



Znowu zademonstrowaliśmy obojętność wobec manifestacji poparcia dla nielegalnych. Zignorowaliśmy wezwanie do udziału w imprezach, które miały zaalarmować władze, że najwyższa pora na uchwalenie reformy imigracyjnej.
Po wcześniejszych protestach, wiecach i marszach sojusznicy milionów nieudokumentowanych mieszkańców Stanów Zjednoczonych wpadli na oryginalny pomysł, aby także inaczej dać znać o potrzebie rozwiązania palącego problemu. Wezwali do masowego udziału w bardziej lub mniej formalnych przyjęciach, które miały dowieść przejęcia się społeczeństwa losem nielegalnych i wzmóc nacisk na Biały Dom i Kapitol, aby położyły kres przewlekłym debatom i zaczęły działać.
Imigracyjne party odbywały się w domach prywatnych, kościołach, siedzibach różnorakich stowarzyszeń i instytucji. Przyciągnęły wielotysięczne tłumy. Organizatorzy z Reform Immigration for America spodziewali się 650 imprez. Rezultaty ich apelu przeszły wszelkie oczekiwania. W 45 stanach i Portoryko odbyło się ponad tysiąc proimigracyjnych przyjęć. Kulminacją była ogólnokrajowa telekonferencja, która przyciągnęła 60 tysięcy ludzi z niezwykłej koalicji duchownych różnych wyznań, związków zawodowych, obrońców praw obywatelskich, organów egzekwowania prawa i tych wszystkich, którzy na co dzień wspierają imigrantów. Przyszli im w sukurs ustawodawcy z niższej izby Kongresu Luis Gutierrez, Raul Grijalva oraz reprezentująca Nowy Jork Lidia Velazquez.
Ustawodawcy nawoływali do zbiorowej akcji, która przypomniałaby Barackowi Obamie, że minął już rok odkąd wybrany został na prezydenta i powinien dotrzymać obietnic. Wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej niewiele zrobił on na rzecz reformy, która uczyniłaby normalnym życie milionów ludzi mieszkających w USA bez ważnych dokumentów. Nie przekonują usprawiedliwienia, że Waszyngton ma ważniejsze sprawy na głowie, w tym walkę z recesją, batalię o zatwierdzenie reformy opieki zdrowotnej. Władze najważniejszego mocarstwa na świecie nie mogą sobie pozwolić na luksus koncentrowania się na jednym czy kilku priorytetach. Niesprawny system imigracyjny nie jest błahostką. Oddziałuje i na problemy bezpieczeństwa kraju, i na gospodarkę. Tym bardziej zatem potrzebne jest kontynuowanie społecznych nacisków na administrację. Szkoda, że nie przyłącza się do nich z wigorem społeczność polonijna.
W Chicago, choć skromnie, nasi rodacy wzięli udział w imprezie imigracyjnej w Jezuickim Ośrodku Milenijnym. W stanie Nowy Jork, który według ostatniego Censusu, skupia największą liczbę osób polskiego pochodzenia, zapanowała głucha cisza. A przecież na reformę imigracyjną czekają także tysiące naszych braci znad Wisły. Nie oglądajmy się na Latynosów, Azjatów i Rosjan. Pomoc dla osiadłych w USA bez ważnych dokumentów Polaków to przede wszystkim nasz obowiązek.
