Klopsy jem tylko widelcem

Autor: Jan Latus
2009-10-30

To nas odróżnia od zwierząt. One nie mają przecież manier, nie wiedzą co to savoir-vivre. Jeśli nawet uda się nauczyć kota załatwiać się w piasek, a psa – podawać łapę, robią to (zapewne, kto ich naprawdę wie) tylko dlatego, że tak kazał pan, a nie z poczucia estetyki.
Co innego ludzie. Ci tworzący najwyższą klasę społeczną różnią się od plebsu manierami właśnie. Gdy robol człapał w wysmarowanym towotem kombinezonie, a chłop – w zabłoconych gumiakach, szlachcic, a również pan mecenas przechadzali się w nienagannie skrojonych surdutach, a na widok dam unosili z galanterią nakrycia głowy.
Ja, jako dziecko PRL-u, nauczyłem się przede wszystkim, że mielonego nie wolno jeść widelcem i nożem, a tylko widelcem! Równie wielką gafą było posłużenie się nożem przy jedzeniu ryby. I ją trzeba było dziobać widelcem; ludzie najwykwintniejsi oraz bywalcy restauracji posługiwali się zaś w tym celu specjalną łopatką nożopodobną.
Dużo było z powodu tych przykazów przypadków udławień ośćmi, zwłaszcza w Wigilię.

Ilustracja: Gosia Stępień


Wszystko było jasne: człowieka na poziomie różni od chama sposób jedzenia mielonego oraz dorsza.
Ale może to nie jest takie proste? Francuzi nie krępują się korzystać z noża przy jedzeniu wszystkich potraw. Amerykanie z kolei czasem posługują się tylko widelcem, zwłaszcza jeśli jedzenie jest podane w rozdrobnionej już formie.
W wykwintnych restauracjach przy talerzach znajduje się bateria przeróżnych utensyliów, noży i widelców dużych i małych, takoż szklanek i kieliszków o różnym kształcie. Po które sięgnąć, żeby nie wyjść na chama?
Czasem jesteśmy nadgorliwi w usiłowaniu pokazania klasy. Klienci tajskich restauracji w Nowym Jorku notorycznie proszą o podanie pałeczek (chopsticks). Rozczarują się licząc na uznanie w oczach kelnerki, Tajowie u siebie w kraju jedzą bowiem tak: trzymanym w lewej ręce widelcem nakładają sobie jedzenie na trzymaną w prawej ręce łyżkę, którą następnie podnoszą do ust. Nigdy nie zjedliby natomiast niczego z lewej ręki, gdyż ta służy do czynności "nieczystych" (np. podcierania). Podobnie kategoryzują ręce Hindusi. Dla nas ma to mniejsze znaczenie, choć obrazimy się, gdy ktoś poda nam lewą rękę. W Tajlandii i Japonii w ogóle zdziwią się, a nawet speszą, gdy ktoś po europejsku/amerykańsku zechce im uścisnąć prawicę. Wolą pokornie się ukłonić. Japończycy to w ogóle naród bardzo grzeczny. Zasłaniają sobie np. wstydliwie usta, gdy się śmieją. Niestety jedząc (pałeczkami oczywiście), głośno siorbią – jest to tam uznawane za elegancki sposób wyrażenia zadowolenia ze smaku potrawy. Nigdy natomiast Japończyk w miejscu publicznym nie wysmarcze się do chusteczki. Również Chińczycy uważają to za grubiaństwo niebywałe. Nie mają natomiast Chińczycy problemu z pluciem na trotuar. Plucie najwyraźniej miało się też dobrze w XIX-wiecznej Europie, o czym zaświadcza powszechna obecność spluwaczek w salach dostojnych urzędów. Azjaci z niejasnych dla nas powodów często noszą maseczki ochronne; Francuzka albo Włoch nigdy nie wyszliby na ulicę w takiej ohydzie na twarzy. Amerykanie też raczej nie, ale np. Amerykanki nie uważają, że w złym guście jest robienie sobie makijażu w pociągu. Niektórzy (imigranci może?) nie widzą nawet niczego złego w obcinaniu paznokci w środkach komunikacji publicznej. Taki np. Ukrainiec manikiur w metrze uznałby za szczytowe chamstwo. W ogóle naród ten dba o elegancję: młode Ukrainki nawet śmiecie wyrzucają ubrane w spódniczkę i w szpilki; no i bez makijażu nigdy na ulicę nie wyjdą. Podobnie Argentynka nie pozwoli sobie nigdy, aby w miejscu publicznym wyglądać, jak "z wody". Amerykanki, w ogóle nie przejmując się opinią otoczenia, wychodzą z mokrą głową na ulicę, a w dodatku do futra zakładają adidasy. Hiszpanka lub Koreanka dałaby się pokrajać, ale tak ubrana by nie wyszła.
Jasności, co wypada, a co nie, nie ma w żadnym temacie. Katoliczka może jak najbardziej wejść w kapeluszu lub chustce na głowie do katolickiego kościoła, katolik w berecie w świątyni popełnia ciężki grzech. Obie płci mogą natomiast wchodzić w butach. Jest to nie do przyjęcia w meczetach, nawet gdy świątynię chce tylko zwiedzić turysta-innowierca.
Zdejmowanie butów obowiązuje zresztą we wszystkich domach muzułmańskich, ale np. w japońskich też. W polskich mieszkaniach zachęcanie elegancko ubranych gości, aby zdjęli buty i założyli stare kapcie gospodarzy, jest coraz częściej uznawane za buractwo i drobnomieszczaństwo.
Nawet grubiański, areligijny nowojorczyk zawsze powie "God bless you" (ni mniej ni więcej tylko: "niech Bóg cię błogosławi"!) do obcego zupełnie człowieka, który akurat kichnie. W Polsce mówienie "na zdrowie" jest w takich sytuacjach opcjonalne; za staroświeckie uważa się też mówienie "smacznego". Również za archaiczne uznaje się – pospolite kiedyś na wsiach – pozdrawianie mijanych osób słowami "szczęść Boże". W Tatrach za to turyści twardo mówią do innych turystów "dzień dobry". Ciekawe, czy ci niby uprzejmi ludzie przytrzymywaliby sobie drzwi? Amerykanie czynią to zawsze. Zamknięcie drzwi przed nosem obcego człowieka to wielkie grubiaństwo. Nie praktykują natomiast Amerykanie przepuszczania w drzwiach (a gdy jest to kobieta, grozi to jeszcze posądzeniem o seksizm); nie jest też oczywiste ustępowanie miejsca w autobusie osobie starszej czy kobiecie w ciąży. W Polsce czy Rosji młodzieniec jest natychmiast rugany przez starszych ludzi i czerwony jak burak ze wstydu miejsca ustąpi. Ale drzwi innym nie przytrzyma.
W jednym kraju pije się szkocką whisky na lodzie, a w innym, np. w Szkocji (!) bez lodu; piwo z butelki lub kufla, pizzę ręką lub sztućcami, makaron za pomocą łyżki lub wcale nie, kawę w szklance bądź filiżance, trzymaną z odgiętym paluszkiem – lub nie.
Jakiekolwiek jednak przyjęte są w danym miejscu obyczaje, możemy być pewni, że ktoś strasznie na nie zważa i na ich podstawie dokona oceny innej istoty ludzkiej.