



W styczniu legislatura stanowa zatwierdziła projekt ustawy, która pozwala dystryktom szkolnym lub administracji miejskiej zdecydować, czy wybory do rady oświatowej (education board) przenieść z kwietnia na listopad, na dzień wyborów powszechnych.
Zmiana daty wyborów nie jest obowiązkowa, ale gdy dane miasto albo dystrykt się na nią zdecyduje, nie może wrócić do poprzedniego trybu głosowania przez następne 4 lata.
Argumentów za i przeciw jest kilka.
Przenosząc głosowanie legislatorzy oraz dystrykty szkolne mają nadzieję, że więcej mieszkańców danego dystryktu weźmie udział w wyborach i będzie miało wpływ na to, kto zasiądzie w radzie oświatowej.
Do tej pory, gdy wybory te w całym stanie odbywały się w kwietniu, uczestniczyło w nich zaledwie 10-15 procent uprawnionych. To niewiele. Listopadowe głosowanie generalnie cieszy się większym zainteresowaniem wśród wyborców. Jest więc nadzieja, że idąc oddać głos na przedstawicieli do lokalnych samorządów czy władz stanowych i federalnych, zagłosują także na kandydatów do rad oświatowych.
Ponadto zmiana terminu głosowania do rad oświatowych zmniejszy wpływy grup interesu i zmusi kandydatów do dotarcia do bardziej zróżnicowanego elektoratu.
Przy małej frekwencji grupy zainteresowań, jak np. związki zawodowe, lobbyści czy sami kandydaci, mają stosunkowo nietrudne zadanie, bo łatwo im się bezpośrednio skontaktować z nieliczną grupą wyborców chodzących do głosowania. “Przy niewielkiej frekwencji w radach oświatowych często zasiadają kandydaci, którzy są popierani przez te grupy interesu. To jedna z przyczyn, że rady szkolne są przepełnione członkami przyznającymi podwyżki, na które nas nie stać, i przywileje, o których nam się nie śniło” – pisze felietonista “Star Ledger”.
Eliminacja dodatkowego dnia głosowania w kwietniu pozwala zaoszczędzić miliony dolarów wydawane jest na zorganizowanie głosowania w kwietniu. Opłacenie członków komisji, przetransportowanie maszyn do głosowania, wynajęcie miejsca czy wydrukowanie kart wyborczych – to wszystko kosztuje. Koszty kwietniowych wyborów do tej pory pokrywane były z budżetów rad oświatowych. Po przeniesieniu głosowania na listopad większość kosztów podstawowych (wymienionych wyżej) związanych z organizacją głosowania poniesie stan lub powiat.
W rezultacie, decydując się na zmianę terminu głosowania, rady oświatowe zaoszczędzają fundusze.
Dotychczas kwietniowe głosowanie na kandydatów do rad oświatowych połączone było z głosowaniem na budżet na kolejny rok fiskalny, który rozpoczyna się 1 lipca i trwa do 30 czerwca. Głosowanie na budżet 8 miesięcy przed początkiem roku fiskalnego nie ma większego sensu. Dlatego też częścią ustawy pozwalającej na przeniesienie wyborów do rady oświatowej na listopad jest usunięcie głosowania nad budżetem szkolnym w danym dystrykcie.
Ustawa pozwala na automatyczne zatwierdzenie budżetu szkolnego, jeżeli mieści się w granicach ustawowo przewidzianej 2-procentowej podwyżki podatków (2 percent increases of tax levy).
W tych dystryktach, które skorzystały z możliwości przesunięcia głosowania na listopad, głosowanie nad budżetem organizowane będzie tylko wówczas, gdy proponowany budżet przewyższałby 2-procentowy pułap.
Wielu mieszkańcom stanu jednak nie podoba się to, że nie będą mogli już mieć wpływu na wysokość budżetu w ich dystrykcie szkolnym.
Niektórzy, jak nowa radna miasta Wallington Izabela Bacza, biją na alarm, że jest to zamach na demokrację na szczeblu lokalnym.
“Jeżeli wybory zostaną przeniesione na listopad, to ludzie po raz pierwszy NIE będą mogli głosować, czy się zgadzają, aby podnieść budżet, czy nie, jeżeli podwyżka będzie do 2 proc. [... ] Czy to się nazywa demokracja? – mówi radna Bacza. – Jeżeli nie mamy prawa do głosowania, miasto automatycznie podniesie podatki, aby [radzie oświatowej] dać dodatkowe pieniądze i tak będzie przez 4 lata pod rząd”.
W Wallington, którego budżet roczny wynosi 17 milionów dolarów i około 68 procent tej sumy przeznaczanej jest na potrzeby szkolnictwa, o zmianie terminu głosowania zadecydowała rada oświatowa.
Zwolennicy przeniesienia wyborów na listopad twierdzą, iż w rzeczywistości obecne publiczne głosowanie nad budżetem szkolnym ma symboliczny wpływ na jego kształt. 80 procent wydatków w budżecie dystryktu szkolnego to tzw. zobowiązania kontraktowe, które nie podlegają zmianie na podstawie głosu negatywnego. Natomiast punkty w budżecie, które podlegają obcięciu, gdy wyborcy zawetują wysokość budżetu, to takie, które bezpośrednio dotyczą uczniów – koszt transportu, książek czy używanej w szkołach technologii.
Zdaniem niektórych ograniczenie podwyżek podatków do 2 procent z powodu większych budżetów szkolnych może być wystarczającym środkiem zabezpieczającym interesy publiczne.
Inną obawą przeciwników zmiany terminu głosowania jest to, że przeniesienie wyborów do rad oświatowych – które według prawa są bezpartyjne – na listopad spowoduje, że wybory te staną się bardziej uwikłane w politykę. Między innymi dlatego, że w listopadowych wyborach kandydaci do rad oświatowych mogą stać się mniej widoczni na kartach do głosowania pomiędzy kandydatami do władz lokalnych czy federalnych. Jest obawa zatem, że będą chcieli być bardziej kreatywni w tworzeniu swoich kampanii wyborczych czy szukania poparcia.
To właśnie z obawy, że wybory te stracić mogą bezpartyjny charakter, np. rada oświatowa w Paramus nie zdecydowała się na przeniesienie wyborów na listopad.
Jak zmiana daty wyborów wpłynie na szkolnictwo, na razie nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że na początku lutego już 42 procent dystryktów szkolnych zadecydowało o przeniesieniu wyborów do władz szkolnych na listopad.
