



Fot. ze zbiorów Barbary Młynarskiej-AhrensCzytam opracowany przez Barbarę Toruńczyk tom Głosy Herberta i zastanawiam się nad losem towarzyszących poetom zwierząt, realnych i wyimaginowanych.
Weźmy taka świnkę morską... Pojawia się ona w listach Artura Międzyrzeckiego do Zbigniewa Herberta wielokrotnie, począwszy od późnej jesieni roku 1966. Oto pierwszy zapis, jaki jej dotyczy:
"Teraz o życiu: dzisiaj, 31 X 66, jest mrozik na ulicy, mgła, w telewizji grają jakiś teatr (słyszę w drugim pokoju), ale nie wiem co i nic mnie to nie obchodzi. Natomiast na ten smutek wypiliśmy z Julą koło godziny ósmej wieczór ćwiartkę wódki Klubowej (Jula patrzy tam w telewizor, z Danielą, która przyniosła wczoraj do domu z klubu przyrodniczego świnkę morską, sympatyczną, ale mało się udzielającą: przeważnie siedzi pod szafą), o tej śwince myślę sobie: ´o, to jest zwierzę, które nie istniejeª, Rilke, nic mnie nie obchodzi Rilke, nasuwa się pytanie: a co Pana właściwie obchodzi i za kogo Pan się ma?, otóż to, pewna tkliwość, jaką dla siebie żywię, umożliwia mi pozostawienie tej delikatnej kwestii na boku".
ŁADNY FRAGMENT, JAK POEMACIK PROZĄ. Jula to żona Artura Międzyrzeckiego, znakomita poetka Julia Hartwig. Daniela to ich córka, wówczas jedenastoletnia, dziś mieszkanka Nowego Jorku. Zostawmy na razie na boku Teatr Telewizji i Rilkego, śledźmy dalej doniesienia o śwince w korespondencji dwóch poetów.
W następnym liście, napisanym dwa tygodnie później, 14 listopada, Międzyrzecki jakby nigdy nic zaczyna opowieść o śwince od początku: "Daniela przyniosła do domu świnkę morską, czarną, podobną do wiewiórki. Nie wiedziałem, że to takie miłe. Ale na ręce się nie daje wziąć, woli być z daleka - i stopniowo się oswaja. Wczoraj odwiedził nas kolega Danieli z chomikiem, ten znowu ciekawy w stopniu niewyobrażalnym; takie mam też kontakty z naturą, w końcu zupełnie znośne".
Potem dłuższa przerwa - wymiana listów i kartek trwa, ale o śwince ani słowa. Dopiero 21 listopada 1967 roku Artur Międzyrzecki pisze, znów jakby po raz pierwszy: "I właściwie nie mam się czym pochwalić, chociaż się staram jak mogę. Ale kupiłem sobie winiak i pewno sobie kropnę, wieczór już i ciemno. Mamy czarną świnkę morską (Daniela przyniosła kiedyś ze szkoły, rok temu), żyje na wolności i piszczy we wszystkich kątach mieszkania po kolei. Teraz tu przyszła. Jada trawę, sałatę i książki z dolnych półek, najchętniej nowe. Jest wykształcona i niezależna wewnętrznie, wielkości pekińczyka, z wielkim futrem, czarnym, które trzeba przystrzygać dwa-trzy razy w roku. Więc wszystko już wiesz".
TO JAKBY TRZECIA ŚWINKA. Swą niezależnością przypomina tarsjusza ze znanego wiersza Szymborskiej pod takim tytułem - i jak tarsjusz roztkliwia.
W liście pisanym w czasie burzliwym i trudnym - 8 kwietnia roku 1968 - pojawia się u Międzyrzeckiego inne małe zwierzątko: "A teraz chciałem napisać o sprawach intymnych i prywatnych, ale nic mi właściwie nie przychodzi do głowy. Miś Twój-maskotka patrzy na mnie, natura budzi się do życia [...]". A dalej, po doniesieniach o pisaniu i o zdrowiu, o żonie i o córce: "Regularne życie prowadzi też nasza czarna świnka morska, zadomowiła się niesłychanie, czasem przemawia".
Ze strony Herberta świnka pojawia się w tej korespondencji po raz pierwszy pod koniec czerwca 1968 roku, ale za to od razu w sposób świadczący o tym, że uważał on to niepozorne zwierzątko za uosobienie poezji: "A jak tam u Was słonko na przyzbie czy słota w lebiodach? A świnka morska czy klasycyzuje czy raczej uprawia wyzwoloną wyobraźnię?".
Międzyrzecki podejmuje trop literacki, pisząc 23 lipca, po tym, jak złożył rezygnację z funkcji wiceprezesa Związku Literatów Polskich: "... prowadzę życie wyłącznie artystyczne, nasza czarna świnka morska podjada mi książki, i dni mijają". Ale na tym kończy się wątek świnki w korespondencji obu poetów. Międzyrzeccy wyjeżdżają na kilka lat do Stanów Zjednoczonych, o śwince cisza.
WRÓĆMY ZATEM DO PIERWSZEGO LISTU, w którym się pojawiła. Do wątków, które Artura Międzyrzeckiego ponoć wcale nie obchodziły. Jak teatr, jak Rilke.
31 października 1966 roku był poniedziałek, wtedy polska telewizja nadawała spektakle teatralne. Dzięki znakomitej bazie danych, udostępnionej mi przez Grażynę Pawlak z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk ustalam, że tego dnia grano Ożenek Rembrandta Balzaca. Spektakl, poprzedzony słowem wstępnym Jerzego Koeniga, trwał 70 minut, a rozpoczął się o godzinie 20:15. W roli głównej wystąpił zmarły niedawno Zbigniew Zapasiewicz, w roli panny o dziewiczym imieniu Wirginia Barbara Młynarska - obecnie animatorka polskiego życia kulturalnego w Szwajcarii.
Balzac napisał sztukę na temat Rembrandta? Jakoś to dziwnie brzmi. Zaglądam do wyszukiwarki, najpierw wyskakuje przepyszny fragment Fizjologii małżeństwa, wyliczenie siedmiu rodzajów greckich kapłanek miłości, porównanych do ptaszków, które w przekładzie Boya brzmi tak: "Nagle, pewnego zimowego poranka, podobne stadu ptaków wystraszonych zachodnim chłodem, odlatują naraz, jednym rzutem skrzydeł, fellatrix, obfita w zalotne wymysły, które oszukują żądzę, aby przedłużyć jej palące porywy; tractatrix, pochodząca z pachnącego Wschodu, gdzie kwitnie rozkosz, tonąca w sennym upojeniu; subagitatrix, córa wielkiej Grecji; Lemana, ze swą słodką i drażniącą pieszczotą; Koryntyjka, która umiałaby w potrzebie zastąpić je wszystkie; wreszcie niepokojąca Phicydyjka o łakomych i swawolnych ząbkach, których emalia zdaje się czuć i rozumieć rozkosz. Jedna, być może, jeszcze ci pozostała; ale pewnego wieczora i ona, świetna i zapalczywa propetis, rozwija białe skrzydła i ulatuje z pochylonym czołem, ukazując ci po raz ostatni - jak na obrazie Rembrandta ów anioł znikający oczom Abrahama - swoje cudowne skarby, których sama nie zna i które tobie tylko było danym podziwiać w okrzyku upojenia i tulić pieszczącą dłonią".
TEN FRAGMENT PODOBAŁBY SIĘ HERBERTOWI, mimo pomyłki, Balzac odsyła bowiem niewątpliwie nie do anioła, powstrzymującego rękę Abrahama zamierzającego się na Izaaka, tylko do pokazującego się od tyłu odlatującego anioła z obrazu Archanioł Rafał opuszczający rodzinę Tobiasza, który nasz poeta będzie w roku 1986 szkicował w Luwrze (reprodukcja w tomie Herbert. Znaki na papierze, Olszanica 2008).
A może chodzi o Nieznane arcydzieło, jeden z najciekawszych utworów Balzaca, rzecz o granicy między sztuką a życiem, między dążeniem a ideałem? Główny bohater tego opowiadania, malarz Frenhofer, opisany jest przecież, przez porównanie, jako "płótno Rembrandta, kroczące w milczeniu bez ram". Nie bez kozery Picasso, który zilustrował Nieznane arcydzieło cyklem grafik i sam utożsamiał się z Frenhoferem, wynajmując pracownię w domu, gdzie zaczyna się akcja opowiadania, miał powiedzieć po latach, pokazując FrancŁoise Gilot swój cykl rembrandtowski: "Widzisz tę buńczuczną postać z kręconymi włosami i z wąsami? To Rembrandt. A może Balzac? Nie jestem pewien".
Nie, sztuka pokazana w Telewizji Polskiej 31 października 1966 nie była oparta na Fizjologii małżeństwa ani na Nieznanym arcydziele, tylko na innym opowiadaniu Balzaca o malarzu, a mianowicie na Piotrze Grassou.
Frenhofer był genialnym malarzem, który nie potrafił przekroczyć granicy między sztuką zrozumiałą a sztuką prawdziwą: namalowany przezeń portret doskonale pięknej kobiety był przez współczesnych odbierany jako bezładna plątanina linii (rozumiemy zainteresowanie Picassa tym tekstem). Grassou, młodzieniec nieśmiały i niewinny, jest malarzem miernym, mającym raczej talent kopisty. Ale to on osiąga sukces finansowy i społeczny, to jego czekają dobre zamówienia i dobry ożenek. Nawet jeśli jest wykorzystywany przez handlarza obrazami Eliasza Magusa, który zamówione u niego kopie starych mistrzów sprzedaje dużo drożej jako oryginały, to przecież te same obrazy w oczach przyszłego teścia przyznają mu rangę równego mistrzom: "w takim razie pan jest Rubensem, Rembrandtem, Terburgiem, Tycjanem!".
Rodzina, w którą wżeni się Grassou, została przedstawiona karykaturalnie jako warzywa: ojciec melon, matka kokos, córka szparag (zachowała się notatka, w której Balzac próbował nieprzetłumaczalnej niestety "warzywnej" koniugacji czasownika légume: je carotte, tu asperges, il mache, nous oignons, vous chicorée). "Melon" w przekładzie Boya "sapał jak miech". W oryginale jest w tym miejscu: "comme un marsouin", czyli "jak morświn". A to zwierzę jest - fonetycznie - spokrewnione ze świnką morską...
SŁYSZANY PRZEZ MIĘDZYRZECKIEGO z drugiego pokoju Ożenek Rembrandta był dysputą o granicach sztuki wysokiej i komercji, o związku między wzgardliwym milczeniem krytyki a wymiernym finansowo uznaniem ze strony kupujących. Herbert przez wiele lat zmagał się z esejem o Rembrandcie (malarzu, którego, jak żalił się w liście do Czapskiego, nie mógł "ugryźć") i w końcu go jednak nie napisał.
A Rilke? "O, to jest zwierzę, które nie istnieje" - w oryginale: "O, dieses ist das Tier, die es nicht gibt" - to pierwszy wers znanego wiersza o jednorożcu z Sonetów do Orfeusza. Wiersza zainspirowanego, podobnie jak istotny fragment jego powieści Malte, cyklem gobelinów z motywem jednorożca w Musée de Cluny.
Rzucając ten cytat Międzyrzecki wiedział, do kogo pisze. Rilke był dla Herberta od lat 50. jednym z najważniejszych poetów. W późniejszych latach autor tomu Hermes, pies i gwiazda przełoży poemat Rilkego Orfeusz Eurydyka Hermes (fragment ukazał się w Zeszytach Literackich nr 83), a następnie napisze własną wariację na ten temat, zatytułowaną skrótem H.E.O. i dedykowaną Kasi, czyli żonie (przedrukowano ten tekst obecnie w Głosach Herberta). Eurydyka Herberta nie chce wracać do starego Orfeusza, a Hermes ją pociesza, że niedługo zostanie wdową i znajdzie sobie "zdrowego osiłka o ramionach jak konary dębu, młodzieńca bez polotu, ale na tyle mądrego, że nie pragnie rzeczy nieosiągalnych" (czyż to nie sylwetka Piotra Grassou?).
Jeśli zaś chodzi o gobeliny z motywem Jednorożca i Panny, które tak fascynowały Rilkego, to w liście Herberta do Julii i Artura Międzyrzeckich z 4 listopada 1968 roku czytamy: "Kasia zdrowa. Jesień złota. Trochę wina w sobotę i tęsknoty od poniedziałku do piątku. Staram się trzymać w garści. Ucieczki w przeszłość do Aten i do Jednorożca o którym teraz piszę pozwalają zapomnieć na chwilę o publicznych zgryzotach". A Barbara Toruńczyk wyjaśnia: "Zbigniew Herbert pracował nad szkicem o przechowywanej w muzeum w Cluny XV-wiecznej tkaninie Dama z jednorożcem. W archiwum poety zachowało się obszerne dossier na ten temat: zapiski, fragmenty eseju, bibliografia i wycinki prasowe, reprodukcje ikonografii jednorożca oraz przysyłane przez przyjaciół kartki pocztowe z tym motywem". Prostując, że nie chodzi o Cluny, miejscowość w Burgundii, siedzibę słynnego opactwa benedyktynów, tylko o muzeum sztuki średniowiecznej w piątej dzielnicy Paryża (dawny Hôtel de Cluny) zgłaszam niniejszym postulat bibliofilskiego wydania tego dossier w formie osobnej książeczki, ilustrowanej tymi pocztówkami, podobiznami gobelinów, wzbogaconej może o wiersz Rilkego o jednorożcu i o stosowny fragment Maltego.
WRÓĆMY JEDNAK DO ŚWINKI MORSKIEJ. Owszem, uosobienie poezji, uczona świnka, która podgryza "książki z dolnych półek, najchętniej nowe". Czytając listy Międzyrzeckiego miałem jednak wrażenie, że chodzi o coś więcej. I oto w komentarzach do tomu Głosy Herberta natknąłem się na tytuł opowiadania Świnka morska albo o potędze rozumu. Herbert opublikował je w roku 1956 w piśmie Kontrasty. Sięgam zatem po wznowiony ostatnio przez Pawła Kądzielę w rozszerzonej, dwutomowej edycji Węzeł gordyjski i czytam ponownie (recenzowałem pierwsze wydanie na łamach Przeglądu Polskiego w numerze z 8 lutego 2002 roku) przewrotne opowiadanie o rozmowie czterech panów i o pewnym naukowym eksperymencie. Jeden z rozmówców, wygłosiwszy pochwałę interesującego nas dzisiaj zwierzątka ("Są to najprzyjemniejsze pod słońcem stworzenia - wierzcie mi, panowie, nie kot, nie pies, ale właśnie świnka morska"), opowiedział, jak to kiedyś, przed pierwszą wojną światową, na prośbę przyjaciela, młodego lekarza, zajmował się świnkami morskimi, które zostały zarażone gruźlicą i miały w sposób naukowy umrzeć: " Świnki posmutniały. Przestały śpiewać, sierść im się zjeżyła. Siedziały w kącie, oddychały z trudem. Łepek leżał nisko przy ziemi - i jakby osobno".
Nie będę streszczał całego opowiadania, zachęcam do lektury. Dla Herberta było ważne, w liście prywatnym napisał nawet: "to ma być obrachunek z moim pokoleniem, a sprawa jest wielowarstwowa i napęczniała od problemów". I tym akcentem pozwalam sobie zamknąć niniejszą glosę na temat świnki morskiej u poetów.
