Uciec do Tajlandii

Autor: Jan Latus
2009-11-06

Tajlandia jest krajem niezwykłym. Owszem – i tam wiele jest brzydoty, biedy i niegodziwości; dostrzeże to każdy turysta. Dla pewnej grupy ludzi jest to jednak raj na ziemi. Miejsce, gdzie nie tylko chcieliby jak najczęściej jeździć, ale tam zamieszkać.

To mój kolejny wyjazd do Azji. Jak zawsze, oczekiwania mam ogromne. Chcę nie tylko wypocząć, skorzystać z kąpieli i tanich masaży oraz najeść się pysznych, tanich potraw z ryb i krewetek, ale i znaleźć... ja wiem, co? Wszystko chyba: miłość, seks, drugą młodość, zdrowie, relaks, spokój ducha oraz święty spokój. Po prostu – szczęście.
W tej tajskiej obsesji nie jestem sam.

Zdjęcie: Jan Latus


Tajlandia jest od lat jednym z państw o największej liczbie zagranicznych turystów. Jej atrakcje są znane: gorący klimat, bujna przyroda, piękne plaże, doskonała kuchnia, dość dobrze rozwinięta infrastruktura, a infrastruktura turystyczna – rozwinięta świetnie. Goście chwalą też niezwykłą uprzejmość mieszkańców Tajlandii. Nie jest to usłużna grzeczność biedaków próbujących coś sprzedać turystom. Tajowie, może z racji wyznawanej religii buddyjskiej, a i pewnie z tego powodu, że żyją w nienękanym wojnami kraju o boskim klimacie, zachowują stoicki spokój i niewzruszoną pogodę ducha. Mimo, że przed białym turystą składają dłonie w pokornym pokłonie wai, zachowują cały czas godność. Nie czuje się, że będąc w roli podrzędnej, nienawidzą swojego losu. Może wierzą, że w kolejnej reinkarnacji zamienią się z nami miejscami? Ową godność zauważam u pokojówek i prostytutek, taksówkarzy i przewodników turystycznych.
Ten spokój o metafizycznym już wymiarze działa na mnie jeszcze mocniej niż unoszący się wszędzie w powietrzu erotyzm.
To prawda – Tajlandia pozostaje wielkim zagłębiem usług erotycznych i miliony mężczyzn w średnim i starszym wieku pierwsze kroki kierują do klubów go-go, by wyjść z nich z narzeczoną na jedną noc, albo i na cały okres wakacji.
Ale czy jest to niepowtarzalna cecha Tajlandii? Równie rozpowszechniona jest prostytucja na Filipinach czy na Tajwanie. Zresztą, kto szuka seksu, znajdzie go w każdym kraju – to tylko kwestia łatwości dostępu i ceny.
Ale cóż wart seks, jeśli w oczach dziewczyny nie ma głębi, żadnej niespodzianki? Tajki, dziewczyny nadzwyczaj piękne i zgrabne, tę tajemnicę posiadają.
Wbrew pozorom, rzadko szukają bogatych mężów. Zadowalają się przelotnymi, płatnymi związkami z turystami. Zarobione pieniądze przesyłają swojej rodzinie, zwykle mieszkającej w północnej, najbiedniejszej części kraju. Cała wioska udaje, że nie wie, jakie jest żródło zarobku. Wszyscy patrzą z podziwem na dziewczynę, która tak poświęciła się dla rodziny.
Rodzina to w ogóle rzecz dla Tajów bardzo ważna. Ludzie nawet bardzo biedni dzielą się jedzeniem i domem z krewnymi (zawsze poczęstują też gościa lub przechodnia). Korzystając z ciepłego klimatu, całe rodziny koczują na plaży lub nadmorskim bulwarze. Jedzą powoli swoje specjały z ryżem. Resztkami częstują się z psami, których status jest niejasny (chodzą bezpańsko, ale jednak mają obroże). Miejscowi próbują sprzedać turystom paciorki i jedzenie. Uśmiechają się zachęcająco, ale nie są nachalni. Od staruszki kupuję dwie foremki pokrojonych owoców po ustalonej cenie. Wręcza mi za darmo trzecią i mówi: – To na szczęście.

Drugie życie w Tajlandii


Nie ma chyba państwa – celu wyjazdu wakacyjnego, które dla tak wielu osób stałoby się miejscem stałego zamieszkania.
Zamieszkać w Tajlandii nie jest tak prosto.  Cudzoziemiec musi co jakiś czas opuszczać kraj, aby wbić nowa wizę. Taka dla rezydenta jest trudna do otrzymania; takoż - wizy biznesowe, dla emerytów i małżeńskie. Cudzoziemiec może wprawdzie kupić kondominium, ale do zakupu ziemi lub przedsiębiorstwa konieczny jest miejscowy partner (który – buddysta czy nie – zrobi wszystko, aby obcokrajowca wyrolować).
Mimo tych barier, tysiące cudzoziemców szwendają się po Bangkoku i po nadmorskim kurorcie Pattaya, gdzie spędzam większą część wakacji.
W międzynarodowej księgarni kilka półek zastawionych jest książkami w języku angielskim na tematy: jak zostać w Tajlandii, jak przejść tu na emeryturę, jak inwestować, założyć firmę, poznać żonę, itd.
W Pattayi odwiedzam bary dla ekspatów. Jeden z nich warzy własne piwo wedle receptury niemieckiej. Wchodzę też do restauracji norweskiej, niemieckiej i szwajcarskiej. Oprócz Europejczyków, dużo jest turystów z Australii; stosunkowo mało z USA. Zaskakująco wielka jest liczba gości z Rosji. W Pattayi stoi wielki, nowoczesny hotel Erewań, jest też restauracja Ararat oraz Rasputin, liczne agencie turystyczne, pośrednictwa pracy oraz kupna nieruchomości. Ale Rosjanie tu się nie przenoszą – raczej uciekają z pieniędzmi inwestując w niedrogim ciągle kraju.
Nie zarobku lecz drugiej młodości szukają za to nieprzebrani obywatele zachodniego świata. Pospolity jest widok Szweda czy Anglika w średnim wieku trzymającego za rękę 20-letnią, śliczną i roześmianą dziewczynę. Co u tym pomyślałyby zachodnie feministki? Cóż, ci mężczyźni właśnie przed nimi uciekli na kraj świata.
Trend szukania drugiej miłości i młodości w miejscu odległym o 20 godzin lotu, opisuje wiele książek. Czasem jest to świetna literaratura, jak "Platforma Francuza Michela Houllebecqua. Innym razem – wydana własnym sumptem agitka, np. "Why I Left America" (kupiłem w Tajlandii!). Każda z tych książek – a przeczytałem ich wiele – wnosi nowe szczegóły do, wyidealizowanego na początku, obrazu kraju. Stopniowo wyłania się obraz społeczeństwa mocno zhierarchizowanego, skorumpowanego, w ogromnej większości ciągle biednego. Potwierdzają to widoki z Bangkoku, gdzie nowe sklepy i hotele sąsiadują ze slumsami i straganami.
Niemniej, autorzy tych książek – a i wasz reporter – widząc ciemne strony Tajlandii, pozostają w niej zakochani.
Myślę, że przede wszystkim szukamy tam, my przyszli ekspaci, ucieczki. Od wyścigu za pieniędzmi, nieludzkich proporcji pracy i wypoczynku, postępującego zaniku relacji międzyludzkich, przyjacielskich i miłosnych.
Do Tajlandii uciekają ludzie, którzy – choć mieszkają w zamożnych krajach Zachodu – nie są tam szczęśliwi. Aby nie zmarnować życia, przenoszą się tam, gdzie wszystko będzie prostsze, gdzie będą mogli – nie poddawani ostracyzmowi społeczeństwa, nie kneblowani przez poprawność polityczną i obyczajową obłudę – żyć spokojniej i prościej. W wersji idealnej, ale dającej się zrealizować – trzymając za rękę młodą, piękną partnerkę. Wielu (są w tej grupie moi amerykańscy przyjaciele) to się udaje. Przyjeżdżają więc za nimi kolejni, przyglądają się i szykują się do wielkiego skoku, zmiany w życiu.
Pozostali, nieświadomi takich opcji oferowanych przez Tajlandię, oglądają słonie, po czym wracają do swoich krajów. No i bardzo dobrze – chcę żyć w raju, ale bez tłoku.