W Polsce drób to cały czas przede wszystkim kurczak. Kaczka pojawia się na polskim stole rzadko, gęś - sezonowo, indyk - prawie wcale.
Jedzenie drobiu jest w Polsce bardzo popularne i staje się coraz popularniejsze. Wystarczy spojrzeć na statystyki: wciąż maleje konsumpcja wołowiny, a liczby dotyczące drobiu rosną w szybkim tempie. W ciągu ostatniej dekady XX wieku przeciętna ilość mięsa drobiowego zjadanego rocznie przez jedną osobę wzrosła o 100% – z ok. 7 kg w 1990 roku do 14 w roku 2000. W roku 2003 osiągnęła już poziom 20 kg. Równie wyraźna jest tendencja dotycząca szczegółowej struktury spożycia drobiu. Od wielu lat niezagrożona jest pozycja kurczaków – ich produkcja i spożycie wynosi około 70% wartości produkcji i konsumpcji drobiu ogółem. Cała reszta produktów drobiowych: gęsi, kaczki i indyki, sprzedaje się więc w ilościach nieporównywalnie mniejszych. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi diametralnie różne są przede wszystkim dane, dotyczące indyków. Wynika to oczywiście z powodów ekonomicznych, ale także – kulturowych. W amerykańskiej kuchni indyk jest obecny od dawna i to pod wieloma postaciami, w Polskiej – jest niemal nieznany. W Polsce nie istnieje przecież Święto Dziękczynienia, które w USA jest najważniejszym punktem w kalendarzu sprzedawców indyków i kiedy sprzedaż mięsa indyczego osiąga rekordowe rezultaty.
– Indyk? Słabo... – odpowiada na pytanie o sprzedaż tego ptaka pracownik jednego ze sklepów mięsnych w centrum Gdańska. – A już zwłaszcza całe ptaki. Przecież to za duże, za ciężkie, za drogie. Nawet jak to jakaś duża rodzina, przecież nie zjedzą całego ptaka na raz. A zamrażać nie wszystkim się chce. Więc jak już kupują, to raczej jakieś części, najchętniej piersi czy nogi, albo przetwory.
Zdjęcie: Archiwum
Kiedy przegląda się polskie książki kucharskie, rzeczywiście trudno jest znaleźć zbyt wiele przepisów dotyczących indyka. Choć przecież staropolska tradycja była w tym względzie dość bogata. Na szlacheckie stoły ten – nomen omen – dość szlachetny ptak trafiał o wiele częściej niż dziś, czy to w postaci rosołu, czy szaszłyka, czy też korpusu nadziewanego w środku warzywami. Dziś te przepisy zostały jednak zapomniane, a w książkach kucharskich zastępują je raczej recepty zapożyczone z innych krajów – np. popularne wśród rodzimych kucharskich bloggerów włoskie kotleciki saltimbocca.
– Wiosną trochę więcej się sprzedaje – dodaje sprzedawca ze sklepu mięsnego. – Chyba dlatego, że zaczyna się sezon grillowy, bo na grilla indyk nadaje się akurat dość dobrze. Duże kawałki wygodnie się kładzie na ruszcie. I szybko, że tak powiem, dochodzi.
Rzeczywiście, kiedy zajrzy się do szczegółowych statystyk, dotyczących sprzedaży mięsa drobiowego, tendencja wzrostowa w popycie na mięso indycze, datująca się na pierwsze ciepłe miesiące: maj i czerwiec – jest widoczna dość wyraźnie.
Ale i tak nie zmienia to faktu, że indyk popularny w Polsce nie jest. Nie trafia na stoły, zdarza się mu za to trafiać do literatury – wszak dokładnie taki właśnie tytuł – „Indyk" – nosi jeden z wczesnych (po raz pierwszy opublikowany został w 1960 roku), popularnych, wystawianych dość często do dziś na polskich scenach, dramatów Sławomira Mrożka. Porównywany do „Wesela” Wyspiańskiego tekst, opowiada historię kilku zblazowanych i taplających się w marazmie osób, spotykających się w przydrożnym zajeździe: poety, który od dawna nic już nie napisał, żołnierza, któremu nie chce się walczyć, więc nieudacznie gra na skrzypcach, księcia, który buja w obłokach zamiast rządzić. Symbolem impotencji i apatii staje się w dramacie tytułowy ptak, który „zbliżył się do kur w celach zupełnie jednoznacznych”, ale w ostatniej chwili rezygnuje ze swoich planów. Dramat ten aż dwa razy trafił także na mały ekran. Po raz pierwszy inscenizację na potrzeby Teatru Telewizji przygotował w 1964 roku Jerzy Goliński. Kilkanaście lat później, w roku 1989, nową wersję wyreżyserował Maciej Wojtyszko.
Co ciekawe, indyk, który na polskie stoły prawie nie trafia, doczekał się za to popularnego powiedzonka: „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ucięli”. Jak widać, w rzeczywistości los tego ptaka jest dużo bardziej przyjemny niż w tym, brutalnym przecież, było nie było, przysłowiu.