irakiem czy Afganistanem. Tymczasem Węgrzy i Słowacy mogą do Stanów jeździć bez wizy na wakacje, a Polacy nie. To straszne" – mówi.
Żałuje też, że mniej Polaków emigruje do Ameryki. "Cieszę się, że status Polski w Europie się poprawia, ale Ameryka traci przez to, że mniejsza liczba Polaków decyduje się osiedlić w Stanach. Tak jak wszyscy imigranci, Polacy ciężko pracują, przyczyniają się do rozwoju kultury i gospodarki tego kraju – mówi. – Nie ma się co obawiać, że po zniesieniu wiz Polacy masowo tu będą przyjeżdżać i zostawać. Teraz Polacy wolą pracować w Europie".
Billack jest też zwolennikiem zainstalowania tarczy antyrakietowej w Polsce. "Jestem kompletnie rozczarowany administracją Baracka Obamy, która zarzuciła ten projekt. Rosja potrzebuje klarownego przesłania, że musi trzymać się zasad uczciwej gry. Moim zdaniem z Rosją trzeba uważać. Chciałbym, żeby jednak doszło do realizacji programu antyrakietowego w Polsce" – mówi kandydat na kongresmana.
Zmorą północnego New Jersey, gdzie leży dystrykt 9., z którego Blase Billack chce się ubiegać o stanowisko w Kongresie, są powodzie. Wylewające rzeki niszczą tereny mieszkalne, często pozbawiając ludzi dobytku.
Dr Billack doskonale zna ten problem. Wychował się w Wayne, gdzie powodzie stanowią jedno z największych zagrożeń. Widział też to, co działo się w ubiegłym roku w Wallington i Garfield po huraganie Irene.
"Problem z powodziami składa się z kilku czynników. Jeden to prawa natury – są w przyrodzie okresy suche i deszczowe. Drugi jednak to polityka zagospodarowania przestrzennego, która pozwala na budowanie domów w miejscach zagrożonych powodziami" – tłumaczy Billack. Dziwi się, że kilka metrów od rzeki Passaic, wzdłuż River Drive, na granicy Garfield z Elmwood Park, powstaje kompleks mieszkalny. "Czy ktoś myśli, że ten teren nigdy nie zostanie zalany? Podatnicy za to zapłacą" – kwituje.
Oprócz bardziej przemyślanej polityki zagospodarowania przestrzennego ma jeszcze kilka innych pomysłów zapobiegania powodziom. "Może powinniśmy rozważyć, czy nie warto pogłębić rzeki" – mówi. Popiera też m.in. wykupywanie zagrożonych powodziami nieruchomości w poszczególnych miastach. "Naturalnie realistycznie rzecz biorąc to plan na 30-50 lat, bo nikt nie ma na tyle pieniędzy, żeby naraz wykupić wszystkie zagrożone domy po cenach rynkowych" – przyznaje. Aby zrekompensować lokalnym władzom mniejsze dochody z podatków od nieruchomości, proponuje stworzenie specjalnego funduszu.
Swoje poglądy dr Blase Billack wyraża stanowczo, ale nie nachalnie. Jak na naukowca przystało, każdą opinię ma popartą racjonalnymi przesłankami. Nie zraża się tym, że niektóre poglądy czynią go niepopularnym w pewnych kręgach. "Jestem idealistą. Może to nie najlepsza droga do polityki, ale to co. Walczę o to, co – moim zdaniem – jest najlepsze dla ludzi i kraju" – mówi.
Widac mierny z niego “naukowiec” , skoro sie wzial za polityke….
.......... jako polityk tez wyglada blado…... kupa demagogii i wyswiechtanych frazesow….. ” Węgrzy i Słowacy mogą do Stanów jeździć bez wizy na wakacje, a Polacy nie.”..... ja swoja droga nie spotkalem jeszcze Wegra, ktory by pracowal w USA nielegalnie….
Ponieważ, my Wielki Wódz, mieszkamy w Arizonie, więc arcana ‘njudżersejowskiej” polityki są nam obce. Dlatego nie będziemy nikogo zachęcać do głosowania za lub przeciw pana Billacka, tym bardziej, że go osobiście nie znamy.
Ale cieszy nas w tym artykule co innego.
Wielokrotnie na tym forum krytykowaliśmy Nowy Dziennik za to, że piszac o Polakach w USA konsekwentnie zwracają uwagę (prawie) wyłacznie na ludzi ze środowiska artystyczno-literackiego. Zrobił jakiś malarz wystawę obrazów w galerii na Greenpoincie? No to walimy artykuł na całą stronę o tym wiekopomnym wydarzeniu. Napisał jakiś poeta wierszyk, którego nikt nigdy nie przeczyta? Nowy Dziennik zrobi o tym artykuł. Przyjechał gość z Polski i zrobił w Ameryce oszołamiającą karierę - bo został (ho, ho!) didżejem? Artykuł gotowy.
Natomiast konsekwentnie pomijani byli Polacy którzy dokonali w Ameryce naprawdę czegoś wartościowego. Bez więszych trudności moglibyśmy,, bez wychodzenia z tipi - znaleźć na internecie polskich lekarzy specjalistów prowadzących na Manhattanie praktyki. Niektózy byli nawet opisywani w New York Timesie - ale nie w Nowym Dzienniku. Żadna sztuka znaleźć na nowojorskich uczelniach profesorów z Polski - ale Nowy Dziennik nie uważa tego za rzecz wartą wzmianki. Można wskazać fundusze inwestycyjne zarządzające ogromnymi majątkami, zatrudniające polskich informatyków - ale Redakcja nie uważa za stosowne zniżać się do tego aby pisać o jakiś komputerowcach. Lepiej pisać o niedorobionych kandydatkach na aktorki lub modelki.
Więc trochę nas cieszy, że wreszcie ktoś dostrzegł naukowca polskiego pochodzenia pracującego na nowojorskiej uczelni. Może to początek jakiś zmian?
Wyglada na to ze mieszkancy NJ maja wreszcie kandydata o polskich korzeniach, ktorego warto poprzec. Problem polega na tym, ze jest Republikaninem, a wielu dzialaczy organizacji polonijnych jest zwiazanych od lat z partia demokratyczna i ze zwiazkami zawodowymi ktore te partie finansuja. Dlatego tez Polonia nie ma sily politycznej w USA: Demokraci wiedza ze polskie glosy dostana i nic dla Polakow nie musza robic, Republikanie natomiast nie wyciagaja reki do Polakow, bo wiedza ze tak czy inaczej ich glosow nie dostana. Pamieteajmy ze Barack Hussein Obama, ktory wyszedl z demokratycznej maszyny Chicago (podobni drugiego co do wielkosci polskiego miasta), nie zaprosil ani jednego Polaka do Bialego Domu czy tez do obecnej administracji. Dalej szczycimy sie Zbigniewem Brzezinskim, ale to bylo 30 lat temu…

Obama nie zaprosil Polakow,bo nic nie remontuje w Bialym Domu.