




Rocznice bywają różne, rok 2009 jest wyjątkowo w nie bogaty, a ta, o której chcę wspomnieć, jest szczególnie sympatyczna i nie wywołuje, na szczęście, politycznych skojarzeń, a jeżeli nawet, to raczej niezbyt już dziś aktualne.
W grudniu minie 70 okrągłych lat od premiery filmu nad filmami, czyli "Przeminęło z wiatrem". Film, jak twierdzą kronikarze dziejów kina, reżyserował w 60%, uważany za jednego z największych hollywoodzkich przystojniaków, Victor Fleming, a wspomagali go: George Cukor uznawany za "reżysera kobiet" i zwolniony przez producenta po trzech tygodniach zdjęć, zapewne za poduszczeniem, jak głosi fama, Clarka Gable, przyjaciela Fleminga, oraz Sam Wood, zastępujący Fleminga, wówczas gdy ten kończył "Czarodzieja z Oz" (kolejnego tegorocznego jubilata!).
"WIELKI DYKTATOR"
Za wiekopomnym przedsięwzięciem stał jednak we własnej osobie mocarny producent David Selznick, zwany przez podwładnych "wielkim dyktatorem", jako że nieustannie dyktował swoim sekretarkom, adresowane zwłaszcza do reżyserów i scenarzystów, notatki służbowe – memos. Był człowiekiem niewyczerpywalnej energii i witalności, wspomaganych dużymi dawkami rozmaitych pigułek.
Odkąd w 1936 roku zakupił prawa do powieści Margaret Mitchell, marzył mu się film, jakiego jeszcze w dziejach Hollywood nie było, prawdziwa superprodukcja za 4 miliony dolarów, saga wojny domowej z setkami statystów, efektami specjalnymi (na ówczesną miarę!), spektakularnym pożarem Atlanty, a wszystko skąpane w efektownych odcieniach Technicoloru. Autorka nie chciała robić adaptacji ani pisać scenariusza. Testowano więc różne pióra, w końcu zwyciężył wierny literackiemu pierwowzorowi, nieco przydługi i przyciężki, scenariusz Sidneya Howarda, nagrodzony później Oscarem. Nieodzowne poprawki, na specjalną prośbę Selznicka i Fleminga, wniósł, nieprzeczytawszy przezornie powieści, sławny Ben Hecht, "król hollywoodzkich scenarzystów". Nazwisko jego nie znalazło się jednak w czołówce filmu.
O ile wybór Clarka Gable do roli Rhetta Butlera nie budził od pierwszej chwili najmniejszych wątpliwości, o tyle obsadzenie roli Scarlett urosło do rangi sprawy narodowej. Ogłoszono konkurs dla amatorek – napłynęło tysiące zgłoszeń z całego kraju, ale żadna z kandydatek nie znalazła uznania w oczach Selznicka. O rolę walczyły zajadle najsłynniejsze ówczesne gwiazdy, m.in. Bette Davis, Katharine Hepburn, Claudette Colbert, Paulette Goddard, ale bez rezultatu.
W grudniu 1938 roku rozpoczęto zdjęcia do filmu, wciąż bez Scarlett. Na 11 grudnia zaplanowano rejestrowaną z siedmiu kamer scenę pożaru Atlanty. Z tej okazji przygotowano specjalną platformę, z której przyjaciele producenta mieli, niczym Neron, podziwiać miasto w płomieniach. Spóźniał się brat Selznicka, szef agencji aktorskiej, Myron, przez co początek zdjęć opóźnił się o godzinę. Kiedy się wreszcie zjawił, było już po pożarze. A zjawił się w towarzystwie swego klienta Laurence’a Oliviera i jego narzeczonej, młodej angielskiej aktorki Vivien Leigh. Gdzie się do diabła szwendałeś? – wrzeszczał rozwścieczony David. Myron – ująwszy rękę Vivien – powiedział z niezmąconym spokojem: chciałem, żebyś poznał Scarlett O’Harę.
AMBITNIEJSZE, KOSZTOWNIEJSZE, ALE...
Nowojorska premiera "Przeminęło z wiatrem" (3 godziny, 45 minut projekcji) odbyła się w kinach Astor i Capitol. W zamieszczonej 20 grudnia 1939 na łamach "New York Timesa" recenzji pióra Franka S. Nugenta czytamy: "Miss Leigh jest tak doskonale, zarówno przez naturę, jak i przez kunszt artystyczny, wyposażona do tej roli, że każda inna aktorka na jej miejscu byłaby nie do pomyślenia. (...) Jej Scarlett jest rdzeniem filmu, podobnie jak to było w powieści, a także jego najsilniejszą stroną".
30 lat po premierze inny stały recenzent "New York Timesa", Bosley Crowther, pisał zaś: "Powstały już od czasu 'Przeminęło z wiatrem' filmy ambitniejsze, kosztowniejsze i dłuższe. I było parę bardziej chwalonych przez krytykę. Ale nie było żadnego bardziej działającego na widownię. I nigdy nie będzie".
