Rozmawiamy z Gołotą. W szatni byłem mistrzem

2009-10-30

Byłem w szatniach pięściarzy przegrywających tytuły w ostatnich sekundach, takich, których z walki o tytuł eliminowały kontuzje, ale niczego nie zapamiętam bardziej niż słów, przegranego Andrzeja Gołoty. Kaptur przesłaniający oczy, spuszczona głowa. I powoli mówione, ledwie słyszalne słowa: "Wiesz, czego najbardziej żałuję? Tego, że kiedy chciałem się pożegnać z kibicami w Łodzi, przeprosić ich, że się nie udało, powiedzieli mi na ringu, że mikrofonu już nie ma. Że jest wyłączony. To mnie dobiło".

Oglądałeś swoją walkę z Tomkiem Adamkiem?

Nie i pewnie nie będę. Co tu oglądać? Wiemy, jak to wszystko wyglądało. Wynik się nie zmieni.

Nie ma człowieka, w każdym razie fana boksu, który widząc, jak walczyłeś w Łodzi, nie zapyta się: dlaczego to tak wyglądało, co się stało z Andrzejem? Ty wiesz?

Nie, nie wiem. Tuż przed walką w szatni byłem mistrzem świata. Przeboksowałem sobie w głowie i Samem trzy rundy i mówię ci, że byłem jak mistrz. Zwody, ciosy, kombinacje. Ale na szatni się skończyło.

Dlaczego? Przecież wiedziałeś, że Adamek będzie szybszy, musiałeś mieć opracowaną taktykę, jak sobie dać z tym radę.

Nie wiem, już ci mówiłem, że nie wiem. Przegrałem przez to, że nie potrafiłem się skoncentrować, bo myślałem o tym, że już w pierwszej rundzie pękł mi łuk brwiowy, i to mnie cholernie bolało. Naprawdę, to było jakieś frajerskie rozcięcie, krew nie leciała, oczu mi nie przysłaniało, ale ból był nie z tej ziemi.

Jak wygrywałeś w Madison Square Garden w styczniu 2008 roku z Mike'em Mollo, to świat obiegło zdjęcie Twojej zapuchniętej, zamykającej praktycznie oko powieki. W porównaniu do tamtej kontuzji ta w Łodzi sprawiała wrażenie małego zadraśnięcia.

Tamtej w Nowym Jorku zupełnie nie czułem. Fakt, że nic nie widziałem, albo bardzo niewiele, ale nic mnie nie bolało. Tutaj odwrotnie: niby nic, a ból taki, jakby mi głowę coś rozsadzało. No i bądź tu mądry. I dlatego byłem taki zdekoncentrowany, snułem się po ringu i myślałem o tym bólu. Tak nie można walczyć z nikim, a już na pewno nie z kimś, kto jest szybszy. Adamek ani razu mnie w to miejsce już nie trafił, ale ból był cały czas.

Dla mnie osobiście była to Twoja najbardziej dramatyczna porażka. To nie był jeden cios jak Lamona Brewstera czy Lennoxa Lewisa. W Łodzi dwa razy leżałeś na deskach, Adamek zadał Ci ponad 100 więcej ciosów, nie byłeś Andrzejem Gołotą, którego wszyscy pamiętamy.

Musisz przypominać? Dwa razy leżałem po nokdaunie? A nie raz?

Byłeś liczony w pierwszej i piątej rundzie...

Tego pierwszego nokdaunu to nawet nie poczułem, mówię ci – zupełnie nic, żadna siła. Bardziej straciłem równowagę, bo było ślisko, on mnie jeszcze popchnął. Wstałem od razu, nic się nie działo. Tylko ten łuk brwiowy, ten ból. W piątej nokdaunu nie pamiętam.

Już po walce skarżyłeś się znowu na lewą rękę, załatwiałeś sprawy związane z polisą ubezpieczeniową.

Coś tam znowu się dzieje. Lepiej być na wszystko przygotowanym.

Czytałeś list otwarty Adamka?

Nie. O czym?

O Waszych pozasportowych sporach (cytuję Andrzejowi większe fragmenty listu). Pogodzisz się z nim?

Pomyślę o tym.

Czy Tomek Adamek ma szansę na wielkie walki, tytuł w wadze ciężkiej?


Nie ma szans. To, że wygrał z takim mną, jakim byłem w Łodzi, nic mu nie dało.

Rozmawiał w Chicago: Przemek Garczarczyk