Opublikowano: Czwartek 27 sierpnia 2009
Śmierć senatora Edwarda „Teda” Kennedy’ego zasadniczo zmieniała układ sił na Kapitolu.
Kennedy wniósł pod obrady Senatu ponad 300 ustaw, które następnie weszły w życie – głównie zapewniających przywileje ubogim, chorym, niepełnosprawnym, bezrobotnym, mniejszościom etnicznym i płciowym oraz nielegalnym imigrantom. Jako polityk konsekwentnie bronił tradycyjnych liberalnych wartości Partii Demokratycznej. Konserwatyści dosłownie straszyli nim – nie tyle dzieci – co potencjalnych sponsorów w listach z prośbami o datki. Liberalizm stanowił nie tylko polityczną filozofię senatora. Choć wrogowie twierdzili, że w życiu był raczej libertynem a nie liberałem. Na pewno był Irlandczykiem. Lubił wypić, lubił kobiety i zabawę. Oklepany dowcip mówi, że w roku 2004 poparł Clintona, bo kiedy demokraci skandowali „Four more years” („Jeszcze cztery lata!”), był tak nawalony, że zrozumiał „Four more beers!” („Jeszcze cztery piwa!”). Gdyby nie różne kompromitujące przygody być może zostałby prezydentem. Choć o fotel zaczął się starać zbyt późno – w roku 1980, kiedy wahadło nastrojów elektoratu odchyliło się daleko w prawo.
Ted Kennedy nie był człowiekiem wielkich czynów, nieugiętej woli, nieodpartej charyzmy czy jednej idei. Natomiast przez przez blisko pół wieku, krok po kroku, stał się najsilniejszym graczem waszyngtońskiej sceny politycznej. Prezydenci się zmieniali, rewolucję liberalną goniła rewolucja konserwatywna, a Ted trwał. Wyjątkowa pozycja umożliwiała mu ubijanie interesów i zawieranie kompromisów, których nie przeforsowałby nikt inny. To jego poparcie udzielone Obamie przekreśliło szanse Hillary na fotel w Gabinecie Owalnym. Zaś jego śmierć zachwiała planem zapewnienia Amerykanom powszechnej opieki medycznej, który stanowi oczko w głowie prezydenta. Nie tylko dlatego, że reforma ochrony zdrowia była również oczkiem w głowie senatora. Z przyczyn czysto matematycznych. Demokraci stracili w izbie wyższej superwiększość – głos uniemożliwiający republikanom blokowanie ustaw metodą obstrukcji parlamentarnej.