



.jpg)
Głód sukcesu leży w naturze każdego człowieka. I nie jest ważne, czy jest on duży czy mały, czy będzie miał jakieś trwałe konsekwencje w szerszej skali, czy też będzie namiastką czegoś naprawdę istotnego. To właśnie casus Justyny Kowalczyk, mistrzyni olimpijskiej w biegu narciarskim, czyli z osobą z którą identyfikuje się teraz Polska. Przez całe swoje długie życie nigdy nadmiernie nie interesowałam się sportem, często walczyłam z mężem o telewizyjnego pilota.
A jednak, tak jak miliony Polaków, przesiedziałam przed telewizorem cały ten morderczy bieg na 30 km, zakończony złotym medalem Justyny Kowalczyk rodem z Kasiny Wielkiej.
Przez godzinę z hakiem ("hak" - modne dziś w Polsce słowo!) śledziłam styl jej biegu: najlepsza w podchodzeniu, wtedy przeganiała inne; słabsza w braniu zakrętów (drżałam czy nie upadnie); długie nogi pomocne na prostej.
Wszyscy żyjemy tym sukcesem, jak byśmy to my stoczyli zwycięski pojedynek z drobną, szczupłą biegaczką norweską, by po 30 km walki być szybszym o trzy dziesiąte sekundy. Nasi komentatorzy relacjonujący bieg tracili głos od nieustającego orgazmu, jakby od zwycięstwa naszej reprezentantki zależały losy Polski. Ciekawe, czy powstaną dzieła malarskie sytuujące Justynę Kowalczyk jak Sobieskiego pod Wiedniem...
"Czy będziemy się światu kojarzyli z sylwetką, optymizmem i białymi do przesytu zębami Justyny Kowalczyk, czy z sylwetką, triumfalistycznym uśmiechem braci Kaczyńskich?" - pytał retorycznie swoich wyborców kandydat na kandydata na prezydenta z Platformy Obywatelskiej Radosław Sikorski. Paradoksalnie, minister przykuśtykał na to spotkanie o kulach, konsekwencji upadku na nartach. Wszyscy pchają się do serca Justyny. Prezydent też zapowiedział przez swoich ministrów zaproszenie medalistki na śniadanie do "pałacu pod kandelabry". Teraz więc wszyscy przez jakiś czas będziemy grzać się w ciepełku sukcesu "złotej Justysi".
MIMO ŻE DO WYBORÓW PREZYDENCKICH pozostało jeszcze ponad pół roku, kampania zaczyna nabierać rumieńców. Przede wszystkim dzięki prawyborom w PO, której członkowie mają wybrać swojego kandydata z dwójki: marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. W partii popularniejszy jest ten pierwszy, uosobienie modelu prezydentury zrównoważonej, statecznej, a przede wszystkim przewidywalnej. Drugi to dynamika, przebojowość. I co podkreślają jego antagoniści - za duża brawura. Sikorski ma jednak także niebagatelny atut - poparcie młodego elektoratu, który praktycznie rzecz biorąc przesądził o wyniku ostatnich wyborów parlamentarnych. Analitycy polityczni twierdzą, że w drugiej turze wyborczej Bronisław Komorowski, byłby wygodniejszym przeciwnikiem dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, reagowałby spokojniej i mniej agresywnie na polityczne zaczepki.
Próbkę, jaka może być kampania prowadzona przez ministra spraw zagranicznych, pokazał on sam w odpowiedzi na wywiad, jakiego udzielił prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. W Newsweeku dał do zrozumienia, że w tajnych archiwach znajdują się na Sikorskiego jakieś poważne haki. A ten - rozpoczynając kampanię odpowiedział - że lepszy Sikorski z hakami niż Kaczyński z bratem. Czeka nas nie lada biesiada polityczna. To lubię!
NA RAZIE TKWIMY W AWANTURZE z reporterem Gazety Wyborczej Arturem Domosławskim, który porwał się i napisał biografię Ryszarda Kapuścińskiego. Ryszard był jego mentorem. Przyjaźnili się przez lata, gadali, Artur jeździł po jego tropach, no i w trzy lata po śmierci Wielkiego Reportera powstała książka ucznia pod tytułem Kapuściński - non-fiction.
I rozszalała się burza z piorunami. Wdowa po pisarzu, Ala, zażądała wycofania książki z obiegu, nim się ukazała. Na przemiał - już! Przegrała, książka ukaże się lada chwila w wydawnictwie Świat Książki [zapowiedziano ją na 4 marca, w 77. rocznicę urodzin autora Hebanu, w dzień po złożeniu tego wydania Przeglądu Polskiego - przyp. red.].
Charakterystyczne, że nim ją ludzie przeczytali, już podniósł się wrzask. Polacy podzielili się na za i przeciw.
Główny zarzut, że Kapuściński konfabulował. Taka dola wszystkich, którzy nie chcą być tylko reporterami w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale mają ambicje pisarskie i poetyckie. Jak również filozoficzne.
Kiedy przeczytałam reportaż Kapuścińskiego napisany przez niego chyba jeszcze podczas studiów, pomyślałam: "Nie, ja czegoś takiego nigdy nie potrafiłabym napisać". Był doskonały w swojej skrótowości.
Rysiek miał większe plany. Nie chciał zamykać się w zgrzebnej komunistycznej Polsce. I wyrwał się. Obmierzył chyba cały glob, zewsząd nadsyłając coraz to ciekawsze reportaże-powieści. Jak mnie zachwycał Cesarz - to była perełka! Istniało wiele opracowań o rządach terroru, ale ten był o rządach podlizywania się dworskiego. Autor biografii czepia się, że Hajle Sellasje nie był taki, ale inny. A cóż to ma do rzeczy?! Kapuściński uchwycił w Cesarzu istotę podlizywania się. I choć pisał po polsku, w stylu pobrzmiewała nutka wschodniego zaśpiewu... Arcydzieło.
Pracowaliśmy jakiś czas w tej samej redakcji: w warszawskiej Kulturze. Jak wracał z wojaży, słuchaliśmy w napięciu jego opowieści. Bo mówił równie dobrze jak pisał. Może nawet lepiej?
Pamiętam, jak opowiadał nam z zachwytem o obaleniu szacha Iranu i objęciu władzy przez Chomeiniego: "To było zachwycające: ludzie w Teheranie, szeleszcząc gromadnie szli ulicami krzycząc ze szczęścia.... Jakże się przeliczyli! Bo prawie zaraz okazało się, że rządy Chomeiniego są straszniejsze niż jego poprzednika".
Rysiek musiał wszystko odwrócić. I zrobił to z maestrią.
Kapuściński był bratem-łatą w najlepszym wydaniu. Ani krzty zadzierania nosa. Przyjazny, serdeczny. Byle do rozmowy nie zakradło się słowo krytyki o jego twórczości. To już był koniec.
Nagradzano go i chwalono za wszystko. Nawet za pierwsze Lapidaria, wyjątkowo słabe.
Mnie się udało utrzymać z nim dobre stosunki, bo instynktownie czułam, że mówienie o jego twórczości jest tabu. A nuż wyrwie mi się niepotrzebne słówko.
Związek z żoną był jak nierozwiązywalny supeł. Oboje wiedzieli jedno: albo ty mnie pogrzebiesz, albo ja ciebie (określenie zaczerpnięte od Wałęsy). A że były po drodze miłostki, zupełnie przelotne i nic nieznaczące? Boże święty! A w którym stadle ich nie ma? W końcu rzadko byli razem. On w wojażach, ona lekarka klinicystka na miejscu. Istnieją takie małżeństwa, że mimo rozłąk, tylko oni dwoje się liczą. Do tego stopnia - i to było może najsmutniejsze - że zaniedbywali dziecko. Dobrze, że na łożu śmierci nastąpiło pogodzenie. W mszach za duszę Ryśka, odprawianą rokrocznie, podpisują się "matka i córka". I siadają obok siebie.
OGLĄDAM CZASEM W TELEWIZJI prace komisji sejmowej badającej tzw. aferę hazardową. Z grubsza mówiąc, chodzi o niepodnoszenie podatku właścicielowi tych gier, multimilionerowi Ryszardowi Sobiesiakowi. Sobiesiak zabiegał o to u znanych sobie ministrów, a oni przyrzekali: tak, dobrze, dobrze, nic się nie martw - i nic nie robili. A przecież rządowi chodziło o zwiększenie wpływów do skarbu państwa. Przyrzekali i bawili się w posiadłościach multimilionera. Nie umieli wyrzec się tej znajomości.
Premier, gdy się dowiedział o tych konszachtach, natychmiast zwolnił dyscyplinarnie dwu polityków zamieszanych w aferę: Mirosława Drzewieckiego, ważnego, bo jako minister sportu odpowiadał za budowę i przygotowania piłkarskich mistrzostw Europy w roku 2012, oraz szefa klubu parlamentarnego PO Zbigniewa Chlebowskiego.
Teraz komisja sejmowa docieka, na ile wymienieni byli winni. A Drzewiecki z pola golfowego na Florydzie śle obelgi pod adresem Polski jako dzikiego kraju. Tu należy dodać, że nadal obaj mają mandat poselski i biorą poselskie pensje.
Jestem dogłębnie oburzona. Liczyłam na Tuska bardziej. Nie, że pobuduje w mig autostrady itp., ale że potrafi "ścibolić". Wierzę w ścibolenie, gdy się chce czegoś dokonać, a manna nie płynie z nieba. Sama jestem rozrzutna, ale rozrzutność na wysokich szczeblach w ubogim kraju jest karygodna.
Chciałabym policzyć, ile razy w czasie przesłuchań komisji hazardowej padają słowa: "panie pośle, panie ministrze". Padają wobec tych, którzy dawno ministrami czy posłami być przestali. Nierzadko zdarza się też: "wielce szanowny panie pośle ministrze". W moim uchu brzmi to drażniąco. Inne nacje już dawno od tego odeszły, a u nas nadal panuje tytułomania.
Warszawa, 2 marca 2010 r.
