



Organizowane od 1987 r. w Katowicach Ogólnopolskie Dyktanda to najstarsza i największa w Polsce popularna impreza promująca kulturę języka polskiego w ostatnich latach. Rok rocznie do dyktanda zasiadają ambitni Polacy. Zwycięzca otrzymuje tytuł Mistrza Polskiej Ortografii. Podczas Dyktanda 2009 nie musiał wprawdzie stosować “obiecadła” Jana Kochanowskiego, ale musiał bezbłędnie napisać takie na przykład najeżone pułapkami zdania: “Ejżeż ty, zażywny huncwocie przechero, czegóż to sobie winszujesz? [....] Złóż otóż kontusz tuż obok, bo przyprószony on gdzieniegdzie z rzadka ciemnooliwkowymi cętkami, i włóżże te czerwono pręgowane wzdłuż antycellulitisowe legginsy z lycry”.
Dyktando w roku 2009 prowadzili jego autorzy – profesorowie Jerzy Bralczyk i Andrzej Markowski. Trzyosobowemu jury przewodniczył prof. Walery Pisarek. Wspierali go dwaj inni językoznawcy – profesorowie Jerzy Podracki i Edward Polański. Brawo, profesorowie! Tylko... szkoda, że tak rzadko angażujecie się w sprawy ratowania polszczyzny.
Prof. Andrzej Markowicz jest autorem najnowszego Słownika poprawnej polszczyzny, który właściwie unicestwił termin “błąd językowy”, uznając, że w mowie potocznej wszystko, co popularne, jest dobre. Natomiast całkiem ostatnio przeczytałam bulwersującą wypowiedź prof. Jerzego Bralczyka, który twierdzi, że z czasem język polski się “uprości” i ustąpi młodzieżowym komputerowcom, którzy już dziś piszą po polsku ignorując zasady ortografii i nie używając polskich znaków diakrytycznych (z greckiego diakritikos – odmieniać), popularnie zwanych “ogonkami”. Zrezygnowali na dobre z nosowych samogłosek ą, ę, z kreskowanego o, znaków miękkości ć, ś, ź, dź oraz naszych ulubionych ż, dż. Prof. Bralczyk twierdzi, że trzeba się z nimi pożegnać i że polszczyzna bez “ść”, “ąść” i “ął” może się obejść. Zapytany przez dziennikarkę Agnieszkę Kubik, czy w internecie sam dba o ortografię, odpowiedział: “O tak, w mailu zawszę piszę z polskimi znakami, ale dziś największe zagrożenie dla polszczyzny widzę właśnie w tym, że będziemy musieli, a co gorsza – będziemy chcieli pozbyć się tych charakterystycznych polskich liter. Młodzież wysyła esemesy bez polskich znaków pewnie z powodów ekonomicznych, bo to tańsze, ale zauważam, że młodzi czytają już chętnie bez tych znaków, nie widzą żadnej różnicy. Dla mnie to bardzo przykre, bo ja lubię te polskie -ąści”.
Usłyszawszy taką opinię każdemu nasunie się pytanie, jak będziemy czytali i mówili bez polskich znaków? Profesor nie widzi problemu: “Anglicy mówią inaczej, niż piszą, i jakoś dają sobie radę. Przypuszczam, że żywa mowa utrzyma ę, ą, ś, ć, ale w piśmie tych znaków już nie będzie. [....] To się już zaczyna, od esemesów, od maili. Potem kto wie, czy nie ukażą się elektroniczne formy prasy bez polskich znaków? A potem może i prasa drukowana. Wszystko zależy od młodzieży. Czy będzie chciała tylko tak pisać, czy i tak czytać. Bo to użytkownicy kształtują język. Jestem tolerancyjny i otwarty na zmiany językowe”.
Wypowiedź “tolerancyjnego i otwartego na zmiany” profesora nie mnie jedną zbulwersowała. Kapitulancka zgoda na zawłaszczenie polszczyzny przez niedokształconą i językowo niechlujną młodzież to przecież nie tylko rezygnacja z utrwalonych tradycją znaków, które utrzymują więź w rodzinach wyrazów i odzwierciedlają naszą wymowę, ale również jeden z warunków logicznego ładu polskiego zdania. Co więcej, czy naprawdę chcielibyśmy zrezygnować z tak pięknych polskich słów, jak źdźbło, żółć, miłość czy szczęście, które bez naszych “ogonków” – z dołu czy z góry – po prostu nie mogą się obejść? Czy to samo znaczenie miałby dla nas zapis: “Sad, kąt, przy nim półka pełna leku”, co “Sąd, kat, przy nim Polka pełna lęku”? Czy zrozumielibyśmy, że fraza “zazolcic gesla jazn” to to samo co – zażółcić gęślą jaźń? Przypatrzmy się innym przykładom: czy “zeby” łatwo skojarzyć z zębami, czy nie mielibyśmy wątpliwości, czy “zab” to ząb, “sad” to sąd, “kat” to niewinny kąt, a czy “piec” to urządzenie ogrzewnicze, a może liczba pięć? Czy szybko zorientujemy się, że “wiec” to tylko więc, “zona” to żona, “lata” to łata, a “lek” niekoniecznie jest lekarstwem, bo może też być lękiem.
Jak odgadniemy, że “opal” (ten do pieca) to nie półszlachetny kamień opal, a “Polka” to jednak Polka, a nie półka?
Niebezpieczne manipulacje z ortografią na tym nie poprzestają. Nowy tygodnik Presspubliki, wydawcy Rzeczpospolitej, nazywa się Uważam Rze. Inaczej Pisane. Dowcipnie? Oryginalnie? Czy to już dalszy krok w zapowiadanym przez czołowego polskiego językoznawcę “upraszczaniu” polskiej ortografii? Jeszcze jeden i dojdziemy do tego, że zimny “lud” pomiesza się wiejskim ludem, a “Bug” na wysokościach z rzeką Bug. Pełna zgroza!
Ale może nie wszystko stracone. Czytam w internecie, że: “Od ponad roku używanie narodowych znaków diakrytycznych w nazwie strony internetowej umożliwia EURid – organizacja, która zarządza rejestracją domen.eu. W tym czasie zarejestrowano ponad 71 tys. takich adresów (tzw. domen IDN – Internationalized Domain Name), zaś w samej Polsce prawie 3,7 tys. Największą popularnością adresy ze znakami narodowymi cieszą się w Niemczech (ok. 46 proc.) i w Czechach (ok. 15 proc.). Polska znajduje się w tym rankingu na 3. miejscu (ok. 5 proc. wszystkich rejestracji IDN dla domeny.eu), wyprzedzając Francję”.
A zatem – wbrew profesorskim prognozom – możemy z nadzieją patrzeć w przyszłość. Sursum corda!
