Zacznę może od nowojorskiego języka. Jedną z pierwszych spraw, którą zdradzili mi prawdziwi nowojorczycy, jest właściwa wymowa nazwy Houston Street. Teraz już jestem mądra i mogę się chwalić, że wiem, ale na początku nie wiedziałam, że mówi się "hałston", a nie "hjuston" jak miasto w Teksasie. Ponoć właśnie po tym najłatwiej jest rozpoznać turystę.
Innym ciekawym słówkiem, które mi się spodobało i które często widziałam w amerykańskich gazetach, w tekstach dotyczących burmistrza Bloomberga jest "hizzoner". Taka nazwa dla burmistrza pochodzi z dziewiętnastego wieku i jest skrótem od "his honor".
Okazuje się, że także policjanci, strażacy i śmieciarze mają w Nowym Jorku swoje potoczne nazwy. Policjanci są "finest", strażacy "bravest", a śmieciarze "strongest". Niby nic, ale zawsze warto wiedzieć.
Wiem też, że akcent nowojorski różni się od brooklyńskiego, choć pracując wśród Polaków zwykle nie mam szans usłyszeć żadnego. Dlatego nie potrafię jeszcze ich rozpoznać. No cóż, może za rok. Jak na razie, jedyny amerykański akcent, który rozpoznaję, to południowy. Kowboje z Teksasu mówią tak, że nie sposób tego nie rozpoznać.
Jeśli chodzi o zwyczaje nowojorskiej ulicy, to na pewno nie musiałam uczyć się przebiegania na czerwonym świetle ani szybkiego chodzenia. Gdy raz, w pierwszym miesiącu mojego pobytu szłam ze znajomym po mieście, zapytał mnie, czy na pewno jestem tu tylko od miesiąca, bo chodzę tak szybko jak prawdziwi nowojorczycy.
Musiałam za to nauczyć się chodzić z gorącą kawą. W Polsce kawę pije się na siedząco, tu prawie wyłącznie w biegu.
Niestety nadal nie udało mi się nauczyć amerykańskiego pozytywnego podejścia do życia i mówienie, że wszystko jest wspaniale, nawet jeśli jest fatalnie. Polskie ponuractwo (a może szczerość?) jeszcze we mnie siedzi, choć czasem próbuję z nim walczyć. Najczęściej z marnym skutkiem. Nie umiem udawać i już.
Nie nauczyłam się też jeszcze biegać na mrozie. Jak jest zimno, nie biegam i z okna sobie patrzę na joggingujących nowojorczyków. Może ta zawziętość i determinacja do biegania nawet w ekstremalnych temperaturach to też coś typowego dla mieszkańców Nowego Jorku? Bez tych cech chyba nie udałoby się im osiągnąć wymarzonego sukcesu w biznesie, sporcie czy sztuce. Może warto wziąć z nich przykład?
Z małych osiągnięć – jeżdżę już metrem bez mapy (która i tak wisi w każdym pociągu) i nie gubię się na Manhattanie bez planu miasta. Z Brooklynem i Queensem mam jeszcze kłopoty, nie mówiąc o Bronksie, na którym byłam tylko trzy razy.
Mieszkając w Nowym Jorku przekonałam się, że naprawdę jest to jedno z najtrudniejszych miast do przetrwania. I prawdą jest, iż każdy musi tu sobie radzić sam, że nie dostanie pomocy od nikogo i jak się na chwilę zagapi, to zginie (oby tylko w przenośni). Konkurencja jest zabójcza i nie jest to miasto dla mięczaków. I choć tyle ludzi dokoła, to czasem można poczuć się tak samotnym, jakby nikogo w tym mieście nie było.
Nowy Jork to prawdziwa "betonowa dżungla", jak w piosence wychowanej na Manhattanie Alicii Keys i brooklyńczyka Jaya-Z. Choć jest to też "dżungla, w której spełniają się marzenia i nie ma rzeczy niemożliwych". Tego niestety jeszcze nie doświadczyłam, jednak ciągle mam nadzieję, że tak się kiedyś okaże
Kasienko….. NY to miasto hipokryzji…. amerykanskiej hipokryzji…. gdzie cwaniak w imie “wolnej amerykanki” rznie po tylku frajerow ile sie da…. jest wiele miast na swiecie, w tym i w Ameryce…. gdzie mozna zyc na wysokim standardzie bez biegania w snickersach z kubkiem goracej kawy po ulicach….. ale w NY wszystko musi byc ekstremalne…. “greatest”, “finest”, “bravest”, “strongest”.... “craziest”......
....
A wynika to z tego ze dla wielu tu przybywajacych realia tu zastane nie odpowiadaja marzeniom….zwykle kreowanym przez Hollywood… tak wiec klamia w swych komplementach bo nie majac ubezpieczenia lekarskiego i dostepu do jakiegos psychoanalityka nie stac ich na szczerosc….
Kiedys w NYC w moim biurze pracowal niejaki Eddy, emigrant z Rosji zydowskiego pochodzenia…. jak on “kadzil” Ameryce..!!!.... w swym belkoczacym angielskim….
A do swojego ruskiego przyjaciela mowil (po rosyjsku).....“Wsje Amerykancy eto samyje duraki”....
“Mieszkając w Nowym Jorku przekonałam się, że naprawdę jest to jedno z najtrudniejszych miast do przetrwania”
A jakie inne miasta Pani zna? Czy tez takie trudne do przetrwania i jak dlugo Pani w nich przetrwala?
“. I prawdą jest, iż każdy musi tu sobie radzić sam, że nie dostanie pomocy od nikogo i jak się na chwilę zagapi, to zginie “
A w innych miastach to mu pomoga? Kto pomoze?...
“Musiałam za to nauczyć się chodzić z gorącą kawą. W Polsce kawę pije się na siedząco, tu prawie wyłącznie w biegu”
Nich Pani sproboje znalezc miejsce siedzace w Starbucks czy w innym lokalu serwujacym kawe na siedzacao. O dowolnej porze dnia.
“choć pracując wśród Polaków zwykle nie mam szans usłyszeć żadnego”. No wilasnie. Pani nie zna Noew Yorku, Pan izna Nowe Jorkowo. Dopoki Pani nie odczepi si eod Polakow, o prawdziwej Ameryce bedzie miala Pani pojecie poniekad zerowe.
“nie gubię się na Manhattanie bez planu miasta” Hi, hi… Po roku
W miescie gdzie ulice przecinaja sie pod katem prostym, sa pod linijke a numeracje maja najbardziej przejrzysta w swiecie
Kiedy przyjechalem do Nowego Yorku jeszcze w ubieglym stuleciu to najbardziej zdziwila mnie ilosc trupow lezacych na ulicy w poblizu mojego domu chociaz mieszkalem na Manhattanie po drugiej stronie ulicy , naprzeciwko olbrzymiego kompleksu budynkow Columbia Prezbiterian Medical Center gdzie czasowo zostalem zatrudniony.Koledzy z pracy objasnili mnie jednak , ze osoby lezace nieruchomo to - jakby to powiedziec - wprost przeciwnie znajduja sie w najwyzszym stadium blogostanu co powoduje , ze warunki fizycznego ich otoczenia moga byc calkowicie ignorowane.
“A do swojego ruskiego przyjaciela mowil (po rosyjsku).....“Wsje Amerykancy eto samyje duraki”....”
Podobnie jak Polacy z Greenpointu gdy spotkaja sie przy piwku. Tyle ze mowia po polsku