Pierwszą różnicą jaką zauważyłam jest to, że tutaj jak kogoś poznajesz, to drugim pytaniem po "jak masz na imię?" jest "skąd jesteś?". Zwykle jak mówię, że z Polski to słyszę "wow, to daleko" albo "ale egzotycznie", albo "moja babcia była z Polski, ale ja nie znam polskiego". Kiedyś gdy powiedziałam, że jestem z Polski usłyszałam: "ale skąd jesteś w Nowym Jorku?", czyli czy z Manhattanu, Brooklynu itp. Jakoś nie wydawało mi się właściwe powiedzenie, że jestem z Brooklynu, bo przecież wcale nie jestem. Jednego dnia jestem z Brooklynu, a drugiego przecież mogę być z Queensu, Bronksu czy Manhattanu. Mieszkam tam, gdzie mi pasuje (i gdzie jest tanio), ale z żadnym z tych miejsc się nie utożsamiam. Nie wiem po ilu latach mogłabym powiedzieć, że jestem z Nowego Jorku. Chyba nigdy. Jestem z Gdańska i zawsze będę. Choć u Polaków mieszkających tu długo też usłyszałam parę razy "a z jakiej części Gdańska jesteś?". Z jakiej części? Z Oliwy, gdzie się wychowałam? Z Moreny, gdzie mieszkałam 9 lat? Z Zaspy, gdzie spędziłam 2 lata, czy może z Wrzeszcza (4 lata)? Nie potrafię odpowiedzieć. Nie czuję się związana z jednym miejscem. A tutaj zauważyłam, że przynależność "do miejsca" jest bardzo ważna. Może to sposób na określenie się na nowo po wyjeździe z kraju? Albo podtrzymywanie pamięci o korzeniach, kraju, w którym się nigdy nie było? Nie wiem. W Nowym Jorku każdy jest "skądś", choć kilku prawdziwych (urodzonych tu) nowojorczyków też poznałam. Ale przecież i oni mają jakieś zagraniczne korzenie (o ile nie są rodowitymi Indianami).
Inną kwestią, która różni Amerykanów od Polaków w Polsce jest jakaś taka większa życzliwość, którą widać na ulicy. Wystarczy że staniesz z otwartym planem miasta, a zaraz ktoś podejdzie i zapyta czy się zgubiłeś i czy ci pomóc. W Polsce niespotykane. Jadąc autobusem i wysiadając na przystanku na żądanie, przy wysiadaniu wiele osób dziękuje kierowcy, że się zatrzymał. W Polsce niemożliwe. W sklepach sprzedawcy witają mnie przy drzwiach, a jak wychodzę nawet bez zakupów życzą miłego dnia. Wiadomo, że jest to ich obowiązek nałożony przez właściciela sklepu (czy ogólnokrajową sieć sklepów) i mówią to tylko dlatego, że muszą, to jednak jest milej usłyszeć coś takiego (nawet jeśli jest obowiązkowe), niż burknięcie od nadąsanej sprzedawczyni na twoje "dzień dobry".
Choć oczywiście takie bycie miłym ma też swoje granice. Do szału doprowadza mnie pytanie przy kasie sklepowej brzmiące "w czym mogę pomóc?". Hmm, w czym mogą mi oni pomóc, jeśli mam koszyk pełen zakupów? Może w wysłaniu listu? Albo w ugotowaniu obiadu z pięciu dań? Czy może w znalezieniu lekarstwa na raka? Nie! Ja chcę tylko zapłacić za swoje zakupy! Moda na "w czym mogę pomóc?" dotarła niestety też do Polski i nawet w jednej pracy szef kazał nam odbierać telefon z takim pytaniem, czego nigdy nie zrobiłam, bo wydawało mi się to idiotyczne. No cóż, chyba muszę jeszcze popracować nad swoją amerykańskością i nauczyć się bycia "miłą".
“Pierwszą różnicą jaką zauważyłam jest to, że tutaj jak kogoś poznajesz, to drugim pytaniem po “jak masz na imię?” jest “skąd jesteś?”...... A co maja zapytac….. moze od razu “What is your prefereed kind of sex? “..... Skad wiesz, ile pytan oni w ogole znaja po angielsku…. te pytania ucza na pierwszej i drugiej lekcji angielskiego…. niewielu dochodzi do dziesiatej lekcji… to wystarczy aby zdac egzamin na obywatelstwo USA….
A z tym “w czym mogę pomóc? jest tak jak z “How are you ?”..... nikt nie dba co odpowiesz….
Ja wole pomoc konkretna niz dobre intencje….
Maly przyklad, historyjka….
Bylem kiedys w Minneapolis…. miasto ogromne, ludzie grzeczni i rowniez usluzni…. misto tak rozlegle, ze wiekszosc subs ma tylko ograniczone polaczenia autobusowe…. rano do downtown,....wieczorem z dowtown…. kilka polaczen dziennie….
Kiedys wybralem sie ostatnim autobusem z downtown do odleglej miesciny i na miejscu i na miejscu sie zorientowalem, ze powrotny autobus jest dopiero…. nastepnego ranka….
Kierowca to tez zauwazyl….. i zamiast zostawic mnie na ostatnim przystanku i odjechac do swojej bazy…. zadzwonil do dyspozytora i ustalili ja moge wrocic do downtown…. nastepnie wioz mnie z 10 mil do nastepnego autobusu, ktory wracal do miasta…. i czekal ze mna nastepne 15 minut…. i odjechal dopiero, gdy wsiadlem do powrotnego autobusu….. wszystko, oczywiscie, za darmo…. just for “Thank you”....
a ja tam bardzo lubie wszelkie spostrzezenia Katarzyny
sa takie swieze, przypominaja pierwsze lata w Stanach.
a co do artykulu - pytaja:jak sie masz - bo nic nie maja sobie innego do powiedzenia? pytania:skad jestes - Amerykanie sa bardzo ale to bardzo snobistyczni i od razu wiedza jaki masz zip code.
Może zobaczyli polską łajzę udającą cwaniaka i się zlitowali…?
W tamtych stronach INteligentNY-ch polskich łajz to nawet do miasta nie wpuszczaja…..
@INteligentNY
Klasyczna odpowiedz Antka emigranta..