Bookmark and Share

Tydzień na Wall Street: czas wielkiego odwrotu

Autor: Dominik Przybylo, det
2010-02-05

Foto: PAP/EPA/JUSTIN LANE

Trzeci tydzień z rzędu trwa odwrót giełdowych indeksów. W czwartek Dow Jones stracił 2,6 proc. i zamknął się 2 oczka powyżej 10 tysięcy punktów.

Była to najgorsza sesja od siedmiu miesięcy. Od 19 stycznia wskaźnik stracił około 7 proc. W czwartek blue chips pierwszy raz od początku listopada znalazły się poniżej 10 tysięcy punktów. Na giełdę powróciły również spore wahania punktowe. Tak było w piątek, kiedy przez większą część piątkowej sesji na Wall Street utrzymywały się spadki, chwilami dosyć mocne. Dopiero ostatnia godzina handlu przyniosła odwrócenie nastrojów, szybkie odrabianie strat i w efekcie główne indeksy zakończyły dzień na plusach, a Dow Jones obronił poziom 10.000 punktów. Na zamknięciu Dow Jones Industrial wzrósł o 0,10 proc. do 10.012,23 pkt. Nasdaq Comp. zwyżkował o 0,74 proc. do 2.141,12 pkt. Indeks S&P wzrósł o 0,29 proc. i wyniósł na koniec dnia 1.066,18 pkt.

W ciągu ostatnich trzech tygodni aż 9 sesji giełdowych zakończyło się zmianami przekraczającymi 100 punktów. Powody spadków w ostatnich kilku tygodniach to dobrze znana wyliczanka. O dziwo, raporty kwartalne i nowy budżet federalny, opublikowany przez Departament Skarbu, zeszły na drugi plan w tym tygodniu. W najbliższym roku deficyt Stanów Zjednoczonych wyniesie rekordowe 1 560 000 000 000 dolarów. Najwyraźniej kilka zer w jedną lub w drugą stronę przestało robić różnicę zarówno waszyngtońskim biurokratom, jak również giełdowym inwestorom. W ciągu ostatniego tygodnia uwaga skupiła się głównie na rynku pracy i wzroście poziomu zadłużenia wśród krajów strefy euro.

Coraz więcej inwestorów spogląda z niepokojem na południe Europy. Problemy Grecji są znane od dłuższego czasu. Ekonomiści są bardzo sceptycznie nastawieni do programu zbalansowania budżetu kraju. Plan Greków zakłada że deficyt zostanie zredukowany z aktualnych 12,7 proc. do poniżej 3 proc. już w 2012 roku. Do kwestionowania tak optymistycznego scenariusza przyczyniła się Hiszpania. Rząd w Madrycie ogłosił, że w latach 2010-12 deficyt będzie znacznie większy od planowanego. Na domiar złego do powyższej dwójki dołączyła Portugalia, która w tym tygodniu zamiast planowanych pół miliarda euro sprzedała tylko 300 milionów euro swoich obligacji rządowych. Kto następny?

Sytuacja na rynku pracy przestała być zła, stała się katastroficzna. W grudniu bezrobocie utrzymało się na poziomie 10 proc. tylko i wyłącznie dlatego, że 661 tysięcy osób przestało starać się o pracę. Styczniowy spadek bezrobocia o 0,3 proc. do 9,7 proc. wydaje się wyjątkiem od reguły. Przysłowiowa pierwsza jaskółka wiosny, w środku kalendarzowej zimy, na pewno nie uczyni. Zresztą osoby, które aktywnie przestają szukać zatrudnienia, automatycznie nie są uwzględniane w statystykach. Od początku wielkiej recesji, jak popularnie zaczyna być nazywana obecna stagnacja ekonomiczna, gospodarka Stanów Zjednoczonych straciła około 8,6 miliona miejsc pracy. Co gorsza nie widać perspektyw na szybką poprawę.

W ubiegłym tygodniu bankierzy z Rezerwy Federalnej, choć nie była to opinia jednomyślna, zapowiedzieli, że rekordowo niskie stopy procentowe utrzymają przez dłuższy okres. Nie może to trwać wiecznie. Tak niskie stopy nie mogą utrzymywać się w nieskończoność. Ostatecznie bank centralny będzie musiał podnieść główną stopę procentową i, przynajmniej po części, zakręcić kurek z pieniędzmi. Oliwy do ognia dolewają demokraci, podnosząc podatki dla najzamożniejszych. Nie można zapomnieć o lokalnych budżetach stanowych i miastowych. Zdecydowana większość z nich będzie zmuszona do drastycznej redukcji. Lokalne władze, aby zbalansować swoje wydatki, będą szukać oszczędności między innymi wśród swoich pracowników.

Nowy Jork jest tego najlepszym przykładem. W ciągu najbliższych kilku lat władze miasta będą musiały uszczuplić siłę roboczą o tysiące pracowników. Dotknie to między innymi policjantów i nauczycieli. Proces właściwie już się zaczął. Amerykanie w końcu przeszli na finansową dietę. Nagle zdali sobie sprawę, że zwiększona konsumpcja, a co za tym idzie – wzrost gospodarczy, musi pochodzić z zarobionych, a nie pożyczanych pieniędzy. Rosnące stopy procentowe i podatki plus cięcia w lokalnych budżetach to zabójcza kombinacja czynników, która sprawi, że nowych miejsc pracy będzie jak na lekarstwo. Nadzieją pozostaje sektor prywatny. Wielu ekonomistów twierdzi, że poziom bezrobocia sprzed recesji, czyli 5-6 proc., będzie osiągnięty mniej więcej w połowie obecnej dekady!

Pytania? Napisz:

raportgieldowy@gmail.com



Komentarze:

Name: bass7

Date: 2010-02-05 18:25:00

Chodzi o zwiekszeni wartosci $...wszystko zgodnie z planem.....$=Eur

Name: n

Date: 2010-02-05 20:54:06

To jest tylko zabawa w ciuciu-babke. Wszystkiemu winien FEDERAL RESRVE SYSTEM ktory powstal w roku 1910 na Jekyll Island. Spotkalo tam sie sidemiu przedstawicieli bagatych rodzin miedzynarodowych bankierow: Rotszyldow, J P Morgan, Rockefeller, Warburg, Aldrich, itd. To wlasnie dzieki tez Col. House powstal centralny bank w USA, ktory od tego momentu kontroluje produkcje dolarow. Drukuje, wydaje, pozycza a my podatnicy placimy podatki co raz wiecej zeby zplacic 14 trillinow dlugu.

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc