



Premier Belgii Herman van Rompuy jest obecnie najpoważniejszym kandydatem na prezydenta Unii Europejskiej.
Stanowisko to zostanie obsadzone w przyszłym tygodniu w ramach tworzenia bardziej zwartej struktury wspólnoty, która mieć będzie także swego ministra spraw zagranicznych (obecnie tę funkcję pełni Hiszpan Javier Solana) oraz sekretarza generalnego Sekretariatu Rady Europy.
Po podpisaniu traktatu lizbońskiego przez przywódców wszystkich państw członkowskich (zwlekał z tym prezydent Czech) droga do dalszej integracji została otwarta. Zapewne zostanie ona wytyczona gdzieś pomiędzy stanowiskami sceptyków i optymistów. Ci pierwsi (do nich należy prezydent Vaclav Klaus, ale także i prezydent Lech Kaczyński) uważają, iż zbyt wiele kompetencji tradycyjnie należących do rządów państw przekazanych zostaje Brukseli i jej instytucjom. Państwa, aby nie tracić suwerenności decyzji ważnych dla danych społeczeństw, muszą mieć prawo wyboru, zwłaszcza prawo do nieprzyjmowania ("opt-outu", jak to się ostatnio ładnie nazywa po polsku) pewnych rozwiązań przyjętych dla całej wspólnoty. Ostatecznie – według tego poglądu – UE powinna wyglądać jak luźna federacja państw kontynentu dobrowolnie zjednoczonych wokół kilku podstawowych zasad i z całą różnorodnością indywidualnych rozwiązań szczegółowych.
Entuzjaści opowiadają się za silnie zintegrowanym kontynentem, w przyszłości jednym państwem stanów zjednoczonych Europy – na wzór USA ze wspólnymi instytucjami centralnymi i tylko lokalnymi odrębnościami. Jedynie taki twór zapewni Europie odrzucenie tragicznej przeszłości wojen i animozji narodowych oraz skuteczną rywalizację w globalizującym się świecie.
Co więc może oznaczać owa droga pośrednia? Powolny proces tworzenia wspólnoty, której ton nadawać będą jednak najsilniejsze państwa (Niemcy, Francja, Wielka Brytania), mimo usilnych starań, aby najważniejsze stanowiska obsadzać kandydatami państw małych (głównymi rywalami premiera Belgii do prezydenckiego urzędu są premierzy Holandii i Luksemburga). Jednak przyszły prezydent będzie miał tyle władzy, na ile zgodzą się potentaci europejscy.
Na napięcie między dużymi i małymi państwami Unii nakłada się drugi konflikt – między Zachodem a byłymi państwami komunistycznymi. Wciąż są one traktowane (w jakiejś mierze słusznie) jako niepełnowartościowi członkowie wspólnoty, a ich liczba będzie rosła w miarę poszerzania UE. Trzecia sprzeczność, zapewne narastająca, to różnica interesów między państwami południa (Morza Śródziemnego) a krajami północy.
Wschód z Polską na czele napiera na zwrócenie uwagi Unii na Ukrainę, Gruzję, Białoruś itp. Południe (z Francją i Włochami) domaga się zajęcia się północną Afryką.
I między tymi sprzecznymi interesami meandrycznie rozwijać się będzie Unia Europejska.
