



Dziś coraz wyraźniej widać, że sprawa nie jest obojętna ani ze społecznego, ani z lingwistycznego punktu widzenia i żeńskie formy próbują wprowadzać do polszczyzny zarówno prości ludzie, jak bojowe feministki i coraz bardziej ustępliwi poprawnościowcy. Problem w tym, że z jednej strony kobiety domagają się zawodowego równouprawnienia, łącznie z uwzględnieniem go w języku, z drugiej, że mają świadomość, iż żeńskie formy tworzone od męskich tematów automatycznie podkreślają ich wtórność, a więc i niższość wobec pierwowzoru. Kulturalni Polacy w dalszym ciągu traktują je jako formy stosowne raczej w języku potocznym niż oficjalnym, a dla wielu ciągle brzmią niepoważnie, obniżając prestiż zawodu czy stanowiska.
Temat powrócił ostatnio w związku z powołaniem Ewy Kopacz na stanowisko marszałka Sejmu. W Polsce pytano półżartem: czy “ministra” zostanie “marszałką”? A może “marszałkinią”? Z gramatycznego punktu widzenia lepsza byłaby “marszałkini”, bo odmieniałaby się podobnie, jak istniejąca już w języku mistrzyni (od mistrza) czy dozorczyni (od dozorcy). Jednakże, wbrew obawom, “marszałka” nie przeszła. Była minister, po staremu, została marszałkiem.
Choć żeńskie odmiany poważnych zawodów i stanowisk – jak premier, prezydent, profesor czy doktor – istnieją już w potocznej mowie, to jednak nie używamy ich dotąd w oficjalnym języku. W poprawnej polszczyźnie nadal stosujemy formy męskie, nie odmieniając ich, ale za to obowiązkowo zaznaczając w inny sposób żeński rodzaj osoby, do której się odnoszą. Robimy to dodając do rzeczownika w rodzaju męskim czasownik lub zaimek z żeńską odmianą (czasem może to być i przymiotnik). Przy tym zabiegu bardzo pomocne bywa słowo pani, żeńskie imię i nazwisko. Mówimy zatem o premier Suchockiej, witamy panią prezydent, żegnamy minister Ewę Kopacz, podziwiamy wybitną profesor filozofii, polecamy doktor Nowicką, zwracamy się do Jej Ekscelencji Pani Konsul. W każdej z tych fraz żeński rodzaj ma swojego wyraźnego nosiciela.
Zasada ta nie jest całkiem prosta i często prowadzi do poważnych konfliktów z logiką i sensem napisanych tekstów. W wiadomości “Nowo mianowana dyrektor instytutu, profesor zwyczajna K. Wróbel, zapowiedziała wiele nowych programów” panuje gramatyczny galimatias. Podmiot “dyrektor instytutu K. Wróbel” jest w rodzaju męskim i nie zgadza się ani z żeńskim orzeczeniem “zapowiedziała” ani z przydawkami “nowo mianowana” i “zwyczajna”. Nie jest to do zaakceptowania w polszczyźnie, która wymaga rodzajowej zgody podmiotu z orzeczeniem i przydawką. W cytowanym zdaniu sprawę rozwiązałoby proste rozwinięcie skrótu “K.” w pełne imię – Katarzyna czy Kunegunda – które stałoby się nosicielem rodzaju.
Zaszokował mnie niedawny tytuł z Nowego Dziennika “Bój o wicemarszałek Sejmu” (11 listopada 2011). Z treści wynikało, że bój toczy się o Wandę Nowicką, która jest wicemarszałkiem Sejmu. Wystarczyłoby zatem dodać w tytule nazwisko, by wszystko było w porządku. Autor sam czuł, że jest na bakier z gramatyką, bo w podtytule napisał: “Klub Solidarna Polska domaga się odwołania Wandy Nowickiej z funkcji wicemarszałka Sejmu”, ale referując sprawę “boju” brnął dalej: “(...) według wicemarszałek nie ma nic nagannego w fakcie, że (...)” itd. Każdy przyzna, że jest to polszczyzna bardzo wątpliwa i murzyńska jakaś, bo nie liczy się z podstawową zasadą naszego języka – związkiem zgody liczby oraz rodzaju podmiotu i orzeczenia z podporządkowanymi im częściami zdania. Co tu razi? Przede wszystkim, przyimki “o” oraz “według”, które przecież rządzą określonymi przypadkami i nie wolno tego ignorować. Po “o” występuje najczęściej miejscownik albo – jak w tym wypadku – biernik (o kogo, o co?), więc – “bój o wicemarszałka”. Natomiast “według” domaga się dopełniacza (kogo, czego?), który tu jest równy biernikowi. A zatem tylko frazy “bój o wicemarszałka Sejmu” i “według wicemarszałka” byłyby poprawne.
Mimo wielu przeciwności powoli i z mozołem utorowały sobie drogę pisarki, autorki, architektki, prawniczki, taterniczki, malarki, artystki, dentystki, nawet dyrygentki. Niedawno pojawiła się posłanka, ale ciągle nie wiemy, jak nazwać kobietę handlowca, bankowca, akowca, naukowca. Wśród służb mundurowych przyjęła się policjantka, ale nie ma generałek ani nawet sierżantek. Matematyczka, chemiczka czy fizyczka to raczej szkolna nauczycielka niż absolwentka wydziału nauk ścisłych z akademickim tytułem. Już dość często wyroki w sądzie wydaje “sędzina”, w prowincjonalnym urzędzie “wójtowa” potocznie oznacza kobietę wójta, a “wojewodzina” – wojewodę płci żeńskiej. Podobno w przychodniach zdrowia pacjenci rozmawiają o “doktorkach”, ale chyba żadna pani doktor tego nie akceptuje. (Prekursorką tych form jest krawcowa, która dawniej była żoną krawca, podczas gdy suknie szyła “krawczyni”). Jednakże bojowe feministki koniecznie chcą być “psycholożkami”, “prezydentkami” czy “prezeskami”. Tu nasuwa się uwaga: przecież panom jakoś nic nie szkodzi, że takie słowa, jak “mężczyzna”, “poeta” czy “sędzia” mają żeńskie końcówki. Nikt z nich nie próbuje tworzyć na siłę sztucznych “bardziej męskich” form. Więc może “marszałka” to tylko sprawa niepotrzebnych damskich kompleksów?
Pomysłowość Polaków i społeczny zwyczaj rozstrzygnie, które formy żeńskie powstaną i osiądą w polszczyźnie na dobre. Niektórzy specjaliści uważają jednak – i warto ich posłuchać – że język zmierza do traktowania pewnych rzeczowników – właśnie tych, o których tu mówimy – gatunkowo. Człowiek, osoba, roślina, drzewo, sól, zwierzę czy zając są bezrodzajowe, stanowią formę wspólną, pozbawioną znamion płci. Należy do nich również generał, premier, mąż stanu, prezydent, konsul czy marszałek. Popieram to stanowisko, bo w przypadku zawodów i tytułów są to formy wygodne w użyciu i niedyskryminujące.
Czytelnikom z okazji nadchodzącego Nowego Roku życzę zdrowia, wszelkiej pomyślności w rodzinie i pracy oraz wielu dobrych doświadczeń z polszczyzną, naszą ojczyzną!
