Śledztwo w sprawie pożaru, w którym zginęła 44-letnia Bianka Wiśniewska, trwa. Tymczasem reprezentująca ją w sądzie firma prawnicza twierdzi, że mimo tragicznej śmierci kobiety, sprawa przez nią założona będzie kontynuowana.
|
Foto: Nowy Dziennik
Nowojorskie dzienniki szeroko informują o śmierci Bianki Wiśniewsiej
|
Jak poinformowano naszą gazetę w biurze prasowym straży pożarnej, śledztwo w sprawie pożaru, w którym poniosła śmierć Wiśniewska, jest kontynuowane. Prowadzący je przedstawiciele FDNY twierdzą, że czujniki mające alarmować o pojawieniu się w mieszkaniu dymu, nie miały baterii. Przedmiotem śledztwa jest również kwestia pomyłki operatora 911, który początkowo wysłał oddziały straży pod zły adres, kilka ulic obok płonącego budynku na Kew Gardens Hills. Na razie wiadomo tylko, że ogień wybuchł w living roomie mieszkania, a jego źródłem mogło być przeciążenie sieci w konkretnym gniazdku. Obok niego znaleziono też świeczkę.
Wiśniewska osierociła dwie córki, które wcześniej straciły ojca, także zmarłego w tragicznym wypadku. 16-letnia Olivia Kuros, która była w mieszkaniu podczas pożaru, znajduje się obecnie w Jacobi Medical Center. Jest stan określany jest jako krytyczny. Jej siostra, 18-letnia Nicole, której szczęśliwie nie było akurat w domu, spędza całe dnie przy łóżku siostry.
W pożarze ranni zostali także dwaj Polacy, którzy nocowali w mieszkaniu – 52-letni Adam Balik i 50-letni Janusz Guczkowski. Oni także są w stanie krytycznym.
Wiśniewską znał właściwie cały Nowy Jork. W lipcu trafiła na strony nowojorskich gazet, kiedy złożyła pozew w najwyższym sądzie stanowym na Manhattanie. Domagała się w nim odszkodowania w wysokości 20 milionów dolarów za zaczepki o charakterze seksualnym, na które była narażona pracując przy budowie siedziby banku JPMorgan na Park Avenue. Wiśniewska, która pełniła na budowie funkcję inspektora ds. bezpieczeństwa, twierdziła, że pracujący z nią windziarz Steve Greco notorycznie ją obmacywał i składał różne niestosowne propozycje. Kiedy się poskarżyła przełożonym, została zwolniona i zastąpiona na stanowisku przez mężczyznę. W jej pozwie wymienieni byli JPMorgan, a także firma Total Safety, Steve Greco oraz reprezentujący go związek zawodowy International Union of Operating Engineers Local 14.
W miniony poniedziałek w sprawie miało się odbyć pierwsze przesłuchanie. Na razie zostało ono przełożone na początek listopada. Ponadto firma prawnicza reprezentująca Wiśniewską poinformowała nas, że nie zamierza rezygnować z założonej przez Polkę sprawy i zapowiada walkę o odszkodowanie, które otrzymałyby jej córki.
Jak powiedziała nam Janette Wipper z biura Sanford Wittels & Heisler, LLP, "to oczywiście zależy od rodziny Bianki. Ale mamy wiele dowodów w tej sprawie i jesteśmy gotowi o to walczyć". Wipper, która po raz ostatni widziała Wiśniewską kilka tygodni temu, twierdzi, że kobieta nie planowała pojawienia się w sądzie w miniony poniedziałek. "Chciała, żebyśmy my ją reprezentowali. To miała być rutynowa konferencja, podczas której mieliśmy ustalić terminarz kolejnych przesłuchań". Dodała też, że firma nie ma żadnych informacji, które łączyłyby pożar ze sprawą sądową Polki. "Ale mam nadzieję, że śledczy straży pożarnej przeprowadzą gruntowne dochodzenie" – stwierdziła.
Osoby, które znały Wiśniewską, podejrzewają, że ktoś chciał się na niej zemścić. "Bała się i nawet nie odbierała telefonów. Mówiła, że to dlatego, iż od jakiegoś czasu dostawała różne głuche telefony" – powiedziała nam rozmówczyni, która prosiła o niepodawanie jej nazwiska. Wątpliwości ma także Bogdan Balamut, z którym Wiśniewska się spotykała. "Mam nadzieję, że przeprowadzone zostanie dokładne śledztwo" – stwierdził w rozmowie z "Daily News".
EK