Opublikowano: Wtorek 13 kwietnia 2010
Teorie spiskowe pojawiające się w związku z tragedią pod Smoleńskiem, również w internetowych wpisach czytelników naszej gazety, przypominają mi katastrofę boeinga TWA, który spadł wkrótce po starcie z Nowego Jorku, 17 czerwca 1996 roku.
Były rzecznik prasowy Białego Domu, korespondent ABC w Paryżu, Pierre Salinger dał się wówczas nabrać na internetowy mit mówiący, że samolot, zestrzeliła przypadkowo amerykańska Marynarka Wojenna. Artykuł zamieszczony 8 listopada 1996 roku przez Washington Post, w którym Salinger powoływał się na zeznania świadków i fotografie rakiety lecącej w stronę samolotu – znalezione w sieci, a także e-mail - przesłany przez domniemanego agenta Secret Service, stał się nawet przyczyną zwołania przez szefów kilku agencji rządowych specjalnej konferencji prasowej. Wicedyrektor Federalnego Biura Śledczego James Karlstron określił artykuł jako „godny pożałowania”. Kontradmirał Kristansen zapewnił, że choć nieopodal lotniska JFK znajduje się tajny poligon łodzi podwodnych, który po katastrofie – wskutek wścibstwa dziennikarzy – przestał być tajny, żadna znajdująca się w rejonie Nowego Jorku jednostka nie miała rakiet typu woda powietrze. Brian Gimlet szef nowojorskiego wydziału Służby Bezpieczeństwa oświadczył, że nikt z jego firmy nie wysyłał nic Salingerowi. A przewodniczący Krajowej Rady Bezpieczeństwa Transportu stwierdził, że zeznania świadków, którzy widzieli jak rakieta uderza w samolot, nie zostały potwierdzone przez ekspertów badających szczątki.
Dziennikarze są na ogół agnostykami spiskowej wiary. Choć z natury podejrzliwi i zawsze przygotowani na najgorsze, zbyt otrzaskali się z przypadkowością życia, przejawami głupoty, chciwości, cynizmu i obłudy a przede wszystkim naturalną skłonnością ludzi do gadulstwa, by uwierzyć w sprzysiężenia, których członkowie potrafią manipulować całymi społeczeństwami i co więcej: trzymać te manipulacje w tajemnicy. Aby zataić przed światem zestrzelenie przez Marynarkę Wojenną boeinga startującego z Nowego Jorku, trzeba byłoby zmusić do milczenia co najmniej kilkaset osób: oficerów, żołnierzy, agentów FBI, inspektorów Krajowej Rady Bezpieczeństwa Transportu i Federalnego Zarządu Lotnictwa, lokalnych polityków i policję. Konspiratorzy musieliby martwić się nie o zdrajców powodowanych uczciwością lecz przede wszystkim o duchowych pobratymców Lindy Tripp, Pauli Jones, Kato Kaelina, Joey’ego Buttafuoco czy Johna Wayne’a Bobbitta. Rozczarowane, sfrustrowane i rozpieniaczone ofiary kultury obrazkowej tylko czekające na okazję, by zaskarżyć pracodawcę, organy wymiaru sprawiedliwości, rząd federalny albo prezydenta do sądu i zarobić przy okazji parę dolarów na sprzedaży swoich wspomnień brukowcom. Prawdopodobieństwo, że na okręcie, który według Salingera zestrzelił boeinga TWA, nie znalazłby się majtek marzący o piętnastu minutach sławy i pięciuset tysiącach od National Enquirer – równe jest zeru.
Salinger nie napisał, że atak rakietowy powinien być traktowany jako prawdopodobna hipoteza. Stwierdził, że nie ma żadnych wątpliwości co do przyczyn katastrofy. FBI próbowało storpedować amatorskie wnioski przy pomocy raportów, które opracowały specjalistyczne ekipy, ale za każdym razem gdy władze próbują obalić jakąś teorię spiskową, liczba jej zwolenników automatycznie rośnie. Próby udowodnienia, że nie jest się słoniem szkodzą na ogół temu kto jest w defensywie a nie tym, co atakują. Zwolennicy teorii spiskowych jak większość ortodoksyjnych sekt nie uznają tolerancji wobec ideologicznych przeciwników. Eleine Showalter, profesor Princeton University przekonała się o tym po napisaniu książki „Epidemia histerii a współczesne środki przekazu”, w której dowodzi, że „syndrom Wojny w Zatoce” oraz „syndrom chronicznego zmęczenia” to fenomeny socjologiczne i kulturowe bardziej niż medyczne, wywołane stresem: w pierwszym wypadku bitewnym znanym od kiedy ludzie prowadzą wojny, w drugim – związanym z sytuacją rodzinną bądź zawodową. Zanim jeszcze książka ukazała się na rynku, skrzynkę mailową profesor Showalter wypełniły listy z wymysłami i pogróżkami. Kiedy podobne listy zaczęły przychodzić na adres domowy, autorka zmieniła mieszkanie.
Teorie spiskowe snuli już starożytni. Ludzie potrzebują mitologii, która oswaja to, co niezrozumiałe, niewyjaśnione. Kiedy czegoś nie wiemy próbujemy zapełnić puste miejsce pseudofaktami, choćby wbrew zdrowemu rozsądkowi. Z drugiej strony: każdy chce czuć się ważny, wtajemniczony – zwłaszcza, gdy nie jest. Chce uchodzić za osobę, która przejrzała tajne machinacje „onych”. Ostatnio, przynajmniej w USA, Żydów, masonów, katolików i komunistów zastąpił rząd federalny. To właśnie z nienawiści do władzy państwowej, Timothy Mc Veigh – utwierdzony w przekonaniu, że każda podejmowana przez administrację próba uszczuplenia surrealistycznego arsenału broni palnej, który zgromadzili obywatele, jest ciosem w serce demokracji – podłożył bombę pod Gmachem Federalnym w Oklahoma City. Joseph Stack, który rozbił niedawno awionetkę o siedzibę Urzędu Podatkowego w Austin, przez 24 godziny znalazł na Facebooku ponad 2 tysiące fanów – też myślących, że rządowi federalnemu nie przysługuje prawo pobierania podatków.
O ile w roku 1963, kiedy Salinger był sekretarzem prasowym Kennedy’ego, rządowi ufało 75 procent Amerykanów, dziś 3/4 uważa, że rząd wcale nie rządzi tylko realizuje złowrogie plany bliżej niesprecyzowanych szarych eminencji. Że prezydenci, którzy nie są w stanie ukryć romansów ze stażystkami, między flirtami, znajdują czas na potajemne machinacje zmieniające oblicze świata. Konspiracjonistom nie przeszkadza fakt, że historia autentycznych zakulisowych działań CIA, FBI oraz podobnych im instytucji to jedna wielka wsypa. Że nie udał się ani jeden z zamachów zaplanowanych przez amerykańskie tajne służby w latach 50. Że próby kontynuowania w latach 90. testów jądrowych natychmiast zostały ujawnione. Każdy rząd kłamie, ale amerykański kłamał akurat wyjątkowo bezczelnie i często, gdy w jego składzie był demaskator zmowy milczenia wokół katastrofy boeinga TWA. Kłamał na temat wojny w Wietnamie, inwazji w Zatoce Świń, zagranicznych operacji CIA. Być może dlatego właśnie Salinger skłonny był przypisywać szatańskie intencje i zakulisowe intrygi administracji, która – jako się rzekło – nie potrafiła nawet zataić splamionej błękitnej sukienki?