



W monumentalnej biografii Czesława Miłosza Andrzej Franaszek kreśli portret poety w bodajże najtrudniejszym momencie jego życia, jako człowieka na krawędzi bliskiej samobójstwu rozpaczy, który w domu “na Korneju” histeryzuje, grozi, przeprasza, dręczy siebie i otoczenie wizją nagłej śmierci pozostawionych w Ameryce żony i małych synków, skrajnymi ocenami podjętej decyzji: czy wreszcie słusznie powiedział NIE kłamstwu, czy jednak zdradził własne lewicowe przekonania.
Spadły na niego gromy – nie po raz pierwszy i nie ostatni – z obu stron, i z kraju, i od większości środowisk emigracyjnych. Warszawscy przyjaciele bluzgnęli inwektywami w stylu stalinowskich broszurek; Antoni Słonimski napisał, że słowa Miłosza “rozgrzeszają skrytobójców”, Jan Kott nazwał go “duszą lokajską” i wypomniał posługiwanie się podczas wojny litewskim paszportem, a najbliższy Miłoszowi od wczesnej młodości Jarosław Iwaszkiewicz szydził, że jego artykuł w neohitlerowskich Niemczech ukazał się obok zdjęcia Własowa, ukraińskiego kata Polaków. Gałczyński napisał wiersz z refrenem “w pysk dezertera”. Zarzuty emigrantów dotyczyły “antypolskiej” orientacji Miłosza w kręgach przedwojennej lewicy, jego “tchórzostwa” podczas okupacji i służby dyplomatycznej na placówkach PRL-u. Dla jednych i drugich był zdrajcą. W jego obronie stanął zespół Kultury, Stanisław Vincenz, Andrzej Bobkowski i grupa młodych londyńskich poetów wydająca pismo Kontynenty, w którym Miłosz opublikuje wówczas istotne, tłumaczące swoją “konwersję” (określenie Bobkowskiego) artykuły. W myśl rady Hertza – i zgodnie z charakterystycznym dla autora Ocalenia rytmem inspiracji twórczej, dającej najwspanialsze owoce po najtrudniejszych przejściach życiowych – w okresie kilku kolejnych lat napisze jedne z najpiękniejszych jego utworów poetyckich, wśród nich dedykowany Vincenzowi prometejski Mittelbergheim i arcydzieło: Traktat poetycki.
Powstają także powieści Dolina Issy i Zdobycie władzy, a przede wszystkim Zniewolony umysł (1953), książka, która wprowadzi nazwisko jej autora na mapę kulturalną Zachodu – dzięki brawurowej analizie nie tylko zbrodniczości, ale i uwodzicielskiej siły komunizmu – i jego samego ostatecznie uwolni od zamroczenia DIAMATEM, diabłem, jak będzie powtarzał, materializmu dialektycznego, a w sumie, marksizmu.
Jak to się stało, że wpadł w jego sidła? Miał sielskie dzieciństwo w małym dworku szlacheckim w Szetejniach w powiecie kiejdańskim (po I wojnie należącym do Litwy, co tłumaczy ów późniejszy “paszport litewski”) – pod opieką mądrej matki i mniej obecnego, słabszego od matki ojca – ale młodość, gimnazjalną i uniwersytecką, raczej chmurną. Z natury nieśmiały i nadmiernie wrażliwy, z trudem zawierał przyjaźnie, doskwierała mu bieda i związane z nią klasowe kompleksy, które rzutowały na negatywny stosunek do “wielkopańskiej”, nietolerancyjnej wobec etnicznych i religijnych mniejszości Polski. Andrzej Franaszek pisze o jego skłonności do poddawania się zbiorowym emocjom, podkreślając także głębsze podłoże: sprzeciw wobec brutalności natury, której społecznym odpowiednikiem był kapitalizm. Idea komunizmu kusiła wizją “opanowania rozumem świata i wykroczeniu poza prawa biologii”. Obserwując burdy antysemickie w Wilnie, restrykcje wobec Białorusinów i Ukraińców, Miłosz ulegał antypolskim stereotypom lewicy, a w swoich katastroficznych lękach dostrzegał zbliżające się zagrożenie bardziej światu niż bezpośrednio Polsce. Jednocześnie, od lat szkolnych, fascynowała go teologia i ta fascynacja, potrzeba wiary religijnej, stanie się jednym z istotnych motywów jego dojrzałej twórczości.
Ukończył, nie bez trudu, wydział prawa na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, współtworzył grupę poetycką Żagary, spędził rok w Paryżu na stypendium polskiej Fundacji Kultury Narodowej, skąd, w 1934 r., pisał w liście do Iwaszkiewicza o “zalewie kretynizmu jakim jest polska literatura” i że śmierć Piłsudskiego “jednak mnie poruszyła”. Po studiach dostał pracę w wileńskiej filii Polskiego Radia, którą stracił ze względu na bulwersujące poglądy polityczne, ale dzięki poparciu przyjaciół został przyjęty do Radia w Warszawie. Przeżywa w tym czasie wielką miłość, do koleżanki ze studiów Jadwigi Waszkiewiczówny, zakończoną jego odejściem w sytuacji, która wymagała decyzji zawarcia małżeństwa – i tej zdrady nie wybaczy sobie do końca życia. Jadwiga wybaczy i będzie z Miłoszem korespondować do momentu nagłej śmierci, przed umówionym w 1989 r. spotkaniem z poetą. W 1936 wychodzi drugi, po Poemacie o czasie zastygłym, tom poezji, Trzy zimy. Gwiazda młodej krytyki literackiej Ludwik Fryde nie waha się w ocenie: “Czesław Miłosz to największy dziś żyjący poeta, o skali talentu na poziomie Mickiewcza”. Pod koniec dekady poeta wiąże się z Janiną Cękalską i ich małżeństwo przetrwa wszystkie, do jej śmierci w 1986 r., burze.
Lata okupacji, po ucieczce z zajętego przez Sowietów Wilna (opisanej w Rodzinnej Europie), Miłosz spędził w Warszawie. Jego intensywna działalność w literackim podziemiu była niebezpieczna; za prowadzenie wydawnictw, akcje pomocy groziła kara śmierci lub obóz, ale do żadnej formacji wojskowej nie przystąpił. Uczy się angielskiego, tłumaczy poetów anglosaskich i ukochanego filozofa katolickiego Jacques’a Maritaina, redaguje antologię Pieśń niepodległa. Poezja polska czasu wojny (1942). Zawsze niechętny romantyzmowi i nacjonalizmowi, polemizuje z poetami zaangażowanymi w konspirację, których po ich bohaterskiej śmierci w walce z okupantem będzie z bólem wspominał w Traktacie poetyckim. W ówczesnych polemikach przede wszystkim sprzeciwia się “lekkomyślnemu szafowaniu ludzkim życiem”, ale jego oponentów raził także pogląd, że nie ma sensu walczyć o Polskę “narodowych mitów”.
Podobnie jak całe grono jego okupacyjnych przyjaciół, Miłosz ze zgrozą obserwuje hekatombę polskich Żydów, czemu dał wyraz w jednym ze swoich najszerzej znanych wierszy Campo di Fiori. Wiersz ten – czemu Franaszek w swej książce poświęca sporo uwagi – był w Polsce przedmiotem gorących sporów. Opisuje bowiem świąteczny tłum warszawiaków rozbawionych na karuzeli stojącej pod murem walczącego w powstaniu 1943 r. getta: I śmiały się tłumy wesołe/ w czas pięknej warszawskiej niedzieli. Historyk literatury Ryszard Matuszewski, do którego Miłosz w tamtą niedzielę, 24 maja, jechał na Żoliborz, twierdził, że wiersz był metaforą. Istnieje wielokrotnie publikowane zdjęcie małej karuzeli w pobliżu miejsca, gdzie toczyły się na początku powstania najzawziętsze walki. Stoi, łańcuchy bez krzesełek, pomiędzy podziurawionym kulami murem i wycelowaną w stronę muru niemiecką armatką. W wielkanocną niedzielę, po ogłoszeniu przez Niemców końca powstania, miotacze ognia systematycznie dopalały zgliszcza i trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek tam się zbliżał. Pytany o ten wiersz poeta bronił swojego świadectwa, ale w rozmowie z nieustępliwą Renatą Gorczyńską powie: “Dla mnie ten wiersz jest trochę drażliwy. (...) w okolicach getta kręciły się karuzele. (...) w innych momentach Warszawa była inna, więc nie chodzi o jakieś oskarżanie. No, ale to wiersz napisany jako zwyczajny odruch ludzki wiosną 1943 roku”.
W 1960, po długich zabiegach – torpedowanych przez donosy niechętnych mu rodaków – Miłosz otrzymał amerykańską wizę i stanowisko wykładowcy na Uniwersytecie Berkeley w San Francisco. Będzie mówił o spędzonych tam z górą dwudziestu latach jako o wygnaniu, będzie się skarżył na samotność, inną niż odczuwana dawniej, w Wilnie, w Warszawie, we Francji, bo w Kalifornii brak mu było audytorium dla jakże bogatej wówczas twórczości: w kraju zakazanej, a w polskiej diasporze ograniczonej do kilkuset prenumeratorów wydawnictw Kultury. Mimo skarg kalifornijskie dekady owocowały wybitnymi dziełami, rezultatem żelaznej dyscypliny (w dniu zawiadomienia o Nagrodzie Nobla wymknie się reporterom na swój wykład o Dostojewskim) i, poniekąd, lekcji pokory: belferskiej, jak sam żartował, i chrześcijańskiej, czemu dawał wyraz w traktatach wierszem i prozą, w do końca życia pisanych lirykach. Wielką zasługą Andrzeja Franaszka jest wnikliwa analiza religijności Miłosza, poety i praktykującego katolika, który w każdą niedzielę chodził na mszę i zżymał się na reformy II Soboru Watykańskiego, zacierające jego zdaniem granicę między sacrum i profanum. Należy więc, słusznie stwierdza autor Biografii, zachować ostrożność w anektowaniu Czesława Miłosza jako proroka laickiej lewicy, podobnie jak w anektowaniu przez skrajną prawicę Zbigniewa Herberta. Wiele obu poetów różniło, inaczej pojmowali patriotyzm, ale dla obu naczelnym zagrożeniem dla świata był nihilizm.
Żadna z nawałnic nihilizmu XX wieku nie była Miłoszowi obca, jego rodzinna Europa była ich epicentrum. Wobec żadnej nie pozostawał obojętny, a jeśli mylił się na obrzeżach ich ocen, naprawiał błędy. “Łączył w sobie wrażliwość, wyczulenie na ból, dostarczające mu udręk skrupulatne sumienie, skłonność do depresji i rozpaczy – pisze biograf – z olbrzymią witalnością, dyscypliną, siłą fizyczną i duchową pozwalającą przetrwać nieszczęścia, których przytrafiło mu się o wiele więcej, niż miał zwyczaj opowiadać”. O nich także, ale i o momentach radości, szczęścia, miłości, opowiada ta piękna książka. Po jej przeczytaniu, parafrazując słynne zdanie Zygmunta Krasińskiego o Mickiewiczu, trudno nie powiedzieć o Miłoszu: on z nas wszystkich.
Książkę można zamówić w EK Polish Book Store,tel. (201) 355-7496
