




St. Martin/St. Maarten to najmniejsza wyspa na świecie podzielona między dwa państwa: Holandię i Francję.
![]() |
|
Fot. Małgorzata Markoff
Granica jest tylko formalnością, ale różnice po obu stronach wyspy dają się łatwo zauważyć
|
Na obszarze liczącym niespełna 100 kilometrów kwadratowych obowiązują dwie różne waluty i dwa języki urzędowe. Części francuska i holenderska różnią się także napięciem w gniazdkach elektrycznych.
SŁONA WYSPA
Indianie nazywali wyspę Soualiga – Słona Ziemia – ze względu na liczne złoża soli, które tam odkryli.
Krzysztof Kolumb natrafił na wyspę 11 listopada 1493 roku, podczas drugiej wyprawy do Nowego Świata. Ponieważ w tym dniu przypadało święto św. Marcina z Tours, taką nazwę nadał nowo odkrytej ziemi. Sam Kolumb nigdy nie zszedł na ląd i chociaż Hiszpania rościła sobie prawa do tego miejsca, jej początkowe zainteresowanie St. Martin było znikome.
W latach 1493-1817 wyspa przechodziła z rąk do rąk siedemnaście razy. Walczyli o nią Francuzi, Holendrzy, Hiszpanie i Brytyjczycy. W 1631 roku powstała na St. Martin pierwsza kolonia holenderska, strategiczna placówka między koloniami w Brazylii a Nieuw Amsterdam (obecnie Nowy Jork). Hiszpanom udało się jednak odbić wyspę w 1633 roku, a wygnani Holendrzy powrócili po 11 latach, tym razem pod wodzą późniejszego gubernatora Nieuw Amsterdam – Petera Stuyvesanta. Kontratak okazał się totalną klęską, a Stuyvesant nie tylko przegrał bitwę, ale stracił w niej nogę. Holendrzy wrócili do solnego raju w 1648 roku, kiedy to Hiszpanie skupili swoją uwagę na bogatym Portoryko i opuścili St. Martin na zawsze. Holendrzy zajęli się przede wszystkim eksploatacją soli. Ale nie byli oni jedynymi osadnikami na wyspie. W niewielkiej wiosce, znanej obecnie jako Quartier d’Orleans, już wtedy mieszkało 14 rodzin francuskich.
EFEKT MARSZU Z BUTELKĄ
23 marca 1648 roku doszło do przełomowego momentu w stosunkach francusko-holenderskich. Na górze Concordia obie strony podpisały traktat pokojowy, zgodnie z którym postanowiły żyć na wyspie w harmonii i przyjaźni oraz wspólnie czerpać zyski ze sprzedaży soli. Strona holenderska na południu wyspy liczy obecnie 41 km kwadratowych, a francuska – 54 km. Dlaczego strona francuska jest większa? Legenda głosi, że Francuz z butelką wina i Holender z butelką dżinu ruszyli z Oyster Pond w przeciwnych kierunkach po obrzeżach wyspy. Miejsce, w którym się spotkali, miało wyznaczyć granicę przecinającą wyspę w linii prostej. Francuz, popijając wino małymi łykami, maszerował szybciej od Holendra, który upiwszy się dżinem przysypiał po drodze.
ABOLICJONISTA SCHOELCHER
Przez następne dwa stulecia sprowadzeni z Afryki niewolnicy napędzali gospodarkę St. Martin. Statki wypełnione solą, a także tytoniem, cukrem, bawełną i kawą zawijały do portów amerykańskich i europejskich. W 1848 roku zniesiono niewolnictwo po stronie francuskiej; niewolnicy po stronie holenderskiej uzyskali wolność 15 lat później. Ogromny wpływ na zniesienie niewolnictwa wywarł francuski abolicjonista Victor Schoelcher. Po raz pierwszy spotkał się on ze zjawiskiem niewolnictwa podczas swojej podróży do Meksyku, na Kubę i na południe Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do Francji zaangażował się w walkę z nieludzkim systemem, tworząc w 1834 roku Towarzystwo Abolicyjne. To dzięki jego wysiłkom Francja zniosła niewolnictwo we wszystkich swoich koloniach. Dzień Schoelchera obchodzony jest uroczyście 21 lipca po obu stronach wyspy.

RAJ DLA TURYSTÓW
Wraz ze zniesieniem niewolnictwa upadły dochodowe plantacje. W tym samym czasie spadło amerykańskie zainteresowanie importem soli. Część mieszkańców opuściła wyspę w poszukiwaniu lepszego życia na Karaibach i w Ameryce Południowej. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1939 roku, kiedy St. Martin stał się strefą wolnocłową, a cztery lata później po stronie holenderskiej wybudowano międzynarodowe lotnisko im. księżniczki Juliany. Nastała era turystyki. I choć do niedawna lotnisko nie miało klimatyzacji, a odprawiający bagaże turyści topili się z gorąca, obecne Juliana Airport odpowiada najwyższym wymogom światowym.
Przemierzając górzystą wyspę z południa na północ zobaczyć można ogromną tablicę: Bienvenue en Partie Francaise! Granica jest tylko formalnością, ale różnice po obu stronach wyspy dają się łatwo zauważyć. St. Maarten ze stolicą w Philipsburgu należy do tzw. Antyli Holenderskich, podobnie jak Bonaire i Curacao, jest częścią Królestwa Niderlandów, ale nie należy do Unii Europejskiej. W przyszłym roku uzyska nowy status konstytucyjny (tzw. status aparte) i większą niezależność, ale pozostanie krajem stowarzyszonym z Królestwem Niderlandów.
Z kolei St. Martin ze stolicą w Marigot uzyskał w 2007 roku status zbiorowości zamorskiej, jego obywatele mają unijne paszporty i mogą głosować we francuskich wyborach prezydenckich i w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Niektórzy skarżą się jednak na nieudolną organizację systemu wyborczego. W ostatnich wyborach nazwisko nowego prezydenta Francji ogłoszono, zanim głosy z St. Martin dotarły do Paryża.
Oficjalną walutą po stronie holenderskiej jest gulden antylski, po stronie francuskiej – euro. Wszędzie akceptowane są dolary, a w wielu sklepach i restauracjach St. Martin przy płaceniu gotówką przelicznik wynosi 1:1. Ciekawostką jest fakt, że w St. Maarten napięcie elektryczne wynosi 120 V, a w St. Martin – 220 V. Językiem wykładowym w szkołach St. Martin jest francuski, a w St. Maarten – holenderski. Wszyscy – lepiej lub gorzej – mówią po angielsku, choć często usłyszeć można hiszpański, portugalski, papiamento i inne odmiany języków kreolskich.
Philipsburg przypomina architekturą miasteczko holenderskie: kolorowe domy, zdobione kwiatami balkony, czyste ulice i… największa liczba sklepów duty-free na całych Karaibach. Przeważają sklepy jubilerskie oferujące złoto, diamenty, kolumbijskie szmaragdy i kamienie szlachetne z Brazylii. Dla wielu Amerykanów przypływających wielkim statkami rejsowymi do portu Pointe Blanche sklepy i kasyna w luksusowych hotelach to jedyna atrakcja turystyczna. Philipsburg to także stolica likieru guavaberry, narodowego trunku St. Maarten. Likier charakteryzuje się słodko-gorzkim smakiem, a w jego skład wchodzi leżakowany w dębowych beczkach rum, cukier trzcinowy i guavaberry, czyli rumowa jagoda rosnąca tylko na Karaibach.
WYSEPKA WIELU NARODÓW
W porównaniu z Philipsburgiem dawna wioska rybacka Marigot to miejsce z trzeciego świata, ale niska zabudowa, śmieci na ulicach i wszechobecne graffiti nie odstraszają turystów, gdyż tu właśnie znaleźć można najlepsze w świecie potrawy kuchni francuskiej. St. Martin nazywany jest często kulinarną stolicą Karaibów. Centrum Marigot zajmuje supernowoczesny Mall Indii Zachodnich z butikami oferującymi europejskie towary po astronomicznych cenach. Mniej wybredni mogą zadowolić się pamiątkami z niedrogich sklepów usytuowanych wokół Port La Royale, gdzie cumują prywatne statki i eleganckie jachty. Nie tak dawno marina tętniła życiem, a w kafejkach, barach, bistrach i restauracjach trudno było znaleźć wolne miejsce. W tym roku część lokali straszy pustkami, a niektóre z nich wystawiono na sprzedaż.
Na kryzys narzekają wszyscy – taksówkarze, kelnerzy, właściciele restauracji i hoteli. Liczba miłośników pięknych plaż, lazurowej wody i idealnej temperatury spadła w tym roku o ponad 30 procent, co dla wielu wyspiarzy oznacza utratę pracy. W lepszych czasach do St. Maarten/St. Martin ściągali mieszkańcy okolicznych wysp: Jamajki, Haiti, Dominikany, Martyniki, Gwadelupy, Aruby, a także z Europy, przede wszystkim Francji. Wyspę zamieszkuje obecnie ponad 105 narodowości. Zauroczeni miejscem osiedlili się na niej artyści z Włoch, Niemiec, Stanów Zjednoczonych i Kanady. Ich guru to sir Roland Richardson, malarz urodzony na St. Martin, często nazywany “ojcem karaibskiego impresjonizmu”.
Taksówkarze to najczęściej Haitańczycy, hotelowe pokojówki pochodzą z Dominikany, a Jamajczycy prowadzą małe, tanie restauracje na plaży zwane lolos. Pierre, taksówkarz urodzony na St. Martin, woli rozmawiać po angielsku: “Nie lubię Francuzów – wyjaśnia. – Są nieuprzejmi, traktują nas z wyższością, ciągle narzekają i nie dają napiwków”. Zapytany, czy obywatelstwo francuskie daje mu jakieś korzyści, odpowiada bez namysłu: “Doskonałą opiekę zdrowotną”.
Phillipe z Vichy, kelner z Sunset Café, pracował wcześniej w Meksyku; na St. Martin przyjechał 16 lat temu, ożenił się z Kreolką i został. Nicole, właścicielka maleńkiego butiku przy plaży, wiele lat spędziła we francuskojęzycznych krajach Afryki, gdzie pracowała jako masażystka. Anne z Anglii, sprzedawczyni w sklepie z lokalną biżuterią, spędza na St. Martin 6 miesięcy, a przez pół roku pracuje w Londynie, gdzie – jak twierdzi – ma wielu polskich przyjaciół. “Dziękuję. I do zobaczenia” – odpowiada na pożegnanie całkiem płynną polszczyzną.

