



Oto należę do elitarnego klubu mikrobów planety, a na dodatek uprawiam pasożytniczy tryb życia. Już mądry Cyprian Kamil Norwid porównał bowiem felieton do “pasożytniczej rośliny, oplatającej głazy i drzewa”; wtórował mu inny mikrob-migrant, o dekadę starszy tłumacz Szekspira Stanisław Egbert Koźmian pysznymi określeniami felietonu, typu: “fraszka umysłowa”, “literackie trzpiotostwo” czy “różnofarbny motylek literacki”. Ale ów delikatny motylek może się też okazać dla piszącego groźnym trutniem – że o czytających nie wspomnę: amerykańscy psychoanalitycy dowiedli bowiem, że autorzy małych form dziennikarskich, w tym zabawnych felietonów, są często kandydatami na pacjentów domu wariatów. I trudno się temu dziwić, piszą przecież o jednym wielkim domu wariatów, jakim jest nasze życie na tym west padole...
Wiadomo nie od dzisiaj, że emigracja jest z założenia swego dla pisarzy klęską, że giną jak bakterie, czyli mikroby w chlorowanej wodzie, rozpuszczeni w oceanie nowego życia – jak mądrze wywodził bodajże Józef Wittlin w Blaskach i nędzach wygnania albo Witold Gombrowicz w Dzienniku – przepraszam, ale nie pamiętam, który z tych wielkich migrantów to powiedział. Gombrowicz wszak, dzięki ćwierćwiekowemu rozpuszczeniu w argentyńskiej samotni, został największym pisarzem polskim XX wieku. Nie wiem, czy autorowi Trans-Atlantyku zawdzięczamy to, że Argentyna jest jedynym państwem na świecie, w którym 8 czerwca obchodzony jest Dzień Polskiego Osadnika, i to jako święto narodowe. Oficjalnie mówi się o upamiętnieniu przybycia tam pierwszych Polaków na początku czerwca 1897 r., ale pasożytowi-felietoniście 8 czerwca kojarzy się także ze skokiem Jana Lechonia z tarasu hotelu Hudson w Nowym Jorku, Anno 1956. Z tarasu, powtarzam, i to na 15. piętrze, a nie z okna na 12., czego już w 1999 r. dowiodła w książce Lechoń nowojorski dr Beata Dorosz, wybitna badaczka dzieła i życia autora Karmazynowego poematu, a piszący niniejsze sprawdził to na własnej skórze. Jak można się domyślić, nie przesadziłem barierki tarasu, ale skóra mi cierpła na grzbiecie na tym wietrznym i otwartym dla samobójców miejscu, gdym tam łazikował w 50. rocznicę skoku poety.
Podróże kształcą i kształtują, ale czasem odkształcają, na przykład obraz kraju lub człowieka. Jadę sobie oto na początku grudnia pociągiem Intercity na trasie Warszawa – Kraków, a za głową mam zagłówek z napisem: “Witamy w podróży”. Ależ nie musicie mnie witać, kochani rodacy, w żadnej podróży, bo jestem w niej od 27 lat z okładem i końca jej nie widać, a trzygodzinna przejażdżka pociągiem nie jest dla mnie wyprawą zwaną podróżą. Nie jest też podróżą w sensie ontologicznym przelot samolotem na trasie transatlantyckiej; to zaledwie 9-godzinna przyjemność obcowania z uprzejmą i uczynną stewardesą, panią Magdą Dobrowolską, mającą na swym koncie ponad 7 milionów kilometrów, przelecianych w ciągu 15 lat pracy “na wysokościach”. Podróże też uświadamiają, jak ważne jest ruszanie się po świecie, choćby i Nowym Świecie w Warszawie, czy torontońskim owego odpowiedniku – Yonge Street, gdzie w, nomen omen, Cafe Mania spotkać można Kazimierza Głaza, artystę plastyka o międzynarodowej sławie, który nie tylko przyjaźnił się z pisarzem o międzynarodowej sławie, ale napisał o nim własną książkę Gombrowicz w Vence. Tak się składa, że chociaż obaj z Głazem mieszkamy w Toronto, po raz ostatni spotkaliśmy się na krakowskich Plantach w 2009 r. I wtedy, i teraz opowiadał mi o Wsoli. Mieści się tam w zabytkowym pałacu Muzeum Witolda Gombrowicza, a to dlatego, że tam, blisko Radomia, mieszkał w pierwszej połowie XX wieku brat Witolda Jerzy Gombrowicz, a pisarz przyjeżdżał do Wsoli aż do lata 1939 r. Brat Jerzy podobno utwierdził pisarza w realizacji pomysłu podróży do Argentyny pionierskim rejsem transatlantyku MS “Chrobry”. Do wyjazdu pisarza do Ameryki Łacińskiej zresztą by nie doszło, gdyby Witold nie spotkał w warszawskiej kawiarni późniejszego mieszkańca Urugwaju Czesława Straszewicza, autora pięknej powieści o życiu mikrobów-migrantów Turyści z bocianich gniazd, który mu o tym rejsie powiedział, a później załatwił nań bilet. Dla porządku – i pożytku czytających te słowa kilkorga studentów, przyszłych badaczy literatury polskiej poza Polską, których poznałem w Lublinie, Katowicach i Sosnowcu – podam, że znakomitą książkę o Straszewiczu napisała badaczka z jego rodzinnego Białegostoku, dr Violetta Wejs-Milewska (Wykorzenieni i wygnani. O twórczości Czesława Straszewicza).
Podobnie jak nie byłoby wyjazdu autora Pornografii za ocean, gdyby nie spotkał Straszewicza, tak nie byłoby tego felietonu, czyli pasożytniczej rośliny, oplatającej głazy, gdybym w Dzień Migrantów nie spotkał Kazimierza Głaza... Ciekawych spotkań ciekawych ludzi i wszelkiego dobra w Nowym Roku!
