Nuda, panie, nuda

Autor: Jan Latus
2009-11-06

Pewien czytelnik skomentował na forum internetowym, że moje felietony są mniej śmieszne, niż kiedyś, a cały Weekend jest mniej interesujący niż dawniej.
Nie mam problemu z tym, że komuś coś się nie podoba – zwłaszcza jeśli mówi to w grzecznej formie. Jeszcze bardziej byłbym wdzięczny, gdyby zgłosił konkretne zastrzeżenia... tak się jednak nie zdarza. Tak czy inaczej, autor czy redaktor nie może się obrażać – powinien raczej wsłuchiwać się w opinie krytyczne, pochwały bowiem niczego nie uczą, jedynie usypiają i wprowadzają w błogi samozachwyt (który zresztą jest moim ulubionym stanem ducha).
Dokonałem więc rachunku sumienia i spróbowałem na swoją pracę spojrzeć z zewnątrz, jeśli to w ogóle jest możliwe. Nie doszedłem do żadnych konkluzji oprócz ogólnych, nieustających zresztą, postanowień, że powinienem pracować ciężej, starać się bardziej i w ogóle wziąć się za siebie.
Problem leży też jednak gdzie indziej, poza moją – czyjąkolwiek zresztą – kontrolą.
Mianowicie, wszystko się kiedyś znudzi.
Z jednej strony przyzwyczajamy się, z drugiej – szukamy odmiany. Dwoistość naszej natury jest widoczna w restauracji. Czy znowu zamówić to samo, ulubione danie czy spróbować czegoś nowego? Po co ryzykować? Z drugiej strony, to ulubione danie też musieliśmy kiedyś spróbować po raz pierwszy. Może więc omija nas coś dobrego, a nieznanego?

Ilustracja: Gosia Stępien


Problem czy trwać przy dobrym, ale takim samym, czy zmieniać się, mają wszystkie firmy. Istnieją restauracje, która przez dziesiątki lat nie zmieniają menu i wystroju wnętrza. Ta stałość, gwarantująca niezmienną, wysoką jakość, przyciąga coraz to nowych turystów, ale czy stali klienci albo mieszkańcy okolicy będą wiecznie zadowoleni? Czy nie chcieliby raz na jakiś czas odmiany?
Padają więc restauracje, bo zatrzymały się w czasie. Inne padają natomiast, ponieważ zaczęły igrać ze sprawdzoną formułą i straciły wiernych klientów.
Problem obejmuje wszystkie właściwie biznesy. Unowocześniać się, czy trwać przy tradycji? Czasem próbuje się podkreślać długą historię firmy, co daje jej wiarygodność. Z drugiej strony – transponuje się ją w cybernetyczny, XXI wiek.
Zjawisko dotyczy też gazet i czasopism.W odróżnieniu od informacyjnych serwisów internetowych, które są anonimowym, ciągle ulegającym transformacji źródłem wiedzy, gazety i pisma w mniejszym lub większym stopniu mają kształt autorski. Redaktor naczelny i wydawca decydują o profilu i charakterze publikacji. Poszczególni dziennikarze mają swoje stałe rubryki, w których przedstawiają te same mniej więcej zapatrywania. I ludzie się do tego przyzwyczajają. (PRL był wyjątkiem – znani publicyści byli jak chorągiewki na wietrze po każdorazowej zmianie ekipy rządzącej).
Kiedyś co tydzień sięgałem po "Przekrój" albo "Tygodnik Powszechny", aby przeczytać felieton Kisiela. Prze wiele lat stała obecność autora i jego pisma w moim życiu dawała mi dobre poczucie stałości; w końcu jednak zaczęło mnie to nudzić. Ten Kisiel... ciągle o tym samym. Chyba nie jest już tak ostry, jak kiedyś.
Może po prostu ja się nim znudziłem, tak jak znudzić się może stary znajomy, partner do brydża, mąż? Możliwe też, że sam Kisiel pisał potem trochę słabiej, że już mniej w nim było ognia, wigoru; pomysłów po prostu.
Znane jest powiedzenie, że każdy pisarz pisze tylko jedną książkę i drugie, że literat zawsze pisze o sobie. Dodajmy, że każdy reżyser tworzy ten sam film, malarz powtarza te same motywy i kultywuje swój styl, itd.
Nawet wielcy miłośnicy twórczości pisarza po jakimś czasie odczuwają rozczarowanie. Dzieje się tak często po efektownym debiucie, po którym wszyscy liczą na kolejne rewelacje. Taki był przypadek Hłaski, Masłowskiej, w USA – Gary'ego Shteyngarta). I co? Może liczyli, że pisarz w każdym dziele stawać się będzie kimś innym, że będzie wyrastać ponad samego siebie?
Czy gdybym nadal mieszkał w Polsce – albo tam powrócił – nadal sięgałbym po "Tygodnik Powszechny"? Chyba nie... zresztą, pytanie jest nieaktualne, bo to pismo bardzo się zmieniło. Czy miałbym wobec tego ulubione programy telewizyjne albo tych samych komentatorów co tydzień, powiedzmy w "Newsweeku"? Może tak, może nie. Dziś wszystkie kariery trwają krócej, a niecierpliwość i potrzeba zmian bierze górę nad sentymentalnymi przyzwyczajeniami.
Czy w wypadku gazety oznacza to, że powinna nieustannie się zmieniać? Wymieniać skład redaktorski co kilka lat? Zmieniać ciągle rubryki, szatę graficzną? Też nie tędy droga – przecież coś stałego musi jednak być, coś, co odróżnia jedną gazetę od innych.
W wypadku "Nowego Dziennika" sprawa jest o tyle trudniejsza, że jest to mała publikacja z dość stabilnym zespołem, czytana przez małą grupę mniej więcej tych samych osób. To nie "Metro", które porywają na ulicy Manhattanu przypadkowi przechodnie. Nasi czytelnicy mieszkają przez lata w tych samych miejscach, zwłaszcza jeśli kupili domy, my też tkwimy w tym samym budynku. Chodzimy na – a potem opisujemy – zawsze te same imprezy polonijne w tych samych salach. Jest to pismo niezmiernie autorskie w tym sensie, że czytelnik obcuje na łamach z konkretnymi osobami, piszącymi w łatwy po pewnym czasie do przewidzenia sposób.
Nieuchronna jest wtedy nuda, zarówno osób piszących, jak i czytających. Nawet ludzie opisywani w artykułach nie potrafią się już z tego cieszyć
Należy więc zmieniać gazetę, odmładzać zespół, unowocześniać treść. I to "Nowy Dziennik" będzie robił. Trzeba tu jednak zachować umiar. Nie zmienimy też, chcemy tego czy nie, naszych odbiorców, nie przeniesiemy się z biurem do Australii lub Gdańska.
Tak więc, Wy, Czytelnicy i my, redaktorzy, niczym stare małżeństwo w kraju, gdzie rozwodów się nie uznaje, jesteśmy na siebie skazani. Nic nas nie rozłączy, chyba że... czytelniku-krytyku, odłóż tę siekierę, ja tylko żartowałem!