Powody są jasne, po pierwsze chodzę na koncerty lekkiej muzy (używając nazewnictwa z czasów Kydryńskiego i Kunickiej) raz na kilkanaście lat, wiec nie ma mowy o budowaniu jakiejkolwiek drabinki porównawczej, która pozwoliłaby na ocenę. Korzystałam z jasnego umysłu w czasie koncertu i jeszcze jaśniejszego po.
Nie chodzę, nie słyszę, nie przeżywam, wiec jak ta nowo narodzona pojawiłam się na 42 ulicy z brakiem koncertowej pamięci, z brakiem przechowywanych w tej pamięci wyobrażeń i z zupełnym brakiem oczekiwań.
Po drugie, nie miałam najmniejszego pojęcia czym śpiewanie Basi jest dla anglojęzycznej publiczności. Łechtała moją polonijną próżność świadomość, że jest ona wszędzie lubiana. I na tym koniec. Nie zdawałam sobie sprawy, że jej popularność jest powszechna. Spotkanie z zebraną w klubie grupą ludzi, która marzyła by się właśnie na tym koncercie zjawić, była dla mnie objawieniem. Napięcie i radość bijącą od tych zebranych na koncercie osób w kierunku sceny, a w szczególności w kierunku solistki wprowadziły mnie w osłupienie. Miałam nawet taką wizję, że na dwie godziny przed koncertem zerwano dachy z pędzących wagoników metra, zerwano dachy kamienic, domów jednorodzinnych, sklepów i wyławiano tych najbardziej Basi spragnionych, by potem całe to rozentuzjazmowane towarzystwo umieścić w jednym miejscu. I cicho zamknąć drzwi. Takiego odbioru nie przewidywałam wcale. Takiej chmary ludzi, która znała na pamięć wszystkie słowa piosenek, która pod stołem – dosyć niegrzecznie – nagrywała utwory na wszystkie nowoczesne gadżety, nie spodziewałam się ujrzeć. Jestem też pewna, że wiele osób też nie przeżyło czegoś takiego. Bo radość słuchania Basi połączona z radością bycia razem podnosiła sufit sali.
Trzecim powodem była, nazwijmy to, uczciwość przekazu i uczciwość wykonania. Nie było na tym koncercie ani strusich piór, ani schodów, ani odbijających światło luster. Na scenę weszły dwie panie tworzące chórek, paru instrumentalistów, którzy szybko powpinali się do różnych maści kabelków i oczywiście sama Basia, która ubrana w czarna długą spódnicę i srebrzysty żakiet wyglądała świetnie. Nie miała ona zamiaru epatować oryginalnością stroju, sposobem bycia czy puszczaniem oka do publiczności. Wszyscy na scenie chcieli dawać jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Nikt się naprzód nie wychylał, nikt nie znikał na zapleczu sceny na krótki, lub dłuższy odpoczynek. Wszyscy stali w jednym miejscu i bawiąc się razem z nami dawali nam to, co im Bozia w postaci talentu, dała wcześniej. Ta dyscyplina wykonania z przedstawieniem publiczności jasnego przekazu, ze oni są właśnie tu, właśnie teraz i właśnie po to byśmy my na sali otrzymali wspaniałe widowisko; była widoczna – od pierwszej do ostatniej minuty.
Ostatni powód, dla którego wieczór ten nie zostanie przeze mnie szybko zapomniany to, oczywiście sama Basia Trzetrzelewska. Jej łagodna osobowość, naturalna, ciepła reakcja na entuzjazm z sali. Jej niezwykły głos, z którym robiła co chciała, niezależnie od tego, czy będzie to melancholijny blues, chropowaty, rytmiczny jazz, czy latynoska samba.
Jej autentyczna, nieskrępowana, nie schowana za sztuczki muzykalność. Radość bawienia się dźwiękiem, fraza, rytmem, nutami pozwoliła mi uwierzyć, że muzyka daje nam wszystkim o wiele więcej, niż myślimy.
A w tych trudnych czasach spotkanie z takim talentem jest o wiele ważniejsze niż wtedy, gdy życie było proste, przyjaciele wierni, zasady przestrzegane, a przyszłość widziana była przez nas tylko w lekko różowawych kolorach.