Piszę w 21. rocznicę śmierci Artura Sandauera i uśmiecham się na wspomnienie jego wykładu na polonistyce UMCS – ach, co to był za wykład, a właściwie występ niemal kabaretowy, połączony z szarganiem literackich świętości i w ogóle porządków panujących w literaturze wczesnego PRL-u.
Niedawno, opróżniając schowek w garażu z pudeł z książkami, by zrobić miejsce na nowe pudła, tym razem z albumami, odnalazłem notatki z tego wykładu sprzed czterech dekad. Nie, nie jestem szalonym bibliofilem, zawalającym dom, garaż i garaże znajomych skupowanymi na pchlim targu tomiszczami. Tak się składa, że składowanie u siebie książek znajomych twórców przynależy do moich społecznych, nieraz przykrych obowiązków, na przykład gdy umiera pisarz-emigrant, albo gdy nasza charytatywna instytucja – Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie – wydaje kolejną książkę, której nakład idzie jak krew z nosa, bo czytelnictwo spada w tempie szybszym niż nakłady... Ale to temat na osobne dywagacje.
Otóż przeglądając pożółkłe pudła znalazłem przywleczony z Polski zeszyt z Sandauerem z roku 1970. Szalejący krytyk nie pozostawił suchej nitki na spolegliwych wobec reżimu kolegach-krytykach za ich krytykę jego książki Bez taryfy ulgowej, w której ciosy rozdawał równo i często niesprawiedliwie, choć jakże atrakcyjnie. Jego "polemiczne ingerencje w aktualne życie literackie" także dziś czyta się z podziwem dla intelektualnej i cywilnej odwagi autora. W czasach stalinizmu krytykował socrealizm, za co otrzymał zakaz publikowania, więc pierwsze odcinki z cyklu Bez taryfy... zamieszczał w Kulturze paryskiej, będąc de facto pierwszym pisarzem z kraju, który odważył się publikować w piśmie Księcia z Maisons-Laffitte. Był też jednym z sygnatariuszy "Listu 34" z roku 1964 przeciwko zaostrzaniu cenzury. Zdanie Sandauera: "Odwaga staniała, rozum podrożał" było wtedy tak samo przekorne, jak całe jego niepokorne pisarstwo; w latach 50. i 60. odwaga wcale nie staniała, za odwagę połączoną z rozumem szło się często do więzienia, albo traciło prawo do pracy, a nawet ojczyzny – vide los polskich Żydów z lat 1968-69.
Mnie wtedy Sandauer imponował obroną sekowanej w kraju twórczości Witolda Gombrowicza i walką o Brunona Schulza. Nazwanie Adolfa Rudnickiego, ówczesnego pisarskiego celebryty, laureata nagrody państwowej II stopnia, "Heleną Mniszek naszych czasów", produkującą "mity społeczne na użytek pensjonarek", ściągnęło na głowę krytyka gromy. Oczywiście, Sandauer w pełni sobie na nie zasłużył, bo w obszernym szkicu, pomieszczonym na łamach Życia Literackiego, zjechał Rudnickiego niemiłosiernie. Swoim kategorycznym atakiem na pisarza zszokował nawet samego, bezkompromisowego Gombrowicza. Pisał on w Dzienniku z 1957 r.: "Sandauer w Polsce broni się osaczony... Ja przyglądam się temu z Ameryki. Moje uczucia są nieco zbite z tropu wskutek tego, że z Adolfem Rudnickim byłem niegdyś, przed wojną, dość blisko – startowaliśmy razem i to nas łączyło. Ale z drugiej strony dystans, dystans lat i dystans kilometrów – jakiż zamrażający!".
Autorowi Ferdydurke spodobał się styl Sandauera, a jego "świetny artykuł" był jak "wybicie okna w nie przewietrzanym od lat pokoju", jak "uderzenie pięścią w fikcję", w literaturę i życie umowne, na niby. Minęło pół wieku, przepadł komunizm, ale czy tak wiele się zmieniło w życiu literackim? Ależ skąd, analizy Sandauera i Gombrowicza pozostają jak najbardziej w mocy. Pisze autor Ślubu w cytowanym już Dzienniku: "(...) nadwątlenie systemu nie jest bynajmniej jednoznaczne z przywróceniem rzeczywistej gry sił i wartości – bo przecież (to słuszna myśl Sandauera) pozostał z tamtego czasu układ, układ ludzi i grup, zainteresowanych w tym, aby się utrzymać na zajmowanych pozycjach, i ta «układność» jest dalszym ciągiem paraliżu i mistyfikacji". Nic, tylko geniusze intuicji, Kasandry przenikliwości, a może to tylko polska – albo nie tylko polska – specyfika, że w każdej epoce, systemie, zamordyzmie czy demokracji mamy te same zmory i pandory, ambicje i interesy, zwane układami albo "grupami wzajemnej arogancji", które, jak historia uczy, trzymają się najsilniej i najdłużej, są ponadsystemowe, ahistoryczne i bardzo histeryczne, jak im się wchodzi w paradę...
Gombrowicz miał w Sandauerze obrońcę i piewcę jego wielkości, niedocenianej – bo nieznanej – w Polsce niemającej dostępu do dzieł autora Transatlantyku. Sandauer z kolei odnalazł w Gombrowiczu syntezę polskiej duszy i charakteru narodowego. Pisał: "Czymże jest bowiem Ferdydurke? Jest – ujętą w formę fantastycznego pamiętnika – satyrą na społeczeństwo polskie, i to nie na jakąś określoną jego grupę, lecz na całość, na staroświeckich i nowoczesnych, na konserwatystów i postępowców, na mickiewiczologów i wellsistów, na belfrów i pensjonarki, ziemian i lud"...
Dokończenie za tydzień
