
Po 25 latach pobytu w Ameryce odkryłem wreszcie ten kanion dla siebie. Kanion ciągnący się przez 277 mil – wraz z rzeką Kolorado, przez stan Arizona – zwany wielkim, wspaniałym, który powstawał przez ponad 6 milionów lat...
Trasę liczącą 120 mil – z Las Vegas w zachodniej części stanu położonej na terenie rezerwatu indiańskiego – mimo monotonnych widoków za oknem, pokonałem nadzwyczaj szybko. Jednym z powodów było z pewnością to, że miałem obok siebie wspaniałego kompana, czyli moją żonę. Drugim był przystanek – po przejechaniu 15 mil od robiącej za każdym razem niesamowite wrażenie tamy Hoovera – w porzuconej pośród pustyni indiańskiej knajpce. Kolejnym, ale nie ostatnim urozmaiceniem był końcowy odcinek podróży, czyli kilkunastomilowa jazda polną i wyboistą drogą pośród tumanów kurzu.
Po dotarciu na miejsce, oczyszczeniu się z kurzu i zaparkowaniu samochodu, finałową część wycieczki odbywa się autokarami. Na każdym z trzech przystanków można wysiąść, zwiedzić okolicę i wsiąść do następnego autobusu. Z tym nie ma problemu, bowiem autobusy jeżdżą co piętnaście minut. Cała ta przyjemność kosztuje około czterdziestu dolarów od osoby. Jak oboje stwierdziliśmy, były to najlepiej wydane pieniądze w naszym życiu.
Rodzina naszych mieszkających w Niemczech polskich przyjaciół, która nam w tej podróży towarzyszyła, była podobnego zdania. Ich dzieci przeszły się też – po uiszczeniu dodatkowych kilkudziesięciu dolarów – po pomoście nad urwiskiem zwanym "skywalk". Będąc tam, warto kupić choćby drobną pamiątkę ze straganu prowadzonego przez miejscowych Indian Hualapali.
Gdy wysiedliśmy z autokaru na pierwszym postoju, rozpostarł się przed nami wspaniały obraz. Wokół góry i niebo. Cisza. Jedna z gór przypominała kształtem lecącego orla. Kilkadziesiąt kroków zaledwie dzieliło nas od niezabezpieczonej w żaden sposób krawędzi. Mimo strachu, chęć poznania nieznanego i rozkoszowania się wspaniałym widokiem – przezwyciężyła. Trzymając za rękę moją żonę, podszedłem wraz z nią prawie na sam skraj przepaści. Wówczas zrozumiałem, jak doszło do tego, że zginęło już tam ponad sześćset osób. Oczy nie mogły oderwać się od spadającego gwałtownie – ponad półtora kilometra, zbocza. W dole snuła się malutka jak nitka Colorado River. Drugi brzeg spoglądał na nas z odległości kilkunastu kilometrów. Pomiędzy tym wszystkim latały helikoptery z turystami. Zapierający dech w piersiach widok! Obrazu tego, jego głębi, nie jest w stanie oddać nawet najpiękniejsza fotografia.
To wtedy właśnie przypomniały mi się piękne wschody i zachody słońca nad Pacyfikiem, kiedy to niebo styka się z ziemią. Oglądałem je często, odwiedzając mieszkające w San Diego dzieci. Obraz łączącej się z niebem ziemi przyciąga wielu. Tutaj zaś patrząc w dół miałem wrażenie, że ziemia styka się z piekłem. Piekło też przyciąga. Nie przypuszczałem jednak, że jest ono takie piękne.