Bookmark and Share

Drogie zdrowie

Autor: Marian Polak
2009-09-28
Foto: Archiwum

"Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz" – proroczo napisał dawno temu jeden sławny poeta.

Gdyby znał dzisiejszą sytuację szpitali nad Wisłą, zamiast "smakujesz" pewnie użyłby raczej słowa "kosztujesz". Pewnie już niedługo przyjdzie to zresztą rodakom sprawdzić na własnej skórze. Polski prawdopodobnie nie ominie ciężka operacja pod nazwą "prywatyzacja służby zdrowia".
Przekonanie wynikające z życiowego doświadczenia każe nam sądzić, że prywatne jest lepsze od publicznego. A już znacząco lepsza od publicznej (znaczy – niczyjej) jest własność prywatna.
Argumenty "za" taką własnością, zwłaszcza w biznesie, są powszechnie znane, bo wiadomo, że nic nie motywuje ludzi do pracy bardziej, niż pragnienie zysku, a nikt nie dopilnuje interesu tak, jak jego właściciel. I to jest – generalnie – prawda.
Tyle tylko, że w ciągu kilku minionych dziesięcioleci kapitalizm się nam zliberalizował, a nawet zneoliberalizował. Teraz wielkie firmy należą do anonimowych akcjonariuszy, czyli "do wszystkich". Natomiast interesami kierują wynajęci menedżerowie, których bardziej od przyszłości korporacji, a już zwłaszcza od racjonalizacji jej wydatków, interesują własne kontrakty (już ustaliliśmy przecież, że człowiek najbardziej efektywnie pracuje dla pieniędzy). W takim wydaniu prywatne, niestety, nie zawsze różni się od publicznego. A jeśli już, to czasami na gorsze.
Tak właśnie wygląda podstawowe zastrzeżenie, jakie podnoszą w Polsce przeciwnicy prywatyzacji rodzimej służby zdrowia. Zwłaszcza szpitali. Jeśli przejdą w prywatne ręce – argumentują – to staną się przedsiębiorstwami zmierzającymi, jak wszystkie inne przedsiębiorstwa, do maksymalizacji zysku. Opowieści o dobrze pojętym interesie pacjentów można zaś między bajki włożyć. Przecież narażanie interesów firmy w imię wartości innych, niż ekonomiczne grozi procesem o działanie na szkodę spółki.
Nie ma natomiast bodaj nikogo, kto by zaprzeczał, że w polskiej służbie zdrowia niezbędna jest jakaś szybka, mądra i skuteczna reforma, bo jeszcze chwila i aktualny, niewydolny system opieki medycznej (ciągle publicznej) załamie się pod własnym ciężarem.
Temat jest ogromny. Napisano już w tej sprawie dziesiątki poważnych raportów. Sprawą zajmowały się kolejne komisje sejmowe, złożone z ekonomistów, polityków i lekarzy. Stworzono liczne projekty ustaw. Wypowiedzieli się fachowcy. I – niestety – nadal nie wiadomo, prywatyzować, czy jednak nie prywatyzować.
Ci, którzy są za oddaniem wszystkiego, włącznie ze szpitalami, w prywatne ręce, motywują swój pomysł przekonaniem, że prywatne... i tak dalej.
Przeciwnicy prywatyzacji mówią dokładnie to samo. Tyle że dla nich jest to argument za utrzymaniem publicznej własności służby zdrowia. Dane ekonomiczne i medyczne pozostają dla obu stron te same. Cóż – w końcu są to liczby, a te są zazwyczaj obiektywne. Tak więc podejście do kwestii prywatyzacji pielęgniarek, łóżek szpitalnych, pacjentów i strzykawek musi zależeć od czegoś całkiem innego niż ekonomia i deontologia lekarska. Czyżby to była ideologia?
W wymianie argumentów między przeciwnikami i zwolennikami prywatyzacji leczenia pada na przykład argument rachunku kosztów. Że jak przyjdzie prywatny właściciel, to wykorzysta racjonalnie sprzęt i personel medyczny. Nie będzie pustych łóżek. Zamknie się nierentowne oddziały. Skróci się średni czas pobytu pacjenta w szpitalu i obniżą koszty jego obsługi. W tej chwili dyrektorów szpitali rozlicza się z tych wszystkich "nadwymiarowych" kosztów, nie dając żadnych możliwości oszczędzania. Po prywatyzacji to się na pewno zmieni. Skończy się marnowanie pieniędzy. Będzie więcej funduszy na przyzwoite leczenie.
W teorii. W praktyce, te porządki mogą – owszem – przysporzyć zysków nowym właścicielom (pracuje się dla zysku), wcale nie jest jednak powiedziane, że wpłyną na poprawę warunków leczenia. To po pierwsze. Po drugie zaś, nie bardzo wiadomo, jak na reformach wyjdą pacjenci. Zamknie się nierentowne oddziały w małych szpitalach? Zaoszczędzi właściciel. Za to rodzina ciężko chorego dzieciaka będzie się musiała telepać autobusem do kliniki kilkadziesiąt kilometrów w jedną stronę. Kto za to zapłaci? Pacjent oczywiście. Sprzęt stoi niewykorzystany? A stoi, bo na badania nie ma pieniędzy od państwowego płatnika. Kogo stać, ten już dzisiaj na nic nie czeka. Racjonalizacja długości pobytu w szpitalu? Już się to robi. Do domu ludzie wychodzą więc w drugim-trzecim dniu po poważnych zabiegach, i trzeba im potem zorganizować (prywatnie) kontynuację terapii.  A – ciągle państwowe przecież – placówki medyczne jak mogą, tak usiłują się pozbyć pacjentów z "drogimi" schorzeniami, bo ich leczenie zanadto obciąża szpitalne kasy. Można by to wszystko zracjonalizować. Ale wieść gminna głosi, że ten bałagan to celowe działanie, które ma uzasadnić "odspołecznienie" służby zdrowia.
Jeśli oszczędzanie na zdrowiu tak właśnie wygląda w publicznej praktyce, to strach pomyśleć, co się będzie działo po ewentualnej prywatyzacji. Przecież wówczas do podziału skromnych środków włączy się jeszcze jeden pośrednik – właściciel. Albo nawet dwóch, bo mówi się też o prywatnych ubezpieczycielach. Tymczasem jak one działają, wie każdy, kto zdążył sobie wykupić prywatną polisę emerytalną...
Prywatny system ochrony zdrowia od lat funkcjonuje w Ameryce. Już więc wiadomo, że jest to najkosztowniejszy, ale wcale nie najlepszy (w porównaniu choćby z Kanadą czy Niemcami) z modeli ochrony zdrowia w cywilizowanym świecie.
Czego, w takim razie, brakuje, żeby przywrócić polskiej służbie zdrowia przyzwoite standardy? Otóż – zdaje się – nie tyle kolejnego reformowania systemu i zmian w prawie własności, co po prostu pieniędzy. Tych zaś nie przybędzie od majstrowania przy ustawie zdrowotnej. Trzeba ich dołożyć. I to chyba nie z kieszeni pacjentów, którzy jakby mieli za co, to już dawno poszliby się leczyć do klinik prywatnych, których teraz w Polsce nie brakuje. Więc skąd? Cóż, pewnie z budżetu. Postęp medycyny – niestety – kosztuje. Z drugiej strony, czy jest coś ważniejszego (i cenniejszego) od ludzkiego zdrowia i życia? Każdego życia, nawet takiego, którego właściciela nie stać na przyzwoite ubezpieczenie?
Można by na to zaoszczędzić na wydatkach z budżetu na cele, o których nic nie wspominał nasz słynny poeta.



Komentarze:

Name: byly student pani Eli

Date: 2009-09-29 04:10:35

Z artykulu - "Prywatny system ochrony zdrowia od lat funkcjonuje w Ameryce. Już więc wiadomo, że jest to najkosztowniejszy, ale wcale nie najlepszy (w porównaniu choćby z Kanadą czy Niemcami) z modeli ochrony zdrowia w cywilizowanym świecie." Nie wiem jakimi motywami kieruje sie autor podajac powyzsza informacje. W zwiazku z tym mam do niego nastepujace pytanie: skoro system ameryknaski jest taki zly, to dlaczego Kanada rozwaza jego czesciowa prywatyzac u siebie, hmm? Tam czeka sie rok czasu na wizyte u specjalisty i nastepne poltora roku na ewentualna operacje po takowej wizycie. Dlatego wielu Kanadyjczykow przyjezdza do Ameryki na zabiegi, bo tutaj nie musza tak dlugo na nia czekac. Oczywiscie, operacje sa kosztowne, ale jesli sie na nie zdecyduje, to mozna ich koszt pozniej splacac na raty, ale juz w lepszym samopoczuciu. (http://bylystudentpanieli.blogspot.com/2009/09/kanada-rozwaza-prywatyzacje-czesci.html)

Name: byly student pani Eli

Date: 2009-09-29 04:11:17

Jesli chodzi o Niemcy, to o ile jakosc opieki jest bardzo dobra i dostepna dla wszystkich, to jest tez jedna z najbardziej kosztownych na swiecie. Wszystkie zabiegi musza byc oplacone przez pacjenta lub jego ubezpieczenie. Ubezpieczenie jest tam obowiazkowe od 2007 roku i ma dwie formy: panstwowe (14% dochodu) lub prywatne, ktorego wysokosc uzalezniona jest od wieku i stanu zdrowia. (http://www.justlanded.com/english/Germany/Germany-Guide/Health/Introduction)

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc