



24 grudnia obchodził pan 55. urodziny. Czy to już czas, kiedy zaczyna się podsumowanie życiowych doświadczeń?
Robię tyle, ile mogę, nie ścigam się z nikim i nikomu niczego nie zazdroszczę. Tak samo jestem mądro-głupi teraz i jak miałem 21 lat. Gdy człowiek był młody i mądry, wszystko wiedział najlepiej, tracił czas na szukanie wiatru w polu, ale na tym polega młodość. Najważniejsza jest ta druga połowa życia, starość, bo ona o wszystkim przesądzi. Czy zostanę wiecznie młodym, dobrze zapowiadającym się poetą prowincjonalnym znanym w dwóch powiatach na Dolnym Śląsku (oby!), czy światowcem, na którego poezji będą uczyć się poetyki młodzi poeci w Londynie czy San Francisco? Jedna i druga opcja mi się podoba. Jestem dobrej myśli, dużo pracuję, zdrowie w miarę dopisuje, pomysły twórcze są. Ludzkiej życzliwości też mi nie brakuje. Czuję się nie najgorzej, więc jeszcze nie czas na podsumowania. Każdy dzień bez czytania i pisania uważam za stracony.
Powiedział pan kilka lat temu, że nie chce, aby mówiono o panu jako o poecie polonijnym czy emigracyjnym; te fazy już się skończyły, teraz chce pan być i jest poetą polskim. Jaką widzi pan w tym różnicę?
Poezja polska od ponad dwustu lat idzie drogami: krajową i emigracyjną. W Ameryce można dodać, że jest jeszcze poezja polonijna i coraz częściej tutaj słyszy się o poezji chicagowskiej, tworzonej przez poetów chicagowskich, których – według moich obliczeń – jest ponad pięćdziesięciu w samym tylko mieście. Jest też coraz głośniej o młodej poezji londyńskiej. Emigrantem byłem, ale nigdy nim się nie czułem. W życie polonijne mocno kiedyś się angażowałem, gdy mieszkałem w San Francisco i potem w Chicago. Ale ten rozdział mam już poza sobą. Polonia amerykańska jest zbyt uboga intelektualnie, aby mieć własną kulturę, poza sobotnimi szkołami, kościelnymi chórami itd. Nie mamy polonijnej zwartej klasy średniej, która wytwarza zapotrzebowanie na kulturę. Na samym dole są ci, co przyjechali kilka lat temu za chlebem i wciąż są “głodni” – nie wydadzą dolara na kulturę. Na górze ci, co przestali być “głodni”, i spłacają domy, studia. O Polonii mówią sarkastycznie, Amerykanów znają tylko z widzenia. Oni też nie wydadzą dolara na kulturę. Nie ma tutaj żadnych fachowców od polskiej czy polonijnej kultury przez duże K. Kultura sporo kosztuje – wie o tym rząd polski w Warszawie i wiedzą twórcy polscy przebywający za granicą. Pozostała ojczyzna, przed którą uciekłem na drugi koniec świata – do San Francisco. Stara ojczyzna stała się celem westchnień, bo nie nawiązałem dialogu z nową w nowym języku.
Pisze pan w jednym z wierszy (“Rok 1997”): “Poetycka formuła poezji/ być obiektywnym/ współczucie na drugim planie/ emocje zastąpione opisem”. Wydaje mi się, że poezja to niemal czyste emocje. Jak pan widzi poezję w dzisiejszym świecie i swoją w szczególności?
Myśl ta jest czysto modernistyczna, byłem nią przez pewien okres zafascynowany i nadal jestem, ale już nie tak. Ojcem jej jest T.S. Eliot, który w eseju pt. Tradition and the Individual Talent, napisanym w roku 1919, udowadniał m.in., że emocje, osobiste zaangażowanie poety w wiersz, pisanie w pierwszej osobie, poezji szkodzi. Poeta powinien trzymać się daleko od swojego wiersza – twierdził. Anonimowość jest dobra, ale jeszcze lepsza jest bezosobowość – dodawał. Mówiąc krótko Eliot nie był zwolennikiem poezji romantycznej ani wiktoriańskiej. Tradycję w szerokim pojęciu uważał za bardzo ważną dla poety, twierdził, że każdy poeta wyrasta z jakieś tradycji i jest powiązany z poetami, którzy tworzyli przed nim. Aby ocenić poetę współczesnego, należy znać jego poprzedników i w ich kontekście go oceniać. Odebrał wielką rolę poezji i poetom, ich znaczenie w społeczeństwie, jakie nadali im romantycy. Słowem ściągnął romantyków na ziemię, i to jałową.
Rola poezji w dzisiejszym świecie jest inna niż 200 lat temu; nadal wielcy tego świata czytają poezję, powołują się na nią w swoich przemówieniach. Czy ją czytają i rozumieją – to już inna sprawa. Codziennie rodzą się poeci, codziennie debiutują nowymi wierszami. O mojej roli jako poety wypowiedzą się lub nie inni. Ja tylko piszę.
W wielu utworach sięga pan do wspomnień rodzinnych Pieszyc. Stają się one niemal jak Nowogródek Mickiewicza – mitycznym źródłem inspiracji, układem odniesienia. Jest pan zarazem poetą światowym (amerykańskim i europejskim) i prowincjonalnym. Jak pan godzi te dwie perspektywy?
Tutaj muszę powiedzieć, że ulegałem przez lata wpływowi poezji amerykańskiej i William Carlos Williams jest temu po trosze winien, bo jego poezja, w szczególności długie poematy, jak Kora in Hell, In the American Grain i Paterson, miały na mnie wpływ; istotne jest nie tylko, o czym pisał, ale – jak pisał. Williams potrafił przeobrazić się z poety lokalnego, prowincjonalnego czy regionalnego w światowego. Myślał przez całe życie o sobie jako lokalnym poecie. Patriotyzm lokalny w jego twórczości wyrażał się w szacunku do tradycji i zwyczajów miejscowej kultury, tj. amerykańskiej, i tym przeciwstawiał się Eliotowi i Poundowi. Dążył do stworzenia poezji prawdziwie amerykańskiej, uniezależnionej od wzorców poezji europejskiej. Czesław Miłosz pisząc o swoich rodzinnych stronach odkrył też dla mnie małą ojczyznę i teraz radzę sobie z nią dobrze. Znalazłem własne korzenie i jest mi łatwiej żyć w Ameryce. Oglądać wielki świat przez pieszycką lunetę i odwrotnie.
W “Liście 81” pisze pan: “Dzisiejszy poeta, jak go widzisz?”. No właśnie: jak?
Moim ulubionym poetą od wielu lat jest Adam Zagajewski. Bardzo go cenię jako twórcę i jako człowieka, który potrafi łączyć życie na dwóch półkulach, w dwóch, jakby na to nie patrzeć, światach: wschodniego Europejczyka i człowieka Zachodu. W Ameryce poeta to przede wszystkim profesor od nauczania poezji. Żyje mu się raczej nieźle. Widzę dzisiejszego poetę po amerykańsku. Tak, tak, np. pan Czesław Miłosz rano wstawał, mył się, golił, jadł śniadanie, nakładał garnitur, czystą białą lub niebieską koszulę, zawiązywał krawat (przeważnie w kolorze stalowym), wkładał wyczyszczone buty, jechał do pracy, czyli na uniwersytet, gdzie nauczał. Wracał z pracy, zdejmował marynarkę, krawat, buty, zakładał dżinsy i zabierał się do pracy, czyli do własnej twórczości, nie zaniedbując żadnych innych obowiązków. Na koniec dnia wypijał szklaneczkę lub dwie whisky z lodem. I tak przez 30 lat życia w Ameryce – pomiędzy drzwiami lodówki a samochodu, pomiędzy wiązaniem krawata a czyszczeniem butów, prasowaniem spodni a wykładami – Kaliope spokojnie czerniła papier.
W innym wierszu pisze pan: “emigrant to ofiara własnych marzeń”. Czy jest pan taką ofiarą? Czy dotyczy to wyłącznie emigrantów, czy po prostu w życiu wszyscy stajemy się ofiarami własnych marzeń?
Tak, jestem ofiarą własnych marzeń, i nie trzeba być emigrantem, aby nią być. Ma pani rację.
Tłumaczenia z Williamsa zajmują końcową jedną trzecią tomiku “Pieszyckie łąki” – czy jest on dla pana wzorem sztuki poetyckiej?
Bardzo lubię amerykańską poezję, znajduję w niej inspirację. Williams jest jednym z wielu poetów, nie tylko amerykańskich, których na użytek własny przekładałem z języka angielskiego. Tłumaczyłem m.in. Pounda, Eliota, Whitmana, Lao Tse, Rumiego, Moore’a. Teraz gdy o tym myślę, to faktycznie najwięcej amerykańskich modernistów, ale też mam w dorobku beat generation i nowojorskich poetów.
Tomik wierszy “Pieszyckie łąki” to najświeższe pana dokonanie poetyckie, ale również może się pan pochwalić otwartą latem 2011 wystawą “Miłosz po amerykańsku”. Skąd ten pomysł?
Pieszyckie łąki to najważniejsze dokonanie, bo najmłodsze dziecko. Co do wystawy zdjęć – był to od początku pomysł organizatorów z okazji 100. rocznicy urodzin naszego noblisty. W latach 1982-1991 mieszkałem w San Francisco, a w 1986 r. nawiązałem znajomość z poetą. Polubił mnie i zarekomendował moje wiersze do paryskiej Kultury oraz Tygodnika Powszechnego. Z tego okresu powstała wystawa moich zdjęć i listów pt. Miłosz po amerykańsku, którą w czerwcu 2011 r. ambasador Stanów Zjednoczonych Lee Feinstein otworzył w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej we Wrocławiu. Prezentuje ona fotografie z dwóch prywatnych archiwów – Andrzeja Miłosza, brata noblisty, oraz mojego. Muszę dodać, że zdjęć zrobionych w Ameryce naszemu nobliście jest niewiele.
Jest pan nie tylko poetą, ale także tłumaczem, fotografem i promotorem polskiej kultury w Stanach Zjednoczonych. Co pana skłania do tak różnorodnych działań?
To było kiedyś. Dzisiaj tak naprawdę to tylko piszę, trochę tłumaczę, nawet już zdjęć nie chce mi się pstrykać. Miałem gazetę poetycką Dwa Końce Języka, galerię, księgarnię literacką Golden Bookstore, w której zorganizowałem prawie 200 spotkań literackich i artystycznych z lokalnymi twórcami, których nikt nie znał, i z gwiazdami kultury z Polski. Miałem duże motywacje do działania, jestem urodzonym społecznikiem, ale z wiekiem to przechodzi, i teraz już coraz mniej mi się chce.
