Co tak naprawdę kryje się w tym długim szkockim jeziorze? Wydawałoby się, że dzisiejsze technologie pozwolą odpowiedzieć na to pytanie bez trudu. Ale gdzie tam!
To z pozoru zupełnie zwyczajne jezioro, dość spory akwen położony w Szkocji. Jego długość, licząca 37 km, może budzić trochę szacunku: to wręcz największy zbiornik słodkowodny w Wielkiej Brytanii, ale nie jest to przecież rozmiar, który rzuca na kolana. Za sporą ciekawostkę można uznać też sztuczną wyspę, usypaną jeszcze w czasach prehistorycznej epoki żelaza i noszącą pobudzającą wyobraźnię nazwę Cherry Island. Ale to przecież też jeszcze nie powód, żeby trafiać na pierwsze strony gazet i stać się najsłynniejszym jeziorem nie tylko w Szkocji, ale wręcz w tej części Europy.
Wszystko dzięki Nessie – bo taką, pieszczotliwą, pochodzącą od nazwy samego jeziora, nazwę nadano mitycznemu potworowi, który ma ów akwen zamieszkiwać. Nie ma żartów – to nie jest sezonowy humbug, wymyślony, żeby przyciągnąć turystów nad szkocki akwen. O tym potworze (a może wręcz – potworach, bo niektóre doniesienia mówią o wielu okazach) mówi się już od dawna. Od bardzo dawna nawet. Pierwsze zapisane informacje o nie do końca zidentyfikowanym stworze, zamieszkującym Loch Ness, pochodzą sprzed ponad 1300 lat. To właśnie wówczas starożytny kronikarz Adamnan w swoim dziele, zatytułowanym "Żywoty św. Kolumba", opisał jako pierwszy niezwykłe wydarzenia, które miały miejsce na brzegu jeziora. Tytułowy św. Kolumb, apostoł prowadzący działalność misyjną wśród zamieszkujących wówczas ten teren plemion piktyjskich, zauważył krwiożerczego potwora atakującego miejscową ludność. Przyszły święty wszedł do wody, a gdy i jego zaatakowało nieznane zwierzę, przemówił do niego słowami modlitwy, co powstrzymało jego mordercze zakusy.
Kolejne relacje o niezwykłych zdarzeniach w głębinach Loch Ness (a jezioro w najgłębszych miejscach sięga ponad 230 metrów) pochodzą od podróżników przemierzających Wielką Brytanię w dużo późniejszych czasach. Jednym z nich był słynny pisarz Daniel Dafoe, który zanotował w swym dzienniku o "lewiatanach", które atakowały żołnierzy budujących nadbrzeżną drogę.
Zdjęcie: Nowy Dziennik
Pierwszą odnotowaną osobą, która twierdziła, że widziała potwora osobiście (wszystkie wcześniejsze relacje pochodziły z drugiej, a często wręcz trzeciej ręki), był Jimmy Hossak, który relacjonował, że zdarzyło mu się zauważyć Nessie w 1862 roku. Na przełomie XIX i XX wieku tego typu relacji było coraz więcej. Miały ze sobą sporo wspólnego, ale różniły się szczegółami: jedni pisali o garbie na grzbiecie stwora, inni nawet o dwóch, jedni wspominali o łuskach, inni widzieli raczej ciało pokryte sierścią.
Na arenę międzynarodową potwór z Loch Ness wkroczył na początku lat 30-tych, gdy zaczęła się o nim rozpisywać prasa: najpierw tylko lokalna, potem ogólnoszkocka, a wreszcie o Nessie przeczytać mogli także obywatele innych krajów Europy i reszty świata. W tym czasie zaczęły się także pojawiać pierwsze zdjęcia pokazujące rzekomego potwora. Zaczęli się nim także interesować naukowcy. Od początku byli nastawieni sceptycznie, próbując wyjaśnić obserwacje miejscowej ludności przypadkową obecnością w jeziorze przedstawiciela któregoś z gatunków wieloryba, rekina, a może po prostu dryfującą kłodą drewna.
To był początek trwającego przez długie dekady sporu między zwolennikami koncepcji, że potwór rzeczywiście istnieje, a tymi, którzy próbowali przekonać cały świat, że to tylko głupia plotka. Naukowcy nie zostawiają złudzeń: ich zdaniem to niemożliwe, żeby w takim miejscu na Ziemi pojawiła się istota nieznana do tej pory nauce, niemieszcząca się w klasyfikacjach gatunkowych. Podważają także możliwość prześlizgnięcia się rzekomego potwora przez gęstą siatkę urządzeń badawczych, wielokrotnie instalowanych w jeziorze w celu zanotowania aktywności żyjących tam stworzeń i odkrycia, czym może być rzekomy potwór. Ale miejscowi i zwolennicy różnego rodzaju mrocznych historii wiedzą swoje: są przecież zdjęcia, są relacje, są filmy wideo, a naukowcy, podważający ich autentyczność, albo wykazujący popełnione przy ich powstaniu fałszerstwa, kłamią w żywe oczy.
I komu tu wierzyć? Nie ma innego wyjścia – trzeba po prostu jechać nad długie szkockie jezioro i próbować samemu zaobserwować, czy czasem nie wyjdzie z jego głębin prosto na nas coś wielkiego, co ma "szaroczarny korpus, z przodu wypustkę, przypominającą trąbę słonia, po obu bokach łopatkowate płetwy", jak głosiła jedna z relacji. A wtedy – lepiej uważać!