



Nie sposób też zrozumieć znajomych którzy, mimo że w Ameryce dobrze się urządzili, nie mogą się rozstać z marksistowską urawniłowką. Łatwo kupują oni argument tych z lewicy, że kryzys wynika ze zbyt małych podatków, jakimi są obłożeni milionerzy. Każdy z tych uciekinierów od komunizmu tak ustawia próg podatkowy, aby większymi podatkami byli obłożeni ci, którzy zarabiają więcej od nich. Nie biorą pod uwagę, że żyją w domach, których metraż przewyższa 10 razy ten dozwolony przez pierwszego sekretarza PZPR Wiesława Gomułkę, i jeśli ich życzeniom stanie się zadość, będą musieli podzielić swoją przestrzeń życiową z wielodzietnymi rodzinami ludzi, którzy stracili pracę i domy, bo nie było ich stać na spłaty pożyczek.
A więc, kto jest winny? To pytanie trapi mnie od dawna, gdyż wśród setek różnych zarzutów i scenariuszy żaden nie wygląda przekonująco. Chodzi mi o możliwie wspólny mianownik winy, nie wdając się w szczegóły.
Wedle mnie winni są wszyscy. Winne jest społeczeństwo, rząd w postaci Kongresu, Senatu i prezydenta oraz oligarchia bankowa.
Czemu jest winne społeczeństwo?
Jak wiadomo, społeczeństwo jest łatwo kontrolowane przez media, głównie telewizję, i wierzy, że mu się należy więcej, niż jest w stanie wytworzyć.
W amerykańskiej demokracji, czyli w systemie, gdzie większość głosów jest kupiona za największą sumę pieniędzy na kampanię wyborczą, ludziom wydaje się, że są obdarzeni przez Boga specjalnymi prawami do dostatniego życia. Społeczeństwo pozostaje bierne i zadowolone tak długo, jak jego stopa życiowa wzrasta. W przypadku jednak zamętu w ekonomii, spowodowanym między innymi konkurencją innych społeczeństw (Chiny) o niższych kosztach pracy, w społeczeństwie powstaje ferment niezadowolenia, jaki widzimy obecnie. Tego przykładem są demonstracje przed budynkiem giełdy w Nowym Jorku, które także wybuchły w wielu innych miastach amerykańskich i europejskich. Nie przypuszczam, aby wśród tych protestujących byli inżynierowie elektronicy albo specjaliści od projektowania systemów chemicznych. Ludzie ci są albo niezadowoleni ze swych stosunkowo niskich zarobków, albo są bezrobotnymi z wysokimi ambicjami, albo zazdroszczą tym pracownikom z Wall Street, których średni zarobek w roku 2010 był 5,1 razy wyższy niż zarobek w innych dziedzinach prywatnej gospodarki i wynosił 361,330 tys. dol. (Nicholas D. Kristof, “America’s Prime Scream”, “NYT”, 16 października 2011). Młodzi ambitni ludzie od kilku lat, widząc kilkakrotnie wyższe zarobki w “przemyśle finansowym”, tam kierowali swe kroki i zainteresowania. Mój znajomy wykładający metody zarządzania pracami naukowymi zauważył brak zainteresowania jego specjalnością. Jego studenci chcieliby, aby ich nauczył magii zwanej marketing, czyli metody sprzedaży. Trudno tych młodych ludzi winić, jeśli porównują mizerne zarobki w trudnych dziedzinach inżynierii z kilkakrotnie wyższym zarobkami w dziedzinie handlowej. Ostatnie wydarzenia spowodują jednak bezrobocie i wśród tych, którzy chcieliby dołączyć do 1 proc. najlepiej zarabiających studiując kierunki finansowe. W sumie młodzież amerykańska nie specjalizuje się w różnych dziedzinach inżynierii, nie mówiąc o ludziach z produkcji, których miejsca pracy zostały przeniesione do Chin i Meksyku.
W konsekwencji rośnie liczba ludzi bezrobotnych, albo z własnego błędnego wyboru kariery, albo z powodu zamknięcia możliwości w przemyśle, który wyemigrował do Chin lub Meksyku.
Dla zaspokojenia społeczeństwa rząd zniósł bariery celne i w konsekwencji zalano rynek tanimi produktami z Chin.
Innym elementem amerykańskiego “cudu gospodarczego”, sponsorowanego przez rząd i banki, był przemysł budowy domów jednorodzinnych, oczywiście za pożyczone pieniądze, których procenty na dłuższą metę przewyższały możliwości ich spłaty przez pożyczkobiorców. Wynikało to chyba z tego, że trudno jest budować domy w Chinach i przewozić je do USA.
Przez jakiś czas ten system powodował względny spokój społeczny, do momentu, kiedy kryzys bankowy w roku 2008 wyjawił, że miliony domów kosztują mniej niż pożyczki, za które je zbudowano. W Kalifornii takich domów jest 2,09 miliona, na Florydzie 1,97 miliona, a w moim stanie Ohio “tylko” 490 tysięcy. Kryzys bezrobocia powiększył napięcia społeczne. Oczywiście nikt nie obwinia siebie samego za błąd w zakupie domu czy błędnego wyboru kierunku studiów. Wedle tych ludzi winny jest rząd i banksterzy (zlepek bankierów z gangsterami). Czy społeczeństwo ma rację? I tak, i nie. Z rozmów ze zniechęconymi obywatelami Ameryki odnoszę wrażenie, że nie tylko chodzi im o ukrócenie ekscesów elity bankowej, ile wymuszenie urawniłowki, w której luksus niektórych nie drażniłby większości innych, mniej zarabiających.
Wśród mych znajomych przypominam sobie rozmowę z lekarką z Polski, która po 15 latach pobytu w USA wróciła do Warszawy. Wedle niej “wszyscy ludzie winni zarabiać lub dostawać tyle pieniędzy, aby starczyło im na wygodne życie. Ci, którzy są ambitni, mogą zarabiać więcej, ale nie za dużo”.
Jeśli zgodzimy się ze stwierdzeniem, że skandalem jest, aby 1 proc. Amerykanów kontrolował 90 proc. bogactwa kraju, to jednocześnie winniśmy zauważyć, że te 90 proc. biednych i przeciętnie zamożnych starało się dołączyć do tej grupy 1 proc. uprzywilejowanych. Oni wybrali najłatwiejszą metodę poprzez pożyczki zaciągane bez uwagi na swoje możliwości ich spłacenia. Jedynym wytłumaczeniem takiego ludzkiego zachowana jest fakt, że społeczeństwo zawierzyło rządowi, który winien wiedzieć lepiej i ich od takich decyzji powstrzymać. Tutaj należy im przyznać rację, gdyż, jak pamiętam, celem administracji było zapewnienie każdemu Amerykaninowi dachu nad głową, czyli własnego domu. Bankom, które odmawiały pożyczek ludziom biednym, wytaczano procesy o dyskryminację rasową. Banki ubezpieczały swe pożyczki w organizacjach rządowych lub quasi-rządowych i rozdawały takie pożyczki na prawo i lewo.
Rząd
Sumując, rząd winien być elementem hamującym ekscesy zarówno społeczeństwa, jak i elity bankowej. Niestety rząd, a szczególnie Kongres i Senat, w opinii Amerykanów jest skorumpowany i niezdolny do ustalenia właściwych uprawnień i regulacji. Jedynym jego celem jest utrzymanie swych pozycji w kolejnych wyborach. Wszystkie inne cele są drugorzędne, łącznie z dobrem kraju. Na dodatek nie ma limitu liczby kadencji dla senatorów i kongresmanów. Niektórzy, jak Joseph Kennedy, zasiadali tam dożywotnio. Urząd prezydenta też podlega manipulacji przez różne źródła wpływów, z których chyba największym jest Pentagon i jego przemysłowa otoczka zwana kompleksem przemysłowo-wojskowym. Ich ambicje i cele przewyższają nasze, czyli USA, możliwości finansowe i militarne. W ostatniej debacie kandydatów na prezydenta jedynie jeden z nich, Ron Paul, odważył się wspomnieć, że Stany Zjednoczone są bankrutem, którego nie stać na bazy sił zbrojnych w 150 krajach świata. Oczywiście jego wypowiedź, że jest przeciwny pomocy zagranicznej dla innych krajów, łącznie z Izraelem, nie spotkała się z przychylnym przyjęciem wśród uczestników spotkania w Las Vegas. Ludzie tak się przyzwyczaili do potęgi Stanów Zjednoczonych, że wspomnienie, iż USA ma długi, których nie są wstanie uregulować, odbierają jako bredzenie maniaka, za jakiego Rona Paula uważają.
Banki
Czy banki są winne naszemu kryzysowi? Tylko pośrednio. Bez ustaw, które by uniemożliwiły bankierom wypłacanie sobie astronomicznych premii, podczas gdy ich banki plajtowały, sytuacja byłaby niemożliwa. Jak na razie, żaden z bankierów winny za kryzys w roku 2008 nie został postawiony przed sądem. Jest to dlatego możliwe, że koteria finansowa najpierw wymusza na Kongresie i Senacie korzystne dla niej prawa, do których się później stosuje. Tylko naiwni opryszkowie, jak skazany na dożywocie “inwestor” Bernard Madoff, uciekają się do niezgodnych z istniejącym “prawem” przekrętów. Ci z dużej ligi bankowej i korporacyjnej nie muszą unikać prawa, jako że oni sami to prawo piszą.
Protesty
Na tle tej bardzo poważnej sytuacji ekonomicznej spowodowanej zadłużeniem, które sięga 54,56 amerykańskich trylionów (polskich bilionów) dyskusja, kogo należy opodatkować więcej, popularna zarówno wśród społeczeństwa, jak i polskiej emigracji, traci jakikolwiek sens. Nawet 90 proc. podatku od tych, którzy zarabiają powyżej miliona dolarów, nie pokryje krajowych długów. Wedle oficjalnych danych – dostępnych dla każdego na stronie internetowej www.usdebtclock.org – stosunek całkowitego długu do GDP (całkowity produkt krajowy) wynosi 99,1 proc. Dług przypadający na każdego obywatela wynosi 174 642 dol., a dług przypadający na jedną rodzinę składającą się z 4 osób wynosi 662 230 dol.
W kraju pojawiły się dwie grupy protestujące przeciw metodom zarządzania krajem. Jedna z nich, prawicowa, nawiązująca do całkowitej liberalizacji gospodarki, to Tea Party (Partia Herbaciana). Nazwa jej ma źródło w grupie rewolucjonistów z okresu walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Wtedy to grupa, nazwana Tea Party, wtargnęła na pokład statku w porcie Boston, wiozącego opodatkowaną przez Brytyjczyków herbatę i wyrzuciła skrzynie z nią do wody. Drugie zjawisko to zgromadzenie młodzieży, niezadowolonej z bankierów na Wall Street, która okupuje od kilku tygodni park w pobliżu Wall Street. Protest tego rodzaju rozszedł się daleko na inne stolice i miasta, także europejskie.
Obydwie organizacje dają do zrozumienia, że nie są zadowolone z istniejącego stanu rzeczy i czują się bezsilne w istniejącym, skorumpowanym przez różne interesy systemie. Wedle nich wybory, które są manipulowane przez pieniądze przeznaczone na kampanie wyborczą, nie rozwiązują problemów, jakie ich trapią. Kandydaci z obydwu partii posługują się wyświechtanymi frazesami i mówią społeczeństwu jedynie to, co podoba się wyborcom. Takich protestów nie widziałem w USA od czasów wojny w Wietnamie, ale wtedy chodziło głównie o zaprzestanie wojny. Dzisiaj jedynie grupa okupująca Wall Street w części krytykuje wojny w Iraku i Afganistanie, natomiast Tea Party jest do tej absurdalnej wojaczki ciągle zapalona. Obydwie grupy dążą do zmiany systemu władzy. Tea Party ma charakter prawicowy i – jak sama nazwa wskazuje – nawiązuje do wczesnych tradycji republikańskich, kiedy to system gospodarczy USA był dużo prostszy, a kraj – rolniczy. Natomiast protestanci na Wall Street przedstawiają w swej masie element lewicowy, wedle którego hasło “odebrać bogatym i dać biednym” (głównie im) jest bardzo popularne. Jest wątpliwe, czy ci, którzy przez tak długi okres manipulowali wyborami i zatarli różnice między dwiema partiami, demokratami i republikanami, to zrozumieją i przeprowadza radykalne reformy w systemie bankowym i wyborczym. Niestety, nie widzę innego rozwiązania pozbycia się olbrzymiego długu, niż deklaracja bankructwa poprzez inflację. Należy mieć jedynie nadzieję, że inflacja będzie kontrolowana i nie osiągnie rozmiarów, jakich doświadczyli Niemcy po pierwszej wojnie światowej, kiedy to robotnikom wypłacano wynagrodzenie dwa razy dziennie, a znaczek pocztowy kosztował 10 000 marek. Obawiam się, że jeśli sytuacja ekonomiczna się pogorszy, może dojść do zamieszek, których nikt sobie nie życzy, a które mogą kosztować ludzkie życie, a nie tylko życiowy dorobek. Co gorsza, na ich fali może wypłynąć charyzmatyczny przywódca, ktoś w rodzaju Hitlera, który obieca społeczeństwu gruszki na wierzbie i zaprowadzi “porządek” wedle swojej ideologii.
Jedyny apel do rządu, prezydenta i bankierów, jaki mam, to pilna konieczność gruntownych reform. Bez nich grozi nam zamęt, a może rewolucja, która zmiecie istniejący system władzy, a przy okazji zdewastuje nasz kraj.
Z “New York Timesa” z 26 października 2011 r. dowiedziałem się, że tylko 10 proc. Amerykanów ufa administracji w Waszyngtonie. Czy władza wyciągnie z tego wnioski? Zobaczymy.
Doskonaly tekst, a zdanie “Natomiast protestanci na Wall Street przedstawiają w swej masie element lewicowy, wedle którego hasło “odebrać bogatym i dać biednym” (głównie im) jest bardzo popularne” oddaje istote rzeczy.
Zadziwiajace jest ze idee bolszewickie sa tak wsrod mlodziezy popularne. Wlasciwie nei nalezy sie dziwic - osrodkami lewactwa sa amerykanskie uniwsrsytety - czym lepszy tym bardziej lewacki.
Problem tylko w tym ze nikt nie wytlumaczyl tym mlodym ludzim co to jest “bolszewizm”. Oni mysla ze jak sie odbierze bogatym i rozda biednym to wszyscy beda bogaci. Oni nie wiedze ze bolszewizm to nei jest rownomierny rozklad bogactwa - to jest rownomierny rozklad nedzy
Dobrze Wasc prawisz, tylko tak madry to trzeba bylo byc dekade temu….. i przynajmniej nie glosowac na idiote Busha tego Glupszego…. powoli, powoli a nawet bez metafizyki dojdziesz Pan do takiej samej konkluzji jaka glosilem juz w polowie poprzedniej dekady….. Ameryka przejdzie przez pieklo… i nawet wiem kiedy to bedzie…. gdy sie ma w domu 100 mln sztuk prywatnej broni widowisko bedzie wspaniale…. juz teraz sobie kupie nowa 40 calowa plazme…
Wojna domowa byla przepowiadana od kilku dekad ....i to chyba najlepszy moment aby USA przeszla na system metryczny…..
Rowniez sie zastanawiam nad moim i rodziny paszportami…. jezeli one sa obciazone dlugiem po 175 000 $ kazdy, to po przejeciu USA przez Chiny moge zostac chinskim niewolnikiem do konca zycia…
Poczytaj Wasc rowniez to ..... to nie zaden “lewak” wrecz prawicowiec..
http://wyborcza.pl/1,75248,10556806,Mario_Vargas_Llosa__Oburzeni_maja_racje.html
Dla mnie prawdopodobne sa dwie wersje : 1.-Zadna grupa nie osiagnie przewagi ,starcia beda trwaly az do interwencji z zewnatrz pod pretekstem np. zabezpieczenia BMR. 2.Ogloszenie stanu wyjatkowego , masowe aresztowania i obozy,ale to mniej prawdopodobne bo nie widze sily na ktorej dyktator moglby sie oprzec ani mobilizujacej ideologii.
Tekst bardzo dobry.
Nie zgadzam się jednak, że my jako spoleczeństwo ponosimy wspólną odpowiedzialność z tym jednym procentem decydujących o finansowym być albo nie być świata.
Protestujący na Wall Street niekoniecznie pragną urawniłowki, jak również nie każdy może pracować w pzremyśle elektronicznym. Tam też trafiają najlepsi z nich.
Najlepszych jest niewielu, najbogatszych jeszcze mniej. Reszta to przeciętni, którzy pragną jakos znaleźć się w społeczeństwie i niewielu jest takich, którzy chcą walczyć z czymkolwiek.
Jak zatem mają nie walczyć jeśli pracę wywieziono daleko za wielkie wody, ustalono takie obciążenia dla małych biznesów, że te padły w większości, a te które trwają, padną niedługo.
Nie każda fabryczka pracuje dla przemysłu zbrojeniowego. Może należałoby zastanowić się nad fakrtem, że zarówno wysoko notowane przedsiębiorstwo produkujące podzespoły do czołgów nie powinno mieć większych praw od fabryczki agrafek.
A fabryka agrafek winna wrócić do Stanów z dalekiego wschodu.
“Jak zatem mają nie walczyć jeśli pracę wywieziono daleko za wielkie wody”
Dzieki temu iPhone kosztuje 300 dolcow a nei 1000. Zapytaj pzredstawicieli klasy sredniej czy z powodu czystego patriotyzmu zgodzilaby sie placic za iPhone 3 razy tyle co dzis. Niemowiac o innych gadgetach.
Los sobie zgotowala sama klasa srednia - glownei kupujac rzeczy na ktore ich nei stac, i domagajac sie coraz wiecej i coraz taniej. Tak dlygo podcinala galaz na ktorej siedzi, az ja obciela.
“A fabryka agrafek winna wrócić do Stanów z dalekiego wschodu” i sprzedawac agrafki po 5 dolcow za sztuke, bo Amerykanim musi miec 25 dolcow za godzine, plan emerytalny, ubezpieczenie i Zwiazki Zawodowe. Ja jestem “za” a czy “kawka” jest?...
@mamula66
Ludzie zawsze beda chcieli rzeczy jak najtansze, ale obowiazkiem tzw. panstwa jest zadbanie, aby istniala jakas w tym rownowaga. Prosze tylko mi nie opowiadac o tzw. “wolnym rynku” bo cos takiego nie istnieje.
Panstwo ma prawne mechanizmy zamkniecia jak i otwarcia granic na przeplyw towarow i pracy, w celu ochrony wlasnej ludnosci kraju.
Ameryka w ostatnich latach wybrala tzw. “globalizacje” czyli dala wolna reke firmom na robienie interesow poza granicami i tym samym eliminowaniu setek tysiecy, milionow miejsc pracy w swoim wlasnym kraju.
Prosze nie opowiadac, ze ktos kiedys uswiadamial spoleczenstwo jakiegos kraju na zasadzie “bedziesz mial iPhone za 100 czy nawet 10 dolcow, ale twoj ojciec, matka, czy ty sam jak skonczysz studia nie bedziesz mial pracy”.
Gwarantuje Pani, ze wtedy by powiedzieli “do diabla z iPhonem, nie stac mnie” - wole miec prace. Gdy koszta towaru sa za duze to firma zwykle probuje to obnizyc dzialajac w ramach kraju, lokalnie, otwarcie rynkow “free trade” pozwolilo im na obnizenie kosztow prawie do minimum. Droga Pani, te 25 dolcow na godzine to prosta potrzeba, aby utrzymac rodzine, bo nie wydaje mi sie aby koszty zycia w Ameryce spadly 10 razy tak jak cena iPhona.
Za energie, zywnosc, dach nad glowa trzeba placic “lokalnie”, a wiec ceny iPhonow nie maja nic do tego, rownie dobrze moga kosztowac 1 dolar jak i 10000. Czy wina jest po obydwu stronach - tzw. zwyklych ludzi i administracji ( polaczonej finansowo z tymi 1%) tak, ale mozna chyba ja porownac do skoku na bank w ktorym, po zabraniu 100 miliardow z kasy, placone jest 1000 zl dla tych co stali i bezpieczali napad. Teraz oni rozumieja, ze po prostu zostali zrobieni w “balona”.
Zapomnieliscie o jednej -no dwóch rzeczach Pierwsza to taka że ani prezydent , ani senat nie ma nic do gadania , tylko Rockefeller i spółka , oraz sąd najwyższy składający sie z żydów (którzy przeprowadzaja sie z resztą do Polski)- nie akurat z sadu najwyzszego ale ci z NY !
To jest dobry artykul!
Faktycznie niektorzy ludzie, glownie ci co go nie sluchali uwazali RON PAUL za maniaka, ale teraz gdy zobaczyli ze jako jedyny kandydat zna ekonomie na tyle, ze rozumie zrodla obecnego kryzysu i ma realne rozwiazania (nie bankructwo!) to juz go sluchaja i juz chyba nikt nie uwaza go za maniaka (nigdy nim nie byl! wystarczy na youtube posluchac jego wypowiedzi z Kongresu -
jest to jeden z inteligentniejszych ludzi jakich znam-Amerykanie maja szczescie ze zgodzil sie startowac na prezydenta i mam nadzieje, ze wygra choc “wierchuszka” (moglam przekrecic) jest przeciw niemu. Polecam fajne wideo o wyborach:
http://www.youtube.com/watch?v=6Jtw_ZPyLbk
Bardzo bym chciala by pan redaktor go posluchal jak mowi jak wyjsc z tej sytuacji ekonomicznej i napisal co o tym mysli.
jest to wywiad w CNBC , poczatek listopada 2011
http://www.youtube.com/watch?v=SSLBfs74E8s
haha
Faktycznie jakis taki normalny. A w dodatku “niezyciowy” bo sie nie da przekupc - jest sie czego bac!
Jon Stewart z Daily Show tez to zauwazyl:
Jon Stewart:
http://www.thedailyshow.com/watch/mon-august-15-2011/indecision-2012—-corn-p...

Ciekawe co wkrotce powiesz gdy bedziesz mial noz na gardle…. tez takie wyuczone farmazony…..
Ja juz mialem para razy noz na gardle. Nie winilem nikogo tylko siebie. I nei domagalem sie niczego od bogatych