Mówisz: "ogień", myślisz: "strażacy-ochotnicy". Tak było przez całe dekady na polskiej prowincji. Tak jest do dziś, choć ostatnio dobre imię Ochotniczej Straży Pożarnej zostało zszargane.
Pomysł wydaje się genialny: tam, gdzie nie zdoła dotrzeć Państwowa Straż Pożarna, trzeba powołać specjalne, ochotnicze jednostki, które będą pilnowały, żeby żywioł nie spowodował za dużych zniszczeń. Ideę tę zaczęto realizować w Polsce bardzo dawno temu – najstarsze oddziały chwalą się dziś historią liczoną już nie w latach, ale w dekadach.
Ilustracja: Archiwum
Ochotnicza Straż Pożarna to służba, w szeregi której trafiają zwykli mieszkańcy polskich miast, miasteczek, a przede wszystkim – wsi. Otrzymują mundury, przechodzą odpowiednie szkolenie, a następnie zaczynają działać. Najważniejsza sprawa to przygotowanie odpowiedniego schematu alarmowego – systemu, dzięki któremu informacja o pożarze może trafić jak najszybciej do jak największej ilości strażaków. Kiedy dotrą do remizy, zaczynają działać – wsiadają do samochodu i jadą do pożaru. I najczęściej są tam dużo wcześniej niż zwykli strażacy, którzy musieli przecież dojechać z – czasem odległego – większego miasta. To właśnie dzięki nim wiele stodół, stajni, budynków gospodarczych czy mieszkalnych na polskich wsiach uniknęło tragicznego losu.
Ochotnicza Straż Pożarna jest na dodatek bardzo ważnym – czasem jedynym – ośrodkiem kultury na wsi. Strażacy chętnie organizują różnego rodzaju imprezy, a remiza staje się to klubem, to teatrem, to wreszcie salą objazdowego kina.
Jak widać, organizacja ta, wyrosła z jak najszczytniejszych korzeni, ma szlachetną tradycję i cieszy się dobrą sławą, mimo żartów i przytyków wobec strażaków-amatorów. Ostatnio pojawiło się jednak na niej kilka rys. Wiążą się one z kilkoma aferami, które wokół straży wybuchły w ciągu ostatnich kilku lat. Wykryto kilka przypadków podpaleń różnych obiektów na wsiach, których sprawcami byli właśnie strażacy-ochotnicy. Ci sami strażacy gasili potem zresztą bardzo ofiarnie podpalone przez siebie budynki.
Nie trzeba było daleko szukać przyczyn takiego – z pozoru paradoksalnego – zjawiska. Wyjaśnienie okazało się proste. Służba w Ochotniczej Straży Pożarnej, co do zasady, jest nieodpłatna. Ale są wyjątki. Za każdą akcję gaśniczą kilku z jej uczestników otrzymuje skromne wynagrodzenie (z formalnego punktu widzenia nie jest to zapłata, ale rekompensata za utracone zarobki, wypłacana pod warunkiem, że strażak na skutek włączenia się do akcji gaśniczej opuści swoje podstawowe stanowisko pracy). O tym, do czyjej kieszeni ma ono trafić, decyduje z reguły kolejność pojawiania się w remizie po ogłoszeniu alarmu. To zwykle groszowe kwoty – około 10 zł za godzinę – ale w niektórych, biedniejszych regionach kraju, nawet takie sumy godne są zainteresowania.
Ofiarą strażaków-podpalaczy padają zwykle stare, nieużywane i niepotrzebne nikomu budynki albo ustawione w dużej odległości od zabudowań stogi siana. Ale przestępstwo jest przestępstwem – za podpalenia złapanym strażakom grożą często wysokie kary pozbawienia wolności.
Jeszcze bardziej zawrotny pomysł, dotyczący działalności Ochotniczej Straży Pożarnej, wymyślił ostatnio Wojciech Smarzowski, reżyser filmu "Dom zły", który spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem publiczności na zakończonym niedawno Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jeden z pobocznych, choć bardzo ważnych dla przebiegu całej akcji, bohaterów, zakochany jest w żonie komendanta Ochotniczej Straży Pożarnej (rzecz dzieje się na początku lat 80-tych na zapadłej bieszczadzkiej prowincji). Aby móc się z nią swobodnie spotykać, dokonuje celowych podpaleń – wie bowiem, że mąż jego wybranki będzie uczestniczył w akcji gaśniczej, co da mu co najmniej kilka godzin spokoju z kochanką.
Te wszystkie historie o strażakach-podpalaczach i żarty o ochotnikach w strażackich mundurach to tylko drobna rysa na światłym obrazie tej ważnej, zwłaszcza z punktu widzenia polskiej wsi, organizacji.