Deszcz trwał. Z jednym dniem przerwy, już od miesiąca, i wciąż zapowiadany na kolejne dni. Na schodach i ulicach walały się puszki od red bulla i coca-coli, kubki od kawy. Społeczność usiłowała resetować się, podtrzymywać nastrój, nie zasypiać w pracy, próbowała zmienić pogodę w sobie. Był środek lata i ludzie wyglądali zabawnie w spodenkach i kaloszach. Jedni zakładali swetry i kurtki, inni tylko nosili w proteście parasole. A logiczne panienki chodziły po kałużach we flip-flopach i miały mokre nogi. Wszyscy ziewali, jakby świat ich nudził.
Dziś, zamiast red bullem, postanowiłam się zrobić czekoladowym rollermopsem za pięćdziesiąt centów. Takim, po którym cukier szaleje w vesselach pełne pięć minut. Myślę, że rapper „50 cent” miał właśnie tego rollermopsa na myśli, gdy obrał sobie nazwę. Na drugim miejscu stawiam na bibułki do zawijania „Bamboo”.
Mimo, że dawał preteksty łatwe do usprawiedliwienia, deszcz mi nie sprzyjał. Mamrotałam zamiast mówić i zamiast mówić, pisałam do wszystkich listy. Przestałam się odzywać do tego stopnia, że nie obrzuciłam jak zwykle epitetami zaczepliwego low income spod sklepu gdzie kupowałam bibułki, znaczy te batoniki. Rozstąpili się na boki ze zdziwienia, gdy nie zareagowałam wrzaskiem na „hey, baby doll”, pewnie myśląc, że jestem chora. Pewnie byłam.
Deszczem usprawiedliwione było również niewychodzenie z domu. To była dobra okazja by pisać Powieść. Mój przyjaciel pisarz Irlandczyk wyjechał do lasów tropikalnych Meksyku, by pisać Powieść. W odosobnieniu, słuchając wiecznego deszczu i olewając Irlandię oraz swój loft na Bushwicku, popełnił fatalny błąd, bo u nas też był deszczowy Meksyk i też była samotność.
Zasiadłam przy stole i rozłożyłam notatki. Otworzyłam laptop i świat wirtualny natychmiast mnie wessał. Przeczytałam newsy, sprawdziłam wszystkie skrzynki pocztowe, potwierdziłam sobotnie spotkanie, weszłam na portale i pogrążyłam się w jałowej dyskusji z głupim Amerykaninem, który ciągle nie dawał za wygraną; sprawdziłam co robią znajomi, sprawdziłam co robią nieznajomi i czy T. sobie już przypadkiem nie zmienił statusu na „in relationship”, potem przypomniała mi się piosenka Kobranocki, więc ją znalazłam na You Tube, co przypomniało mi, że zaniedbałam ostatnie odcinki programów, które śledziłam, co uświadomiło mi, że nie mogę tak spędzić całego dnia, ale wtedy okazało się, że Irlandczyk z Meksyku jest w trybie online i chce rozmawiać.
W naszej cywilizacji to z komputerem utrzymywało się najściślejsze kontakty towarzyskie. Internet zaspokajał wszystkie potrzeby, włączając potrzeby emocjonalne. To tam po północy faceci przyznawali, że chodzi im nie tylko o seks. Opisywali swoje patologiczne, skrywane pragnienia miłosne, i okazywało się, że są ludźmi.
Przez komputer przepływały ludzkie profile, całe rejestry statystyczne, każdy pisał reklamę siebie, transkrypcję swojego świata. Pojawiały się anonsy, zaproszenia, zapowiedzi imprez ludzkość scalających. Przez internet poznawało się ludzi, podtrzymywało znajomości, a potem internetem wysyłało się te cholerne listy pożegnalne.
Istniały strony, na których trwała wieczna impreza wirtualna. Pojawiali się na niej ciekawi ludzie, można było z nimi porozmawiać, pijąc przy tym piwo z własnej lodówki. Wydawało się, że właściwie nic z realnego świata nie jest ci potrzebne. A potem wyłączałam komputer i okazywało się, że jestem sama, w zimnym mieszkaniu, skulona w jednej pozie, głodna i oszukana.
Zmusiłam się do wyjścia. Człowiek siedząc w domu cholernie dziczeje. Ktoś zapraszał na domówkę i siedzenie u kogoś innego w domu wydało mi się najbardziej bezpieczne w moim stanie przeziębienia zmysłów.
Wysiadłam na zachodniej stronie Manhattanu. Mój telefon, również podłączony do sieci, zapikał jak tylko wyszłam z metra, domagając się mej uwagi i mego powrotu. Wyłączyłam go bohatersko, niemal bojąc się, że sama zaraz zgasnę.
Zdjęcie: Archiwum
To nieprawda, że ludzie w Nowym Jorku przemykają i spieszą się, nie patrząc nikomu w oczy. Zawsze o tym czytałam, aż zaczęłam się im przypatrywać. W Nowym Jorku ludzie patrzą sobie w oczy. Patrzą przelotnie, ale badawczo i czasem intensywnie. Na dnie spojrzenia dostrzegłam ten sam, powtarzający się błysk. Był to przyczajony głód. Rodzaj głodu emocjonalnego z kawałkiem strachu oraz nadzieją. To właśnie znajdowało się w oczach nowojorczyków, których mijałam idąc środkiem wyspy. Myślę, że to ci sami ludzie, którzy wracają do domu i siadają przed komputerem, by zaspokoić swój głód.
Gospodarz ucieszył się na mój widok, i na widok tego co przyniosłam. W mieszkaniu płonęły świece – i bardzo dobrze. Było jeszcze niewielu gości i prawie nikogo nie znałam. Pan domu był jednym z tych artystów, którym zdarza się zapraszać przypadkiem poznanych nieznajomych. Po jednej stronie pokoju mała grupa pląkała na gitarach, a na środku kilka osób rozmawiało o bejsbolu. Na tym kończyły się interakcje, reszta towarzystwa piła w bezpiecznej od siebie odległości.
Usiadłam na parapecie między butelką piwa a deszczem. Zawsze przychodziło mi trudno podchodzenie do ludzi i mówienie o niczym, a teraz niemal miałam ochotę coś do nich napisać, zamiast mówić. Wreszcie podeszłam do gitar, kiwnęłam głową, zamknęłam oczy i zaczęłam robić jakiś backvocal, próbując zobaczyć przed sobą osiem właściwych dźwięków z klucza, by móc się w nich swobodnie drzeć. I wydrzeć z siebie cały deszcz, złość, agresję i samotność.
To była jedna z tych imprez, gdzie nic się nie dzieje, aż przychodzi Rosjanka i oznajmia w toku przywitania, że ma na sobie czerwone majtki. I ktoś nijakim głosem mówi wtedy „to pokaż” i ona pokazuje. Otwiera się więc nowe piwo, siada na sofie i się ogląda. A Ruska robi show, monolog jakiś i taniec. Grupa od bejsbola głośno komentuje i pokrzykuje, a ta od gitar zaczyna coraz ciszej pląkać. Siadam obok besjbola, chcę się bawić. Mówią, że nie ma jak dziewczyny ze Wschodu, nie tylko piękne ciała, ale widać wyraźnie, że myślą. Nie rozumiem gdzie widać, że Ruska myśli. Zakrzykują mnie, żebym w takim razie też pokazała majtki. Podnoszę się po kolejne piwo, ale w połowie drogi zatrzymuję się i kieruję ku wyjściu. Patrzę jeszcze na nich. Może powinnam zostać, bawić się z nimi ich sposobami, coś wykombinować, ale nie ma się nawet z kim żegnać.
Stamtąd było już niedaleko do znanego baru. Po drodze zmokłam, bo bez parasola, ale w barze było ciepło i swojsko. Dostałam od pani L. zasłużonego, darmowego drinka. Po czym otworzyłam telefon, który od razu zapikał w bezpiecznym rytmie online.
| Komentarze: | |
Name: @ | Date: 2010-02-06 00:50:53 |
"...widać wyraźnie, że myślą...."... oj tak, mezczyzni widza to co jest nie widoczne... przypomina mi sie zawsze wtedy basn ze wschodu..." Szaty cesarza"... | |
Name: kobieta polska | Date: 2010-02-06 13:47:43 |
Z braku czlowieka mozna pozywic sie Internetem . Dobry sposob na ucieczke od bezowocnego i przygnebiajacego rozmyslania na temat sensu zycia. Albo od nudnych prac domowych jesli akurat nie jestesmy w nastroju do sprzatania. Oczywiscie , ze mezczyzna to tez czlowiek i nie tylko o seks mu chodzi. Takze o dobre slowo, akceptacje, czesto o dobry obiad i czysta koszule. Dlatego w lozku mowimy do niego "tygrysie" , a w innych okolicznosciach "kotku". Czasami kupujemy mu nawet czerwone majtki .Oczywiscie jesli to lubi. Najwidocznie takie lubi gospodarz imprezy ktory zamowil je u Rosjanki i zapewne sowicie za to zaplacil. A od pani Magdaleny chcieli za darmo. Swinie .. Dobrze , ze ich zostawila, chwali sie ! | |
Name: chris | Date: 2010-02-06 18:07:46 |
"Człowiek się żywi człowiekiem"... czlowiek jest zwierzeciem stadnym... oczywiscie ze bedzie szukal innych, i nawet jest powiedziane ze "kto szuka, nie bladzi" lecz wydaje mi sie ze najpierw trzeba sie zdecydowc czego tak naprawde sie szuka zanim mozna przestac bladzic :) | |