Rośnie znaczenie rynków wschodzących

Autor: KRZYSZTOF STĘPIEŃ główny ekonomista Expandera
2009-07-03
Trzeci kolejny tydzień przyniósł zniżki na rynkach akcji. To najgorsza taka seria od marca, czyli rozpoczęcia wiosennego odbicia. Ta prosta statystyka jest kolejnym dowodem pogarszających się nastrojów na giełdach.

W dalszym ciągu trzeba je jednak wpisywać w proces odwracania 4-miesięcznego trendu, a za wcześnie jest jeszcze mówić o ostatecznym jego zakończeniu. Niemniej jednak jesteśmy już o krok od tego. Najlepiej widać to na wykresie S&P 500, gdzie od kilku tygodni kształtuje się formacja głowy z ramionami. W czwartek zatrzymaliśmy się na linii szyi. W związku z tym każdy kolejny spadek będzie pociągał za sobą wyraźny sygnał sprzedaży. Oczekiwanie na jego pojawienie się wzmaga to, że inwestorzy wykazują coraz większe zniecierpliwienie brakiem wyraźnych oznak wychodzenia gospodarek na prostą, a coraz gorzej reagują na wszelkie doniesienia przemawiające przeciwko takiej perspektywie (patrz: zniżka po danych z rynku pracy).

ZBLIŻA SIĘ SEZON WYNIKÓW FINANSOWYCH
Wymowne jest przekroczenie przez relację wartości rynkowej spółek notowanych na rynkach wschodzących i dojrzałych szczytu z wiosny 2008 r. To pochodna trwającego przez ostatnie miesiące szturmu na emerging markets. Fundusze lokujące w walory z tej części świata pozyskały w II kwartale 26,5 mld USD, bijąc rekord napływu środków z IV kwartału 2007 r. Można taką sytuację traktować jako odzwierciedlenie przekonania inwestorów, że emerging markets, a głównie państwa azjatyckie, będą ciągnąć w górę globalną koniunkturę. Jednak taką teorię można też traktować, jak tę sprzed ponad roku o decouplingu, czyli odporności światowej gospodarki na amerykańskie spowolnienie. Okazała się całkowicie błędna.

Z każdym dniem coraz bardziej notowania będą uzależnione od tego, co przyniesie sezon wyników kwartalnych w USA. Szczególną uwagę będą przyciągać banki. Inwestorzy będą szukali potwierdzenia, że progres z trzech pierwszych miesięcy tego roku nie był jednorazowym zdarzeniem. Będą też zapewne wyczuleni na dalsze oznaki pogarszania się jakości portfeli kredytowych. Takich emocji, jak wcześniej, nie powinny natomiast budzić kwestie związane z odpisami na utratę wartości aktywów finansowych. W tym względzie najgorsze zapewne jest już za nami.

2 LATA OD ROZPOCZĘCIA BESSY
W poniedziałek mijają 2 lata od ustanowienia przez warszawską giełdę rekordu wszech czasów. 6 lipca 2007 r., po zwyżce o 1,1%, WIG osiągnął 67 568,5 pkt. Dziś, mimo że od dołka zyskał blisko 42%, wciąż jest blisko 55% poniżej tamtego szczytu. Największe zniżki przez ostatnie 2 lata stały się udziałem średnich spółek, które poszły w dół o ponad dwie trzecie. Spośród sektorów najsłabiej wypadają deweloperzy z podobną stratą. Najlepiej bessę znosi branża telekomunikacyjna. Głównie za sprawą walorów TP przeceniła się o jedną czwartą. W gronie światowych parkietów plasujemy się w ostatnim kwartylu (dzieli zbiór na 4 równe części). Największe straty w ostatnich 2 latach stały się giełdy z Serbii, Bułgarii, Irlandii oraz Cypru. Wyniosły po 70-80%. Jedynie 3 giełdy na świecie odnotowały w tym czasie wzrost. Są to Tunezja, gdzie, co ciekawe, najważniejsze spółki reprezentują branżę finansową, Liban, na którym kluczową rolę odgrywają firmy zajmujące się odbudową Bejrutu, oraz Wenezuela, która dobrą postawę zawdzięcza głównie branży telekomunikacyjnej.

TAK SAMO CZY INACZEJ?
W czasie poprzedniej bessy, która zaczęła się pod koniec marca 2000 r., po dwóch latach od jej rozpoczęcia, byliśmy w początkach drogi do rozpoczęcia hossy. Jesienią 2002 r. indeks WIG ustanowił dołek bessy, do stycznia 2002 r. odnotował pokaźny wzrost, by przez kolejne kilkanaście miesięcy tracić na wartości i ostatecznie zbliżyć się na ok. 10% do dołka bessy.

Już nawet porównanie z "typowym" okresem dekoniunktury na rynkach akcji zniechęca do zapowiadania szybkiego nadejścia trwałych zwyżek. Nawet jeśli rzeczywiście dołek bessy jest już za nami, to czeka nas jeszcze długie wyczekiwanie na ustabilizowanie się dobrych nastrojów. Przy takim podejściu zakładalibyśmy nietrafność większości obaw, które napędzały ubiegłoroczną przecenę akcji, a wiązały się z przekonaniem, że mamy do czynienia z kryzysem i recesją nie podobnymi do wcześniejszych przypadków. Patrząc jednak na dane gospodarcze ze świata, które w wielu przypadkach są najgorsze w powojennej historii, czy skalę załamania rynku nieruchomości i sektora finansowego w Ameryce, trudno jednak takiej tezy bronić. Przyjmując, że teraz może być już tylko lepiej, przyjmowalibyśmy, że pomoc rządów pompujących pieniądze do gospodarek i banków centralnych wspomagających koniunkturę rekordowo tanim pieniądzem, podobnie jak podczas kilku ostatnich okresów spowolnienia koniunktury, przyniesie szybkie efekty. Skoro jednak kłopoty są wyjątkowe, to te typowe metody działania nie muszą wcale okazać się skuteczne. Zresztą mamy na to już pierwsze dowody, jak choćby trudności z obniżeniem rynkowych kosztów kredytów hipotecznych w USA (wiele z nich jest opartych na rentowności długoterminowych obligacji, która na wiosnę odnotowała skokowy wzrost).