Krytyk Artur Sandauer nie stosował taryfy ulgowej wobec wziętych na pióro autorów. Nie tylko stawał "kością w gardle biernemu i pogrążonemu w bezmyślnym użyciu zwierzęcemu światu kołtunerii" - że posłużę się tutaj jakże celnym, także współcześnie, zdaniem Henryka Sienkiewicza - ale i młodym krytykom, których wyhodował na własnej piersi.
Ale kto piórem wojuje, ten od pióra ginie, czego Sandauer doświadczył w dwóch numerach paryskiej Kultury z roku 1982 za sprawą niezwykle sprawnej w krytycznoliterackim fechtunku ręki Stanisława Barańczaka, której kunszt pokazał w pamflecie Samobójstwo sandaueryzmu. Kilka lat później wydrukował go w gdańskiej Melinie Wydawniczej, a przed dwudziestu już laty tekst znalazł się w zbiorze Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich. Jak sam pisał w studium o poezji Zbigniewa Herberta (Uciekinier z Utopii), "z artykułów polemicznych piętnujących nadużycia Sandauera zebrałaby się chyba kilkutomowa antologia". Najważniejsze wszak były dwa szkice - jego i Tomasza Burka, twórcy pojęcia "sandaueryzm".
Szkic Burka Szkoła mitologiczna Artura Sandauera, zamieszczony w zbiorze krytycznym z roku 1973 Dalej aktualne, pamiętam dobrze, bo ukazał się niemal równolegle z moim prztyczkiem antysandauerowskim, wydrukowanym w krakowskim Studencie. Relacjonowałem wywiad telewizyjny, w którym krytyk tak się reklamował: "Wylansowałem Schulza, Gombrowicza, Białoszewskiego, a teraz się wysferzyłem. (...) Nie wiem, czy zajmę się współczesną literaturą, ale wydaje mi się, że jeszcze zdążę ją uratować - jak znajdę czas. Ale na to trzeba zmienić tryb życia. Trzeba by znowu przestać być człowiekiem książki". Relację zakończyłem zdaniem komentarza: "No właśnie". Wstydziłem się go tylko do stanu wojennego, w którym Mitrydates polskiej krytyki popełnił sepuku, chwaląc wojskową grochówkę i Jaruzelskiego. Dlatego tekst Barańczaka miał dodatkowy element oskarżenia krytyka, który nie tylko przejął od reżimu metodę - niszczenia nazwisk, które mu podpadały - ale i reżym po obskurancku poparł. Dla nas wszystkich, parających się piórem i wywalonych nagle z pracy, albo i zapuszkowanych, zwolennik stanu wojennego nie mógł być więcej autorytetem. Był samobójcą, niczym wielbiony przez niego Mitrydates, który zasłynął nie tylko ze znajomości języków i umiłowania literatury i sztuki greckiej, ale i niezwykłego okrucieństwa wobec wrogów i własnej rodziny.
Sandauer niejako antycypował "samobójstwo sandaueryzmu" tytułem własnej książki Samobójstwo Mitrydatesa. Barańczakowi wszak nie chodziło o teksty w rodzaju Bez taryfy ulgowej, co o metodę krytyka-klasyka. Bo i Sandauer był dla Barańczaka-studenta klasykiem: "Jako student polonistyki w latach 60. żyłem, jak chyba wszyscy, w aurze osobliwego kultu Sandauera: można się było z nim nie zgadzać, nie można było nie mieć dla niego podziwu; jego szkice o Gombrowiczu, Schulzu, Leśmianie, Tuwimie, Przybosiu czy Białoszewskim należały do żelaznego kanonu krytyki współczesnej, traktowano je jako wzór dociekliwej interpretacji i estetycznego kunsztu...".
Ja też żyłem w kulcie Sandauera i starałem się nie dostrzegać delikatnych retuszów zdań, ustawiania autorów do bicia i zacietrzewienia. Jak celnie zauważa Marta Wyka w recenzji z Książek najgorszych... o tytule Stan grafomanii i śmierć intelektu, pomieszczonej w Dekadzie Literackiej przed blisko dwoma dekadami, "(...) niedostrzegalny początkowo gołym okiem upadek Sandauera rozpoczął się od drobnych przeinaczeń, przekręceń cytatów, pomijaniu publikacji na ten sam temat, który on podjął w celu zapewnienia sobie merytorycznego pierwszeństwa i jedynej słuszności, potem zaś nadchodziło stopniowo swoiste pieniactwo krytyczne, które można nazwać również mitologizacją, nieustanna repetycja własnych odkrywczych tez, tworząca w sumie bardzo szczególną atmosferę umysłową". Był to niewątpliwie znak czasów...
Krytycy "sandaueryzmu" walczyli z nim jego własną bronią. Barańczak z "chirurgiczną precyzją" rozbroił "kapitalny problem sandaueryzmu jako ´duchowej formy życiaª, sandaueryzmu jako formacji umysłowej, sandaueryzmu jako postawy moralnej, sandaueryzmu jako przedziwnego zjawiska, w którym metoda stoi, wbrew pozorom, w najzupełniejszej sprzeczności z legendą". Te zdania brzmiały jak salwa plutonu egzekucyjnego: "Jeśli przyjąć, że zakłamanie zabija intelekt, Artur Sandauer, jak nowy Mitrydates, przyjmując coraz większe dawki zakłamania, uodpornił się na zatrucie jako człowiek, przy okazji jednak uśmiercił własną umysłowość. Nastąpił ostatni etap sandaueryzmu - metody i sandaueryzmu - legendy: publiczne samobójstwo".
Od "bojów i bojkotów" Sandauera i z Sandauerem minęły lata. Odwaga wcale nie staniała, rozum nie podrożał, a jakby wprost przeciwnie. Czy zatem, jak pytał proroczo autor Liryki i logiki, "przy obecnym upadku literatury nie można marzyć o większym w niej zaszczycie niż - zaszczucie"? Logiczne to, i - liryczne.
