



Fot. Czesław CzaplińskiW Rhode Island zmarł Włodzimierz Książek, polski artysta, od lat dobrze osadzony w amerykańskiej rzeczywistości i stale obecny w Nowym Jorku dzięki wystawom w galerii Kouros. Ostatnia miała miejsce wczesną wiosna br.
Książek (ur. w 1951 r.) studiował w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, w 1982 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Osiadł wpierw w Nowym Jorku i choć po wielu latach z miasta wyjechał, jednak zawsze był z nim związany, choćby przez galerię Kouros na Manhattanie, która go reprezentowała i która okresowo prezentowała jego prace. Ale wystawiał swoje abstrakcje (Książek był zdeklarowanym abstrakcjonistą) na całym świecie. Jego twórczość zyskiwała życzliwe albo wręcz entuzjastyczne recenzje. Malował, wykładał sztukę na wielu amerykańskich uczelniach, pisał. Jego twórczości poświęcono sesję zorganizowaną pod koniec stycznia 2010 r. w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku. Podczas tego wieczoru na temat dokonań Książka wypowiadali się znani nowojorscy krytycy, znawcy sztuki. Sam Książek mówił wtedy także sporo o sobie i własnym widzeniu pracy artysty, jego miejscu i roli w społeczeństwie.
Był bardzo dobrym malarzem, ale jakby bez wiary w siebie, we własne umiejętności twórcze, w swój talent. Wskutek tej niewiary stał się artystą monotematycznym. Zajmowała go substancja malarska - faktura, pion i poziom kompozycji na płótnie, układy kolorystyczne. Każdy obraz jest w zasadzie jednobarwny, a jednak nierówności, załamania faktury powodują delikatną grę światłocienia na płótnie i lekkie modyfikacje tonacji kolorystycznej.W jego sztuce właściwie nic się nie zmieniało, prace sprzed pięciu, dziesięciu lat były niemal takie same, jak powstałe ostatnio. "Niemal" oznacza, iż jednak widać było ledwie zauważalną ewolucję twórczą Książka, powolnie zmierzającego ku większej prostocie dzieła. Podejrzewam, że sukces rynkowy wizualnie efektownych prac skłaniał go do trzymania się raz obranej, sprawdzonej drogi. Wolał nie eksperymentować, rezygnował z twórczych poszukiwań. Przedkładał kontynuację nad zerwanie ciągłości, które mogłoby okazać się rynkowym niewypałem. Jego postawa była przykładem dramatu wielu współczesnych artystów.
Był twórcą autotematycznym. Malował obrazy o obrazach, o warsztacie malarza, o procesie tworzenia. Jego płótna sprawiają wrażenie powierzchni dopiero przygotowanej jako grunt do przyszłego dzieła. Można wnioskować, iż według niego malowany na zagruntowanym blejtramie wizerunek zakrywa to, co podstawowe i istotne, zasłania fundament aktu twórczego. Stanowi swoistą fasadę, maskę rzeczywistości. A zatem, według Książka, sztuka polega na zrywaniu tych masek, zewnętrznych wyglądów i winna docierać do sedna dzieła - do tworzywa; ono jest punktem wyjścia i ostatecznym układem odniesienia obrazu.
Jego prace, których konsekwentnie nie tytułował, są bardzo charakterystyczne, łatwo rozpoznawalne. Zawsze pogrubiona powierzchnia (przez nakładanie miejscami zamalowanych warstw wosku), miejscami zachlapana jakby tylko, z grubsza zamalowana niczym w doraźnym akcie renowacji czegoś, łatania, niedokładnego zaklejania, niedbałego szpachlowania nierówności, przypomina fragment muru z odpadającym tynkiem, korę drzewa albo płot czy ścianę drewnianego domu. Książek nieustannie wygrywał dwuznaczność obrazu i jego podkładu: punkt wyjścia dzieła był dlań zarazem etapem końcowym tworzenia. Ukazywał efekt drążenia w głąb aktu malarskiego - jego niezliczone, zmienne oblicza, archeologiczne pokłady dzieła. Jego sztuka polegała więc nie tyle na "malowaniu na", nakładaniu - warstwa po warstwie - farby na płótno, ale na "odmalowywaniu" pokładów dzieła, by w procesie twórczym zrywać te narosłe warstwy, zstępować do głębi, do źródła, do podstaw wszelkiego malarstwa.
Naturalnie, nie istnieje artysta w pełni "abstrakcyjny". Gdyby zatem szukać dla Książka pokrewieństw duchowych, należałoby wskazać na abstrakcyjny ekspresjonizm albo na minimalizm/konceptualizm. Można w jego obrazach dojrzeć aluzje do dzieciństwa, do wspomnień z przeszłości, do świata gruzów i zniszczeń, interpretować je jako ewokację świata, który zasłonięto, zakryto, zamalowano, i tylko wysiłek twórczy odnajduje pod grubą warstwą podkładu ślady dawnych znaczeń, jakby strzępki jakichś wizerunków, podstawową strukturę rzeczywistości.
Płótna Książka są łatwo rozpoznawalne: pogrubiona faktura to jednocześnie obraz i ujawniająca nierówności podłoża jego podstawa, grunt - zerwana warstwa tynku czy farby. Warstwy nakładają się jedna na drugą bez końca, bez szansy na dotarcie do samego spodu, do końca. Twórca jakby w dosłowny sposób drążył strukturę malarskiego zdarzenia, ukazywał jego niezliczone, zmienne oblicza, archeologiczny zrąb, na którym dopiero ewentualnie może powstać dzieło pełne, skończone.
* * *
W Polskim Instytucie Naukowym, który rzadko otwiera swoje podwoje dla artystów, mieliśmy znakomitą wystawę kilkunastu rzeźb i kilku obrazów Lubomira Tomaszewskiego.
Na czynnej do 26 maja ekspozycji zatytułowanej "Faces" znany artysta pokazał dzieła wykonane jego ulubioną, sprawdzoną techniką łączenia sztuki i natury, spajania w nierozłączną całość pracy rąk i dzieła przyrody. Intencja Tomaszewskiego jest oczywista: sztuka wypływa z natury będącej jej źródłem i inspiracją, wieczną energią, z której czerpać mogą (i powinni) artyści.
Na wystawie oglądaliśmy twarze "ubrane" w kawałki kory, fragmenty porzuconych drzew, elementy fantazyjnie ukształtowanych pni, konarów, w których wprawne oko artysty rozpoznaje zagubione fragmenty twarzy. Tomaszewski uzupełnia brakujące części. W blasze z brązu czy miedzi wykuwa twarze - szlachetne, pociągłe, zadumane, natchnione. Tomaszewski tworzy świat magiczny, jego twórczość ma wiele z czarodziejskiej sztuki wydobywania istot jakby zaklętych w przyrodzie. Sięga do mitycznego świata natury ożywionej, zaludnionej różnymi niezwykłymi postaciami. Trzeba tylko umieć patrzeć, czuć, emocjonalnie zespolić się z przyrodą, a natychmiast objawi nam się rzeczywistość, której nawet nie podejrzewamy. Zgubiliśmy ją w codziennej krzątaninie, w gęstwie ciągłych problemów życiowych, pożądaniu rzeczy mało w istocie ważnych. Zatraciliśmy wrażliwość na ten świat dziecięcej baśni, artystycznego zachwytu, zwyczajnego ludzkiego wczucia się w otaczającą nas rzeczywistość. Ale ona istnieje, jest w istocie prawdziwsza od sztucznej, wydumanej narośli intelektualnych tworów cywilizacji ludzkiej. Tak ujęty świat Tomaszewskiego, ów prawdziwy, pierwotny świat, jest domeną piękna, wiecznej młodości. Pełen uroku i czaru trwa wiecznie.
Lubomir Tomaszewski zaprezentował także kilka obrazów wykonanych techniką, którą również już wielokrotnie sprawdzał. Są to obrazy "malowane" dymem, czarną i szarą sadzą. Twarze ludzkie, postaci jawią się jak fantomy, jak duchy wyłaniające się z pustki. Z dymu, z mgły, "z niczego" Tomaszewski wyczarowuje światy niezwykłe i osobliwe. To jest potęga wyobraźni, twórczego natchnienia, które nie znajduje żadnych przeszkód w nieustającej kreacji.
Wspaniała wystawa, szkoda że tak słabo rozreklamowana. Na szczęście można zorientować się w jej jakości oglądając w internecie krótki film-relację wraz z interesującą wypowiedzią samego artysty (http://www.poland.us/strona,15,8212,0.html).
* * *
W Prospect Park, pięknym, niegdyś polskim domu przyjęć, zabaw i spotkań na Brooklynie, miała miejsce wystawa obrazów Franciszka Kulona.
Malarz jest postacią niezwykłą, oryginałem, dziwakiem, jedynym w swoim rodzaju twórcą, którego obrazy sytuują się między kiczem a wielką sztuką.
Była to pierwsza w Nowym Jorku tak duża ekspozycja jego prac. Ponad 50 płócien Kulona dawało doskonały przegląd jego twórczości, a były to obrazy religijne, patriotyczne, katastroficzne i publicystyczne. Z tych ostatnich jest najbardziej znany. Głośno było o Franciszku Kulonie, gdy swą sztuką rozpoczął walkę z przedstawicielami systemu sprawiedliwości w Connecticut. Czynił to w sposób niezbyt wybredny, ale artystycznie interesujący. W tych pracach nawiązywał do tradycji sztuki Jacka Malczewskiego, tworzył obrazy symboliczne - pełne satyrów, faunów, diabelskich istot prześladujących, krępujących, gwałcących sprawiedliwość.
Specyfiką sztuki Kulona jest sięganie do tradycji, czerpanie ze zdobyczy innych epok, osiągnięć twórców z przeszłości. Bez trudu rozpoznajemy na jego obrazach style dawne i nowsze. Kulon jednak zmienia co trochę poetykę swych dzieł, ale wciąż pozostaje niejednoznaczny, niepokojący. Tworzy tak, aby uniknąć bezpośredniego zaszufladkowania. Do tradycyjnych przedstawień wprowadza elementy, które burzą nasze utrwalone wyobrażenia o sposobach przedstawiania. Z konwencjonalnych malowideł przekształca swoje obrazy w dzieła zastanawiające, dwuznaczne. Kulon jakby się z odbiorcą bawił, kluczył, umykał poglądom, jakie zdołaliśmy sobie wyrobić na temat jego sztuki. Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczy.
