
W katastrofie śmigłowca Podlaskiej Straży Granicznej zginęły trzy osoby. Wrak maszyny, która uległa wypadkowi wczoraj po południu, odnaleziono w niedzielę nad ranem po białoruskiej stronie granicy.
Rzecznik prasowy podlaskiej straży pożarnej Marcin Janowski powiedział Informacyjnej Agencji Radiowej, że nikt z załogi nie ocalał. Ponieważ maszyna rozbiła się 200 metrów od granicy po stronie białoruskiej — dochodzenie będzie prowadziła prokuratura z Brześcia.
Śladem, który naprowadził na miejsce tragedii był zapach paliwa lotniczego, które poczuła jedna z grup poszukiwawczych w pobliżu granicy. Ponieważ wiatr wiał od strony białoruskiej, tamtejsze służby podjęły — na prośbę strony polskiej — poszukiwania i odnalazły wrak i ciała wszystkich członków załogi.
Helikopter Kania podlaskiego oddziału Służby Granicznej zaginął w sobotę wieczorem. Odbywał zwykły lot patrolowy z Białegostoku do Mielnika. Wrak maszyny odnaleziono nad ranem koło miejscowości Wyczółki niedaleko Klukowicz. Poszukiwania utrudniała gęsta mgła. W akcję zaangażowano około dwustu osób — pracowników Służby Granicznej, strażaków, policjantów, wojskowych, a także osoby cywilne, dobrze znające teren.
Rzecznik Komendanta Głównego Straży Granicznej informował, że śmigłowiec miał wszelkie dokumenty i badania, dopuszczające do lotu. Za sterami zasiadał pilot z 15 letnim stażem.
Śmigłowiec jest tak zniszczony, że załoga nie miała szans przeżycia — poinformował w niedzielę na konferencji prasowej w Czeremsze wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Adam Rapacki.
Wiceminister mówił, że o przyczynach wypadku trudno na razie mówić. Trzyletni śmigłowiec Kania — jak mówił Rapacki — „absolutnie sprawny”. W miejscu zderzenia z ziemią jest około metrowy lej. Śmigłowiec spadł „za ścianą drzew”, na pole, na którym są jeszcze zrolowane bele słomy. „Roztrzaskał się na miejscu” — powiedział Rapacki.
det (R), (PAP), (IAR)