Wokół małej czarnej

Autor: Halina Niedzielska
2009-10-30

Trudno sobie wyobrazić garderobę współczesnej kobiety bez prostej ciemnej sukienki, która nadaje się na każdą okazję. Popularna dziś mała czarna kiedyś wywołała wiele kontrowersji. Sam kolor zaś miał określone znaczenie.
Moda rządzi się własnymi prawami, poddając się oddziaływaniu czasów i obyczajów. Powolną ewolucję fasonów i kolorów w XIX wieku zastąpiły zmiany jak w kalejdoskopie, które dokonywały się w następnym stuleciu. Każda dekada prezentowała inną linię. Powodowało to przyspieszone tempo życia, masowa produkcja odzieży o przystępnych cenach i rosnąca liczba utalentowanych projektantów.

NIE TYLKO ZNAK WIEKU I ŻAŁOBY...
Od zarania cywilizacji biel kontrastowała z czernią. Biel nadal zaświadcza o niewinności i do tej pory nosi się ją do Pierwszej Komunii. Zestawienie bieli z czernią oznacza wstąpienie na nową drogę życia, co m.in. obrazują sutanny z koloratką przy szyi. Anioły i duchy charakteryzują się niepokalaną bielą, podczas gdy diabłom, czarownicom i wampirom przysługuje czarny kolor. Czerwony akcent, kojarzący się z ogniem piekielnym, tutaj nie zawadzi.
Czerń jest do tej pory znakiem smutku i boleści, stanowiąc też pożegnanie z doczesnym światem. W czasach wiktoriańskich najbliższa rodzina występowała na pogrzebie w głębokiej żałobie, zaś towarzyszący jej kondukt był ubrany w ciemne kolory. Przez cały rok wdowę obowiązywał welon lub woal zasłaniający głowę i twarz, noszony do czarnej sukni lub wierzchniego odzienia. Naśladowano tu po części Wiktorię – ulubioną monarchinę Amerykanów, która do końca życia nosiła na co dzień żałobę po małżonku. Klejnoty i ceremonialne stroje zakładała tylko na oficjalne uroczystości.
Dodajmy, iż wdowców i dzieci obowiązywały znacznie mniejsze rygory. Czarne ubiory zastępowała opaska noszona na ramieniu, która narodziła się w tych właśnie czasach. Powrócono również do purytańskiego obyczaju częstego nawiedzania grobów, poza obowiązkowym All Saints Day. Dzięki temu wypiękniały cmentarze.
XIX-wieczna moda damska na co dzień i od święta dozwalała czarne dodatki, jak buciki, wachlarz, mantylkę czy koronkowe wykończenia u sukni, przetykane często srebrną lub złotą nicią. Ciemne i czarne odzienie było oznaką sędziwego wieku, szczególnie na wsiach. Zgodnie z pradawnym przesądem stanowiły one barwy ochronne, osłaniając żywych przed okiem kostuchy wypatrującej następnej ofiary.

SKANDAL OBYCZAJOWY WOKÓŁ CZARNEJ SUKNI

Obraz "Madame X "Johna Singera Sargenta

Pochodząca z Południa, z rodziny zubożałych plantatorów, amerykańska ekspatriotka Virginie Amelie Avegno miała niekonwencjonalny typ urody, bardzo powabną sylwetkę, wężowe ruchy i wielu konkurentów, wśród których mogła wybierać. Poślubiła w końcu bogatego bankiera i jako madame Pierre Gautreau stanęła na paryskim świeczniku na początku lat 80. XIX wieku.
Nie wszyscy rodacy przebywający nad Sekwaną dali się oczarować jej wdziękom, zaliczając ją ironicznie do kategorii tzw. profesjonalnych piękności. Wyrządzali jej tym samym krzywdę, gdyż Virginie była kulturalną osobą o nader wyrafinowanym smaku.
O jej miłostkach krążyły legendy, choć starała się zachowywać wielką dyskrecję. Plotkowano jednak na jej temat, gdyż lubiła rzucać wyzwanie opinii publicznej.
Pod koniec 1882 r. przybył do Francji znany amerykański malarz John Singer Sargent, by wziąć udział w Paryskim Salonie. Sargent specjalizował się w portretach. Szukając odpowiedniej modelki, natrafił na madame Pierre Gautreau, która go bez reszty zafascynowała. Po długich perswazjach namówił ją do pozowania. Wiedząc, iż czerń, której nie odważyła się nosić, idealnie do niej pasuje, zdecydowała się na niezwykle śmiałą czarną kreację, specjalnie uszytą na tę okazję. Po uzyskaniu aprobaty małżonka i po wielu szkicach artysta wybrał wreszcie właściwą pozę.

Przyjmując "Portrait of Madame X" na Paryski Salon 1884, szacowni członkowie Akademii nie przewidzieli reakcji oglądających. Obraz wywołał szok. Nie dość, że portretowana była ubrana w czarną suknię do ziemi, uwydatniającą bujne kształty, to miała w dodatku odsłonięte ramiona i ręce, tak jakby występowała w bieliźnie. Nie zdarzało się to ani w codziennych sukniach, ani też w balowych kreacjach, chociaż głęboki dekolt nikomu nie przeszkadzał. A poza tym nienaturalna biel skóry, wyprostowana sylwetka i arogancki profil były bardzo sugestywne, dolewając oliwy do ognia. Mężczyźni uznali łatwą do zidentyfikowania madame za typ wiecznej kusicielki. Zgadzając się niechętnie z tą opinią, zgorszone kobiety dodawały: "ale zimnej jak lód".
Skandal nabrał rozgłosu i niewiele brakowało, a obraz wycofano by z ekspozycji. Po namyśle praktycznie myślący organizatorzy zdecydowali się na pozostawienie portretu do końca wystawy. Przyciągał widzów, tym samym powiększając wpływy do kasy.
W 1916 r. osławione skandalem dzieło zostało zakupione przez Metropolitan Museum. Od dawna już nikogo nie gorszy, wywierając nadal uderzające wrażenie.

PRZEŁAMYWANIE TABU
Już pierwsza dekada XX wieku w dużym stopniu wyemancypowała kobiety: zaczęły pracować jako sprzedawczynie, urzędniczki, sekretarki czy robotnice. Czynny tryb życia skrócił suknie i spódnice, które zamiast zakrywać czubek trzewiczka, odsłoniły kostkę. Odważne śmiertelniczki odkryły zalety świeżego powietrza, zażywając kąpieli morskich, grając w tenisa, jeżdżąc na rowerze, uprawiając turystykę pieszą itp.
Dom Wortha podtrzymywał tradycję, podczas gdy inny paryski mistrz mody, Paul Poiret, przecierał nowe ścieżki, projektując fantazyjne kreacje zainspirowane sztukami teatralnymi i operą. Lubił czerń w wizytowych i balowych sukniach, łagodząc jej efekt wstawkami, baskinkami, szalami i fruwającymi dodatkami w innych kolorach. Chwalono go za nowatorstwo i interesujące połączenia.
Pierwsza wojna światowa rozluźniła obyczaje. Uzyskując prawa wyborcze, kobiety obcięły włosy i nosiły gładkie fryzury przylegające do głowy jak kask. W modę weszły szczupłe, płaskie sylwetki. Jednocześnie szalone lata dwudzieste upływały pod znakiem jazzu i rozcieńczonego alkoholu*. Początkująca projektantka Gabrielle Chanel, zwana później Coco, zaczęła wtedy pracować nad sukienką koktajlową, myśląc po części o bogatej klienteli wśród Amerykanek lubiących się ubierać we francuskich domach mody. Bez chwili wahania zdecydowała się na czerń, ze względu na nadal owiewający ją urok zakazanego owocu.
Czarna sukienka miała spełniać cztery warunki. Po pierwsze, emanować dyskretnym, zmysłowym urokiem, podobnie jak najdroższe perfumy. Po drugie, miała ściśle przylegać do figury – stąd dodatek "mała" – jednocześnie ukrywając jej wady. Trzecim warunkiem był awangardowy krój, zarówno idealnie pasujący do spełnianej funkcji, jak i do dekady, która upływała pod znakiem nowych prądów w sztuce. I wreszcie, nie mogła ona krępować kolan przy fokstrocie, shimmy i innych tańcach.
Pierwsza wersja małej czarnej miała bardzo prosty fason: zbluzowana tunika sięgająca za kolana z lekko opuszczoną talią. Uzupełniały ją długie rękawy i małe wycięcie przy szyi. Jedyną ozdobą był długi sznur sztucznych pereł. Little Black Dress, znana pod skrótem LBD, okazała się ogromnym przebojem.
Coco zaoferowała kilkanaście wersji tej sukienki. Talia lądowała na biodrach, zaś skrócone rękawy przybierały rozmaite fasony. Nieduże dekolty z przodu, przekształcały się w prowokacyjnie odsłonięte plecy. Ledwo przykrywająca kolana suknia wydłużała się z tyłu, a jej trenowaty dół poszerzały godety, półklosze, falbany itp. LBD uzyskała nieśmiertelność, wracając w różnych wcieleniach, jako mini, maxi, worek, trapez itp.
Obecnie każda elegancka kobieta posiada małą czarną w swojej garderobie. Furorę w niej zrobiły Audrey Hepburn, Jacqueline Kennedy, Marilyn Monroe i księżna Windsoru. Śpiewała w niej Edith Piaf. Leżała fenomenalnie na tancerce rewiowej Josephine Baker.
W tegorocznej jesiennej modzie króluje kolor czarny na co dzień i od święta, a od fasonów mąci się w głowie.

* Prohibicja podwyższała cenę szmuglowanych trunków. Alkohol rozcieńczano z oszczędności, ale w ten sposób wynaleziono koktajle.