



Prawdę mówiąc, cyrk, jaki panuje w sklepach w grudniu, jest czymś aż nadto człowieczym. Bo kto by nie chciał załapać się na okazję, być tym pierwszym, któremu udało się kupić najnowszą konsolę gier wideo za półdarmo, i to w świetle fleszy niezliczonych kamer. Jesteśmy pazerni i wiemy o tym, więc może czas, aby przestać się krzywić na widok faceta, który pięć minut po północy wybiega ze sklepu z nowym odkurzaczem po pachą, który, jak podpowiada pani reporter, jest bonusem za wcześniejsze kupienie żelazka, wykładziny, roweru bądź zestawu noży kuchennych.
A co Państwo dostali lub kupili pod choinkę? Czerwony sweterek z płatkiem śniegu na przodzie? Komputer? Bon na godzinny masaż w chińskiej dzielnicy? Dziesięć par skarpet? Przeglądam oferty, więc wiem, co jest do skonsumowania. Sami z żoną sporządziliśmy swoje listy życzeń. Co się znajdowało na liście prezentów dla mojej żony, zdradzić nie mogę, bo cenzura by to zaraz wymazała. A u mnie? Parę książek, m.in. wiersze Antonio Machado, eseje Jeana Baudrillarda o Ameryce, oraz, na deser, album z pracami Wilhelma Sasnala. Niektóre z tych tytułów już miałem i przeczytałem, ale później je komuś pożyczyłem, nie pamiętam komu, a tu nagle w sercu odezwał się głód przeczytania ich raz jeszcze. Na liście znalazła się też nowa para czarnych tenisówek marki Converse, bo te, które mam, wkrótce zgubią podeszwę, oraz przedłużenie prenumeraty paru zacnych periodyków, z którymi nie zawsze się zgadzam, ale które lubię czytać. Wiedziałem więc, że Mikołaj wpadnie do nas z hukiem, dźwigając na placach wór pękający od prezentów, bo jak już kiedyś wspominałem, w mijającym roku byłem grzeczny i w związku z tym wszystko mi się należy. Zresztą mojej żonie też.
Tak się akurat składa, że to ona nie mogła już dłużej czekać, aby mi coś podarować i pierwszy prezent otworzyłem już na początku grudnia. Wiem, że to grzech, brak poszanowania tradycji, ale czy nie lepiej dawać sobie prezenty przez cały miesiąc, powiedzmy co tydzień? Cierpliwość może i jest cnotą bezcenną, ale otwieranie stosu pudeł i paczuszek w jeden tylko poranek zajmuje zbyt wiele czasu. Co więcej, dając mi coś w prezencie przedterminowo, dobrze wiedziała, że będzie mi głupio się nie odwdzięczyć, więc i ona mogła nagle przymierzyć nowy sweterek, który, hokus-pokus, leżał na niej jak ulał, podkreślając przy tym jej cudną figurę. Panie mają pierwszeństwo, ma się rozumieć, więc stałem i patrzyłem, jak się w lustrze oglądała, to z lewej, to z prawej, nim całusami mnie oblepiła. Następnie – czując, że emocje zaczęły powoli opadać – raz-dwa otworzyłem pudełeczko z moim imieniem pięknie wykaligrafowanym i znalazłem w nim iPhone’a czwartej generacji.
“Podoba ci się?. Kupiłam ci czarny model, bo mój jest biały, więc nie będą nam się myliły”. Owszem, owszem. Do tej pory miałem zwykłą komórkę, taką, która nie rzucała się w oczy, z czterema guzikami wielkości ćwierćdolarówki, ale w końcu i mnie dopadł czas smartfona. Przyznam, że już od dawna wiedziałem o planach przyłączenia mnie do grona gadżeciarzy, ale broniłem się dzielnie, tłumacząc, że szanuję swój spokój i ciszę, że i tak zbyt dużo czasu spędzam czytając rozmaite bzdury na necie, nie mówiąc już o tym, że taki smartfon to prawie jak łańcuch i kula u nogi. Teraz już nie będę miał wymówek, dlaczego nie odpisywałem na maile. Tak złapany w sieć, miotam się i protestuję, bo coś mi bez przerwy w kieszeni buczy czy pika, więc sprawdzam, czytam, szukam i odpowiadam, bez przerwy, dzień i noc. A mój iPhone to zabawka taka, że aż szkoda mi go wyłączać. Zatem piszcie Państwo, co i jak, gdzie i kiedy. Świat cały u stóp swoich mam, a jak nie, to na wyciągnięcie ręki na pewno.
Z takim prezentem w ręku człowiekowi już nic nie potrzeba. Trzeba było listę życzeń całą skasować i tworzyć od nowa, najpierw na brudno, bo poprzeczka wysoko zawieszona i nic a nic nie drga, a potem rad u jasnowidzów szukać.
I nagle, ni stąd ni z owąd, pamiętam, jak wczoraj, o dziesiątej rano, podczas spaceru, zobaczyłem piękne, srebrne maserati zaparkowane pod KFC. Przecierałem ze zdumienia oczy – teraz też przecieram – ale rzeczywiście tam stało, czekając na jakiegoś biedaka – o imieniu Mikołaj? – który w tym czasie wsuwał smażonego kurczaka na późne śniadanie. Zachcianka w sumie jak każda inna, pomyślałem, ale również i dowód, że jednak da się łączyć przyjemne z pożytecznym, a to już samo w sobie jest powodem do radości i skakania pod sufit.
