



Jak zrodził się pomysł artystycznego tournée po USA?
Jakieś trzy lata temu zwróciliśmy się z ofertą do agencji, która zainteresowała się nami po wysłuchaniu kilku naszych koncertów. Agencji spodobał się ten pomysł i to tournée zorganizowała.
Co dyrekcja artystyczna zamierza osiągnąć w czasie tej trasy koncertowej?
Myślę, że celem wszystkich orkiestr na świecie jest pokazanie tego, co się robi według siebie najlepiej, i zyskać potwierdzenie swojej wartości i sensu tego, co się robi. Poza tym każdy koncert rodzi następne koncerty, następne kontrakty, następne tournée i powiększa się w ten sposób krąg zainteresowania i publiczności.
Program każdego koncertu zawiera przynajmniej jeden utwór polskiego kompozytora.
Bo to jest świetna okazja zaprezentowania i reklamy polskiej muzyki. Jednocześnie staramy się pokazać całe spektrum muzyki światowej, która przynależy każdej orkiestrze, każdemu artyście na świecie. Jeżeli pokazałoby się wyłącznie polską muzykę, nie każdy byłby tym zainteresowany. Gdyby na przykład amerykańska orkiestra przyjechała do Europy tylko z amerykańską muzyką, nie byłoby to dla publiczności zbyt ciekawe.
W programie jest muzyka Lutosławskiego, Szymanowskiego i Chopina. Dlaczego właśnie ci kompozytorzy i dlaczego te właśnie utwory?
Lutosławski jest patronem Filharmonii Wrocławskiej, siłą rzeczy jest więc zawsze w programie naszych koncertów. Szymanowski robi na świecie swoją zasłużoną karierę, począwszy od drugiej połowy XX wieku, i teraz jest powszechnie znanym kompozytorem. A Chopin, wiadomo, wszyscy go grają i należy do światowej czołówki.
Na trasie tournée nie ma największych ośrodków polonijnych. Czy to zamierzony koncept?
Tak. Kiedyś ośrodki polonijne miały zupełnie inne znaczenie. Europa jest już wolna, Polska należy do Unii Europejskiej, jest pełnoprawnym jej członkiem, i pełnoprawnym Europejczykiem, w związku z tym, jadąc do Stanów Zjednoczonych, chcemy pokazać się głównie publiczności amerykańskiej, a nie ograniczać się do polonijnej, bo to byłby wyjazd jak po Polsce.
Może pan powiedzieć coś o współpracy z solistami, pianistą Garrickiem Ohlssonem i wiolonczelistą Maciejem Młodawskim?
Z Garrickiem Ohlssonem znamy się i gramy już bardzo, bardzo długo. Maciej Młodawski jest koncertmistrzem wiolonczel Filharmonii Wrocławskiej i dla niego jest to jakby szansa pokazania się na forum międzynarodowym.
Cofnijmy się trochę w czasie i porozmawiajmy o pana karierze. Nabrała ona większego rozpędu po zdobyciu przez pana trzeciego miejsca na Międzynarodowym Konkursie Dyrygenckim im. Herberta von Karajana. Co ta nagroda dla pana oznaczała?
Zdobycie nagrody na tym najbardziej prestiżowym na świecie konkursie dla dyrygentów spowodowało zainteresowanie agentów i otwarcie dla mnie sal koncertowych. Moje nazwisko zaczęło być rozpoznawalne i nabrało dużego znaczenia, co z kolei otworzyło mi drogę na estrady właściwie całego świata.
W swojej karierze pełnił pan wiele funkcji, głównie jako dyrektor artystyczny różnych filharmonii czy teatrów operowych. Obecnie jest pan dyrektorem artystycznym Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Wrocławskiej. Jakie są pana cele artystyczne na obecnym stanowisku?
Moje cele zawsze były takie same, od momentu gdy zacząłem dyrygować, aby moje koncerty były najlepsze, a moja orkiestra grała najlepiej. Myślę, że to są najważniejsze cele każdego artysty, więc nie myślę, żebym był tutaj oryginalny.
Jakie cechy powinien mieć dobry dyrygent?
Bałbym się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, dlatego że każdy artysta, nie tylko dyrygent, ma własną, tylko jemu przynależną osobowość, i ta osobowość albo działa na publiczność, albo nie. Składa się na to bardzo dużo elementów, w związku z tym, gdyby można było znaleźć receptę, jak być dobrym dyrygentem i co dyrygent powinien sobą reprezentować, myślę, że mielibyśmy samych fenomenalnych dyrygentów.
Dyrygenci mają często opinie tyranów. W jaki sposób pan egzekwuje swoje wizje?
To są już legendy minionych wieków, kiedy rodziły się orkiestry, rodzili się dyrygenci, począwszy od Gustava Mahlera. Te historie obrosły anegdotami, jak oni pracowali, jacy byli apodyktyczni i na ludzkie sprawy niewrażliwi. Świat natomiast bardzo się zmienił. Tak samo poziom muzyków się znacznie zmienił i jest o wiele wyższy. Poza tym świat jest bardziej otwarty i dzisiaj nie trzeba używać jakiś dziwnych czy autokratycznych metod, żeby orkiestra realizowała cele, jakie wyznacza dyrygent. Wystarczy tylko mieć logiczną, przekonującą ideę i mieć charyzmę. To pociągnie ludzi za sobą i da możliwość zamierzonego, pozytywnego efektu. A jeżeli tego nie ma, to oczywiście muzycy nigdy za dyrygentem nie podążą.
Jak by pan opisał rolę dyrygenta?
Jest taka jak reżysera. Zamiast partytury reżyser ma sztukę, a aktorzy mają tekst, tak jak muzycy nuty. Od charyzmy, wyobraźni i fantazji reżysera czy dyrygenta zależy, jak to zostanie przedstawione i czy zrobi to na publiczności wrażenie. Z tym, że reżyser kreuje dzieło i potem już w nim nie uczestniczy, natomiast dyrygent ma to szczęście, że je kreuje od początku do końca.
Współpracując z wieloma orkiestrami przychodzi pan w pewnym sensie “na gotowe”, tzn. do orkiestry uformowanej przez kogoś innego. Czy nie ciągnie pana, by samemu stworzyć, tak od początku do końca, własny zespół?
Takich rzeczy już się nie robi. Dyrygent przychodzi do orkiestry, która formowała się przez lata. Jeżeli dyrygent ma prawdziwą wizję i wiedzę, jeżeli ma fantazję i prawdziwą charyzmę, to ta orkiestra nabiera jakby jego kształtów. To tak jak, powiedzmy, Itzhak Perlman weźmie stare skrzypce Stradivariusa i wtedy od razu można poznać, że to Perlman, a ktoś inny weźmie te same skrzypce – dalej nie będziemy wiedzieć, co to za skrzypce i kto na nich gra. Dyrygent nadaje orkiestrze swój stempel. Na tym właśnie polega cały talent. Dlatego są wybitni dyrygenci, bardzo dobrzy i niedobrzy. Orkiestra nobilituje dyrygenta, a potem dyrygent nobilituje orkiestrę. To jest taka transakcja wiązana.
Od lat mieszka pan w Londynie. Dlaczego wybrał pan to miasto?
Wyjechałem z Polski, bo chciałem znaleźć moje miejsce w świecie. Właściwie mogłem mieszkać wszędzie, ale wybrałem Londyn, bo tam jest po prostu mój generalny menedżment. Potem bardzo polubiłem to miasto i Anglików, bo nikt nie zagląda mi przez okno, co mam w domu, ile zarabiam, w co się ubieram. Jeżeli chcę być sam, to jestem sam i nikt nie wchodzi z butami w moje życie, a jeżeli chcę mieć przyjaciół, to ich mam. Poza tym Londyn jest ciągle kulturalnym centrum świata i, tak jak Nowy Jork, bardzo kosmopolitycznym miejscem, w którym nacjonalistyczne elementy nie grają żadnej roli. Myślę, że te wszystkie elementy zadecydowały, że zamieszkałem w Londynie i mieszkam do dzisiaj.

Mialam okazje pracowac z maestro Kasprzykiem - wspanialy muzyk, znakomity dyrygent i przeuroczy czlowiek. Pod wieloma wzgledami bije na glowe zachodnie slawy! Bardzo dziekuje za ten tekst - milo sobie powspominac przyjemnosci pracy nad symfonia Mahlera pod jego batuta!