Każdy pewnie choć raz widział zombi w kinie. Haitańczycy twierdzą, że to nie tylko film.
Biali ludzie Zachodu zwykli wspominać swoich zmarłych i odwiedzać ich groby najwyżej kilka razy w roku – obowiązkowo na przełomie października i listopada. Przez resztę roku myśli Europejczyków i Amerykanów krążą wokół spraw codziennych i nikt nie przejmuje się losem dusz przebywających w zaświatach. Zupełnie inaczej do tej sprawy podchodzą mieszkańcy tych części świata, gdzie uprawia się voodoo.
Proszek z gada działa!
Dla kilkudziesięciu milionów ludzi zamieszkujących zachodnią Afrykę, Karaiby, Brazylię i Luizjanę kontakt z duchami to codzienność. Kult przodków, uznanie zastępu bóstw sprawujących władzę nad poszczególnymi aspektami przyrody i życia oraz wiara w to, że wszystkie elementy mają duszę, to podstawa voodoo. Na świecie istnieją różne odmiany tego kultu: santeria na Kubie, candomble czy umbanda w Brazylii, espiritismo na Karaibach i wiele afrykańskich odłamów. Jednak wszystkie łączą te same korzenie i reguły. Jedną z nich jest nieustanny kontakt ze zmarłymi – rozmawia się z nimi (np. poprzez kapłana)i traktuje tak, jakby nadal przebywali tam, gdzie żyli. Trzeba ich szanować, bo jako duchy mają większy wpływ na losy żywych niż za życia.
Zdjęcie: Archiwum
Ze względu na wpływ niewidzialnych sił na losy człowieka trzeba się strzec przed nieprzewidzianymi sytuacjami. Ochronę dają różne fetysze, czyli przedmioty, oraz magiczne eliksiry zrobione przez kapłana (houngan) lub kapłankę (mambo). W takich krajach jak Benin (voodoo jest tu religią państwową), Togo czy Haiti zwykłą rzeczą są więc zakupy na targu, na którym można znaleźć suszone oczy ropuchy, kurze łapki, zmumifikowane szczury czy sproszkowane jaszczurki. Kapłani cieszą się wyjątkową estymą, bo nie tylko pozostają w kontakcie z duchami, ale potrafią też prawidłowo interpretować ich zalecenia, kaprysy i przestrogi. Potrafią też leczyć, choć – o czym często ich "klienci" nie są informowani – do swoich mazi, naparów i proszków dodają pokruszone medykamenty ze zwykłej apteki.
Żywe trupy?
Każdy pewnie choć raz widział jakiś horror, w którym z grobów wstawały trupy, a bohaterowie dręczeni byli na odległość przez wkłuwanie szpikulców w odwzorowujące ich laleczki. O ile zadawanie bólu na odległość jest wynalazkiem raczej filmowym, bo w kulcie nakłuwanie jest najczęściej formą leczniczej akupunktury na odległość, o tyle zombi to – według wielu mieszkańców Haiti – czysta prawda. Każdy tam zaklina się, że widział zombi na własne oczy, a kapłan mieszkający za rogiem ma na swoim koncie co najmniej parę przypadków przywrócenia do życia i zarządzania ożywionym ciałem. Ta sprawa była badana naukowo przez kanadyjskiego antropologa Wade’a Davisa. Dowodził on, że efekt zombi można uzyskać dzięki zastosowaniu tetrodotoksyny, substancji, która paraliżuje człowieka, ale pozostawia go przytomnym. Można ją pozyskać z ryby rozdymki (takiej jak np. toksyczna takifugu, którą najodważniejsi smakosze jedzą w Japonii). Do tego kapłani dodają inne psychoaktywne substancje, pozyskane z roślin, pająków oraz ropuch, i w ten sposób uzyskują, według Davisa, mieszankę, która żywego człowieka przenosi jedną nogą na drugą stronę, ale pozwala mu w specyficzny sposób się poruszać. Inni naukowcy mają zastrzeżenia co do badań Davisa, ale zgodni są co do tego, że magiczny proszek – jeśli działa, to tylko na żywych. O podnoszeniu z grobów nie ma mowy.
Magia w botanice
Mimo prób naukowego "rozpracowania" voodoo miliony ludzi na całym świecie nosi na szyi magiczne naszyjniki, zostawia zmarłym jedzenie i napitki, składa koguty w ofierze bóstwom loa (lub orischas, w zależności od szerokości geograficznej) czy leczy się z AIDS pijąc wywar ze sproszkowanych członków ludzkich (!). Mimo postępu cywilizacyjnego liczba praktykujących różne odmiany voodoo się nie zmniejsza. Co więcej, w XX i XXI wieku kult ten przeniósł się do kolejnych po Nowym Orleanie miast USA: Miami i Nowego Jorku oraz do Europy. Dziś sklepy sprzedające przeróżne magiczne atrybuty łatwo można znaleźć w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku. Miejsca te nazywają się "botanica" – w Gotham City, z oczywistych względów, najwięcej ich można znaleźć w zachodnim Harlemie (jak np. Botanica Floresteria Santa na 5454 W. 125 St.). Póki jednak wyznawcy kupują w nich świece, figurki czy jakieś niezbyt szkodliwe zioła, voodoo pozostaje niegroźną praktyką. Gorzej, jeśli kapłan uzna, że może dopuścić się zbrodni, bo potrzebne jest mu ciało konkretnego człowieka. W Afryce, w której bezkompromisowo praktykuje się najbardziej krwawe rytuały, co roku ginie kilkaset do tysiąca osób poświęconych przez houngan.
Praktyki voodoo z Ameryki Południowej i Karaibów są bardziej powściągliwe – tu podczas uroczystości ginie najwyżej kogut. Pewnie wpłynęła na to w dużej mierze tradycja chrześcijańska, którą wyznawcy santerii czy candomble przyjęli i złączyli w jedną, synkretyczną religię, która nie wymaga ludzkiej krwi. Jak zresztą dowiedli antropologowie, 95% obrzędów ma służyć zapewnieniu człowiekowi szczęścia i pomyślności. W świetle tej informacji voodoo jawi się więc jako kult pozytywny. Będąc jednak w Beninie czy na Haiti lepiej mieć oczy szeroko otwarte.