Magnolia Bakery na Bleecker Street zasłynęła za sprawą serialu "Sex and the City", w którym bohaterki jadły tamtejsze babeczki (cupcakes). Za każdym razem, gdy tamtędy przechodziłam i zaglądałam do środka nie mogłam prawie nic zobaczyć, bo zawsze było tam pełno amatorów słynnych babeczek. Tak w ogóle to nowojorczycy wydają się mieć obsesję na punkcie tych ciastek. W całym mieście jest niezliczona ilość cukierni, kawiarni, a nawet samochodów-piekarni, w których można kupić malutkie babeczki udekorowane kremem waniliowym, czekoladowym i ozdobione czym się da. Jakiś czas temu czytałam chyba w "Village Voice", że cupcakes są już dawno niemodne i teraz na topie są desery azjatyckie, ale jakoś tego nie widzę. Babeczki nadal rządzą i chyba słusznie, bo po odstaniu swojego w Magnolii przestałam się dziwić jej wielkiej popularności. Babeczki są naprawdę pyszne. Jednak podobno to wcale nie babeczki są hitem Magnolii, tylko bananowy pudding. Niepozornie schowany w pojemniczku pudding był dobry, ale jak dla mnie trochę za słodki i nawet w wersji najmniejszej nie do zjedzenia na raz. No ale zaliczyłam "babeczkową atrakcję turystyczną" i nie żałuję.
Żałuję za to stania w kolejce do Shake Shacka. O hamburgerze nie mogę się wypowiedzieć, ale veggie burger nazywający się tu 'Shroom Burger okazał się niedobrym kotletem z sera, obtoczonym w panierce z grzybów. Jak zapytałam o sałatki, to nie mieli niczego. Rozumiem, że to fastfood, ale sałatki ma nawet McDonald's. No trudno. Wyprawę do Shake Shacka zaliczam więc do nieudanych i kolejki do ich budki w Madison Square Park nadal nie rozumiem. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że te hamburgery warte są czekania. Właśnie zobaczyłam, że Shake Shack na stronie internetowej zamieszcza... obraz z kamery przed swoją budką w parku, by każdy mógł sprawdzić czy kolejka jest długa, czy krótka! To już chyba nie jest normalne.
Do pizzerii Grimaldi's, o której naczytałam się w przewodnikach, wybrałam się raz wiosną, ale kolejka na dwie godziny stania odstraszyła mnie. Pomyślałam, że może zimą ludziom nie będzie się chciało stać i uda mi się zdobyć stolik bez czekania, ale na szczęście zanim wyszłam z domu zajrzałam do internetu, gdzie przeczytałam, że pizzerię niedawno zamknięto, a jej ponowne otwarcie w nowej lokalizacji (kilka metrów dalej) planowane jest na marzec. No to czekam, choć pewnie tłum znów się pojawi i to jeszcze większy. W prasie bowiem od dawna krążą opowieści o skłóconych właścicielach, walce o nazwę i eksmisji z budynku. A to na pewno zachęci turystów żądnych sensacji. A czy sama pizza wypiekana w specjalnym piecu warta jest stania w kolejce, dowiem się zapewne wiosną. Jeśli oczywiście starczy mi cierpliwości. Choć... skoro mogłam czekać prawie dwie godziny, żeby wejść do Met na wystawę Alexandra McQueena, to może i na pizzę poczekam.