Z hydraulikami jest nad Sekwaną mniej więcej tak, jak ze ślimakami, które trafiają na francuskie stoły w charakterze eleganckiej przystawki. Co drugi jest Polakiem.
Podobnie jest z budowlańcami w Norwegii, opiekunkami we Włoszech, kelnerkami w Londynie i personelem firm sprzątających za naszą zachodnią, teraz już tylko wirtualną granicą. Statystyki zatrudnienia rodaków w Unii Europejskiej nie pozostawiają wątpliwości, że naszym najlepiej sprzedającym się towarem eksportowym wcale nie jest Wyborowa, jak twierdzą niektórzy, ani nawet nie węgiel kamienny, żywiec wieprzowy, jabłka czy pieczarki, tylko siła robocza. Jak przed stuleciem, kiedy góral ze słynnej – zwłaszcza w okolicach Chicago – piosenki biesiadnej wybierał się na emigrację zarobkową, za ocean. Teraz miejsce górala – symbolu Polonii w Ameryce – zajął przystojny młodzian w błękitnym kombinezonie roboczym, który wymachując kluczem (skądinąd francuskim) z plakatów rozlepionych na paryskich ulicach zachęca Francuzów do przyjazdu do Polski – ojczyzny najlepszych w Europie hydraulików.
Ale słyniemy w Unii nie tylko z fachowców od instalacji wod-kan. i c.o. W Wielkiej Brytanii w najwyższej cenie są polscy kierowcy oraz... lekarze. Podobnie jak w Norwegii, gdzie stanowią już bodaj 14 procent całego tamtejszego personelu medycznego. W Niemczech doskonałą opinią cieszą się polscy pracownicy sektora usług porządkowych (no dobrze, sprzątaczki i pokojowe) oraz opiekunki, w której to roli często zatrudniają się u zachodniego sąsiada nasze dyplomowane pielęgniarki. W tej samej roli średni personel medyczny pracuje też masowo we Włoszech. W Szwecji i Norwegii z pocałowaniem ręki znajdują zatrudnienie polscy rybacy. W Grecji i na Cyprze – personel hotelowy. Lista unijnych potrzeb jest zresztą znacznie dłuższa. Kto wie, czy nawet nie bardziej niż nasze możliwości.
Zdjęcie: Archiwum
Jak wynika z danych GUS, zatrudnienie w Unii znajduje jeden na dziesięciu pracujących Polaków. Nieoficjalnie jest ich tam pewnie znacznie więcej. Ile dokładnie, nikt dotąd nie policzył. Wiadomo jednak, że przy dorywczych pracach w rolnictwie, zwłaszcza w Niemczech i w Norwegii, rodaków jest znacznie więcej niż polskich ślimaków we Francji; nasza siła robocza wypełnia bowiem 90 procent wszystkich unijnych kontraktów krótkoterminowych. Czyli, że na polach szparagów i plantacjach truskawek dziewięcioro na każdą dziesiątkę pracowników, to nasi rodacy.
Geograficznie, transfer fachowców kształtuje się podobnie jak eksport naszych innych dóbr i usług, którego największym odbiorcą są Niemcy. W ciągu minionej dekady pracowało tam 46,4 procent wszystkich rodaków wyjeżdżających z kraju za chlebem. Drugi w kolejności kierunek emigracji zarobkowej stanowi – znów podobnie jak w eksporcie rolno-spożywczym – Wielka Brytania (niemal 15 procent siły roboczej). Później – Holandia, Francja oraz (ciągle) Stany Zjednoczone.
Panów wyjeżdża na saksy dwa razy więcej niż pań. Przeważają młodzi, w wieku od 25 do 34 lat. Co piąty z nich ma dyplom wyższej uczelni. Ale w zawodzie znajdują za granicą zatrudnienie głównie informatycy. No i jeszcze lekarze. Warunkiem jest oczywiście znajomość języka. Z danych CBOS wynika, że większość wyjeżdżających za pracą znajduje zatrudnienie jako średni personel techniczny (17,6 proc.), robotnicy najemni w rolnictwie (17,5 proc.), robotnicy wykwalifikowani (16,8 proc.) oraz... lekarze (14,4 proc.). Więcej niż medyków jest jednak za granicą rodzimych biznesmenów, czyli właścicieli firm. Z tym, że jest to kategoria nad wyraz pojemna. W Niemczech większość podobnych podmiotów gospodarczych jest nimi tylko z nazwy. Rejestracja działalności pozwala po prostu uzyskać prawo do legalnego zatrudnienia. Tak właśnie czyni większość pań zatrudnionych za naszą byłą zachodnią granicą jako sprzątaczki oraz robotników budowlanych. Nagły wzrost przedsiębiorczości naszych rodaków bierze się zatem nie tyle z naturalnych, ujawnionych na obczyźnie talentów biznesowych, ile z prostej kalkulacji.
No ale mniejsza o to. Ważniejsze jest bowiem co innego. Otóż masowa emigracja zarobkowa Polaków do krajów Unii dowiodła, że polscy budowlańcy i sprzątaczki to nasz najlepszy produkt eksportowy, znany w Europie bardziej niż Wyborowa, krakowska sucha i korniszony.
| Komentarze: | |
Name: Gdynianin_NJ | Date: 2009-10-10 13:16:57 |
Wymachując kluczem (skądinąd francuskim). Panie Janie te klucze u nas w Gdyni nazywano w stoczni Szwedami. | |
Name: /z netu/ | Date: 2009-10-11 00:14:45 |
...chyba jakis francuz spadl Gdynianinowi na czupryne, kiedy wszedzie widzi Janow, nie Marianow... | |
Name: Heraldek | Date: 2009-10-11 06:52:03 |
A Polka potrafi nawet wiecej... | |
Name: znawca kluczy | Date: 2009-10-11 15:42:11 |
Szwedy sa troche inne co sie panu pokrecilo.Fracuz zawsze byl francuz. | |