15 września 2008 roku bankructwo ogłosił czwarty co do wielkości amerykański bank inwestycyjny działający na rynku od 158 lat. Symbol i ostoja Wall Street. Reakcją był krach na giełdach, choć kursy spadały już od wielu dni.
Gwałtowna reakcja inwestorów nie wzięła się znikąd. Na oczach całego świata pękała wielka bańka spekulacyjna na rynku nieruchomościowym. Lata poprzedzające ten moment świetnie pamiętają wszyscy posiadacze domów: ceny ich inwestycji rosły z roku na rok w dwucyfrowym tempie. Wielu Amerykanów myślało, że ta sytuacja będzie trwała wiecznie, pożyczając ile wlezie pod zastaw własnych czterech ścian. A bankierzy zaczęli wciskać pieniądze każdemu, kto chciał mieć własny dom i mieszkanie.
Nie słuchano tych, którzy bili na alarm. I mleko się wylało. Banki, które masowo udzielały ryzykownych kredytów osobom o niewystarczających możliwościach finansowych, znalazły się w tarapatach. Zresztą nie tylko one, bo pożyczki stały się także instrumentem finansowym sprzedawanym na wolnym rynku, więc ofiarą załamania padły mniejsze banki inwestycyjne, które odkryły, że są w posiadaniu papierów o tak skomplikowanej strukturze, że nawet fachowcy nie byli w stanie wycenić ich rzeczywistej wartości.
Resztę pamiętamy, bo trąbiły o tym media: kryzys na rynku hipotecznym szybko przybrał charakter światowy. Cały globalny system finansowy stanął na krawędzi załamania, a rozmiary recesji ustępowały jedynie czasom Wielkiego Kryzysu z lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Nastąpił wykup "toksycznych" aktywów przez rządy USA i krajów Europy Zachodniej, załamanie gospodarek Irlandii i Hiszpanii napędzanych dotychczas boomem w sektorze nieruchomości, bankructwa koncernów samochodowych… A przede wszystkim miliony ludzi straciło bezpowrotnie pracę. "Pakiety ratunkowe" dla gospodarek przynosiły – delikatnie ujmując – niejednoznaczne efekty, ale rozważanie dziś, co by było, gdyby rządy zachowały się zupełnie biernie nie ma większego sensu, bo nie piszemy tutaj historii alternatywnej.
Spadki na giełdach udało się jakoś zatrzymać, ale z kryzysu nie wyszliśmy do dziś i wpadamy w kolejny, tym razem za sprawą Europejczyków i naszych własnych kłopotów z zadłużeniem publicznym. Przeciętnego Amerykanina kryzys kosztował cofnięcie się o co najmniej kilkanaście lat. Ostatnie badania pokazują, że realne dochody przeciętnej rodziny w USA spadły – po uwzględnieniu inflacji – do poziomu z 1996 roku. A przecież to od siły nabywczej tutejszego konsumenta zależy los największej gospodarki świata.
Niemcy i Francja będą teraz ratować rozsypującą się Grecję a wraz z nią całą zjednoczoną Europę, próbując ratować świat przed kryzysem w wersji 2.0. Nie ma jednak wątpliwości – zaniosło się na dłużej i o szybkim wyjściu z tarapatów można na razie zapomnieć. Nawet jeśli z pomocą przyjdą nam Chińczycy, plujący sobie dziś w brodę, że lokowali nadwyżki z wymiany handlowej w amerykańskich i europejskich obligacjach.
Moim zdaniem UE jest na dluzsza mete w lepszej sytuacji poniewaz my nie mamy przywodcy o otwartym umysle i ktory rozumialby zarowno zawilosci globalnej ekonomii jak tez amerykanska mentalnosc.Wyglada na to ze jest on raczej dogmatykiem uksztaltowanym na perferiach kiedy chodzil do szkol w Honolulu i Indonezji a potem podobno zawieral blizsza znajomosc ze skompromitowana doktryna marsizmu.
Panie Redaktorze Tomaszu Niedowierzajacy….. przyzwyczaj sie do kryzysu…. bo tak bedzie juz do konca….. to sa skutki gospodarki globalnej…. nie ma juz zadnej Zielonej Wyspy…. w latach 1920 - 1930 kryzys w USA nie byl w tym samym czasie co w Europie…. dzis nadziei brak ... i sluchaj Rostowskiego, bo to jedyna alternatywa jaka swiatu pozostala…. wybuchnac i zamknac sie, konczac to durny globalizm….. a okazji do wybuchu co niemiara….. a tu Kaddafi przygotowuje chemiczne fajerwerki….. Palestyna za tydzien oglosi swoja niepodleglosc… Iran juz ukryl swoje wirowki bo spodziewa sie uderzenia Izraela…..
ostatnie slowo miala byc : marksizmu.Nota bene dlaczego zlikwidowaliscie mozliwosc korekty ?
...i dlaczego [dodaj] jest teraz po lewej ?...
...polak .. jedna kulke zgubi a druga popsuje…