Foto: Artur RolakRozmowa z Robertem Radwańskim, ojcem i zarazem trenerem najlepszych polskich tenisistek
Ile siwych włosów przybyło Panu w tym roku?
W ogóle mam ich mało, ale bywały takie chwile, kiedy chciałem po prostu wyjechać z turnieju. Np. z Los Angeles, gdzie najpierw jedna wyszła na kort i przegrała wygrany mecz, a potem druga zrobiła to samo. Miałem ochotę machnąć ręką na tenis, żeby już się tak nie denerwować. Powiedzmy, że wtedy miałem po prostu kryzys.
Przed rokiem mówił Pan, że jeśli Agnieszka utrzyma się w pierwszej dziesiątce, to plan zostanie wykonany. Czyli nie powinniśmy narzekać.
Oczywiście. Nie ma co się krygować i udawać, że to nie jest duży sukces. Pewnie, że mogło być lepiej, ale drugi rok na tym poziomie to dowód stabilizacji. Wystarczy powiedzieć, że pod koniec sezonu przyjmowałem od konkurencji gratulacje. Wszyscy podkreślali, że to nie takie proste.
Mówił Pan wtedy także, że dziesiąte miejsce jest gorsze od jedenastego, bo zabiera Agnieszce wolność grania tam, gdzie chce.
Dokładnie tak. WTA nie pozwala grać w mniejszych turniejach, a zmusza do gry w dużych.
Ale 1,6 mln dolarów to chyba niezła rekompensata za takie ograniczenie swobody startów…
Żeby tyle zarobić, to we wskazanych turniejach trzeba nie tylko zagrać, ale trzeba zagrać dobrze. Za darmo tych pieniędzy nam nie dali.
Skoro w tej dziesiątce jest tak źle, to warto było tak się do niej ścigać aż do końca sezonu?
Dziesiąte miejsce Agnieszki to wypadkowa nie tylko jej gry, ale też innych zawodniczek. Chciałbym zwrócić uwagę, że chyba wszystkim zależało na jak najwyższej pozycji, bo jedno miejsce w dół lub w górę mogło dla nich oznaczać różnicę miliona euro. O takich bonusach mówią kontrakty sponsorskie. Niech więc nikt nie powtarza, że w ostatnich turniejach walczy się o czapkę gruszek, bo to bzdura. Np. zwycięstwo Agnieszki nad Jeleną Demientiewą w Pekinie otworzyło Karolinie Woźniackiej drogę do czwartego miejsca na koniec sezonu.
Może w takim razie Agnieszce należy się bonus od bonusu Karoliny?
Porozmawiam o tym z Piotrem Woźniackim.
Pod koniec sezonu wszystkim tenisistkom z czołówki brakowało przede wszystkim zdrowia. Agnieszka również nie uciekła przed chirurgiem. Na czym polegał ten zabieg?
Właśnie – zabieg, a nie operacja. Nie jestem fachowcem, więc nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że chodziło o udrożnienie ścięgna prawej dłoni.
Bywały w tym roku takie dni, kiedy nie rozmawiał Pan z dziennikarzami tak spokojnie jak dziś…
Jeśli macie krwiożercze zamiary i pytacie mnie zaraz po meczu, to nie mam czasu się uspokoić. Lepiej by było, gdybyście odczekali z pół godziny.
Wtedy nie padłoby kilka słów, które padły za szybko?
A które padły za szybko?
Na przykład te oceniające mecz Agnieszki z Venus Williams na Wimbledonie.
Nadal oceniam ten mecz jako słaby w wykonaniu Isi. Inna sprawa, że dwa dni później Williams jeszcze łatwiej rozprawiła się z Safiną.
To 1:6, 2:6 zjednoczyło różnych mądrali pod hasłem "Radwański musi odejść".
Nie mam czym się przejmować, bo to są ludzie, którzy nie mają pojęcia o zawodowym tenisie. Ważne są intencje. Jeśli funkcjonariusz Wydziału IV Służby Bezpieczeństwa krytykował Kościół, to nie była to taka sama krytyka jak z ust człowieka głęboko wierzącego. Podobnie w naszym przypadku. Ja, krytykując Agnieszkę, nie jestem tym ubekiem, lecz praktykującym katolikiem.
Wyobraża pan sobie sytuację, kiedy Agnieszka mówi: "Tato, zwalniam cię!"?
Aż taka durnna chyba nie jest… (śmiech)
A odwrotnie?
To już prędzej… Ale mówiąc całkiem poważnie: proszę nie ustawiać nas po przeciwnych stronach barykady. Idzie nam nieźle.
Jak dzielicie wygrane pieniądze między zawodniczki a trenera?
Tatuś bierze wszystko, kropka. Pewnie, że żartuję… Zapewniam, że nie mamy z tym żadnych problemów. Ale czy dżentelmeni muszą rozmawiać o pieniądzach?
Skoro na zmiany w składzie szkoleniowym się nie zanosi, to proszę powiedzieć, czego – poza kilkoma centymetrami – brakuje Agnieszce, aby mogła awansować do czołowej trójki albo wygrać turniej Wielkiego Szlema?
Braku uczciwości.
???
Yanina Wickmayer została właśnie zdyskwalifikowana na rok. My tą drogą nigdy nie pójdziemy i właśnie dlatego Agnieszka chyba nie zostanie numerem 1.
A Szlema można wygrać uczciwie?
Moim zdaniem tak. Gdybyśmy w to nie wierzyli, należałoby przestać grać. Ale tenis nie jest pod tym względem najgorszy.
Serwis Agnieszki obrósł już tyloma mitami…
Na pewno poprawiła serwis, ale nadal popełnia drobne błędy. Wyrzuca piłkę za nisko i za bardzo w przód, czego w telewizji nie widać. Ale ten serwis nie jest tak słaby, jak chcą niektórzy komentatorzy. Lepiej by było, gdyby jeździli na turnieje. Wtedy widzieliby więcej. I Agnieszka, i Ula mają spore rezerwy w przygotowaniu fizycznym, ale kiedy to zrobić? Tylko w listopadzie i grudniu, bo potem nie ma już jak.
Wróćmy jeszcze na chwilę do mediów. Nie wszystkie stanęły po waszej stronie podczas konfliktu ze Stefanem Makarczykiem. Czy dziś, z perspektywy czasu, rozegrałby Pan tę sprawę w inny sposób?
Mleko się rozlało, nie chcę już mówić na ten temat. Dziś traktuję to jako niemiły epizod w karierze Agnieszki i Uli.
Ale konfliktowość macie chyba w genach, co było widać podczas meczu deblowego na US Open.
Kto ma rodzeństwo, ten zrozumie. To nie była kłótnia między tenisistkami, lecz między siostrami. Takie konflikty zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać.
I tak przeszliśmy do Urszuli. Można chyba mieć mieszane uczucia: z jednej strony wyraźny awans w rankingu, z drugiej jednak brak jakiegoś spektakularnego sukcesu.
Pod koniec sezonu Ula była przytłoczona dobrymi wynikami Agnieszki. Ona najlepiej gra wtedy, kiedy Isia akurat słabo. Przed sezonem nie spodziewałbym się, że pokona Schiavone, Woźniak, Kuzniecową, Cibulkovą… Do wyjazdu na turniej w Tokio miała sezon nawet lepszy niż Isia. Końcówka sezonu trochę popsuła wrażenie, że ten rok był całkiem udany. Do osiągnięcia założonego celu, czyli pierwszej "50", zabrakło niewiele. Jeśli tenis Uli nie straci tego agresywnego zęba, a ona sama stanie się trochę spokojniejsza, to mamy realną szansę na dwie zawodniczki w ścisłej czołówce.
Kiedy?
Daj Boże już w 2010 roku.
My tu gadu-gadu, patrzymy sobie na polskie Tatry, a gdzie dziewczyny?
Właśnie wróciły z krótkich wakacji na Mauritiusie z Karoliną Woźniacką i Andżeliką Kerber. Nikomu o tym nie mówiliśmy, ale i tak jacyś paparazzi już tam za nimi trafili. Dziewczyny widziały ich, jak robili zdjęcia z łodzi przez wielkie teleobiektywy.
Rakiet nie brały?
Wzięły, ale tylko do zabawy.
Teraz zaczyna się praca. Jakie mają być jej efekty?
Chciałbym, żeby w następnym sezonie Agnieszka weszła głęboko w pierwszą dziesiątkę, w okolice czwartego-piątego miejsca, natomiast Ula do dwudziestki. Jedna musi dochodzić przynajmniej do półfinałów Wielkiego Szlema, a druga wygrywać małe turnieje i awansować daleko w tych większych. Trzeba myśleć o zluzowaniu sióstr Williams, bo to już nie podlotki i zbyt długo pewnie nie pograją. Są wprawdzie jeszcze siostry Bondarenko, ale one niech sobie okupują trzecią dziesiątkę.
ROZMAWIAŁ: ARTUR ST. ROLAK