Ponad milion foreclosures w ciągu kilku minionych miesięcy dowodzi, że ktoś ukradł Amerykanom ich Marzenie. Ktoś zwinął im sen o dobrobycie, na jawie materializujący się w postaci dostępnego dla każdego domku z ogródkiem na przedmieściach.
W tej sytuacji nic bardziej oczywistego niż pytanie: Who stole the Dream?, które słychać teraz od Alaski po Florydę. Kto odpowiada za brutalne przebudzenie?
Oficjalnej odpowiedzi wciąż nie znamy, bowiem ustawa w sprawie powołania specjalnej komisji rządowej do ustalenia (i przykładnego ukarania) winnych, przyjęta przez Kongres w maju tego roku, ciągle czeka na podpis prezydenta Obamy. Ale nie znaczy to wcale, że politycy, ekonomiści, publicyści i wreszcie zwyczajni Amerykanie, czekając na decyzje Białego Domu, poniechali swoich prywatnych łowów na kryzysowe czarownice.
Co wiadomo o złodzieju Amerykańskiego Snu? Po pierwsze, że jest to "biały człowiek o niebieskich oczach", co wynika z portretu pamięciowego stworzonego przez przywódcę Wenezueli Hugo Chaveza. Po drugie, jest to absolwent amerykańskiego uniwersytetu z dyplomem MBA. Takie wnioski wyciągnięto z debaty zorganizowanej w grudniu 2008 przez tygodnik "Business Week".
W tej sytuacji winnym nie może być wyłącznie Alan Greenspan, wieloletni szef Rezerwy Federalnej. Mimo że sam się przyznał. Raz – nie ma błękitnych oczu. Dwa – nie posiada dyplomu MBA. Toteż – po trzecie – następnym podejrzanym, tym razem zbiorowym, jest cała klasa ekspercka – fachowcy od finansów, bankowcy i ekonomiści.
Ci pierwsi – bo stworzyli zdradliwe "instrumenty finansowe", czyli zajmowali się produkcją fałszywych pieniędzy, drudzy – bo upychali lewą kasę w podejrzanych kredytach, głównie hipotecznych, a trzeci, czyli audytorzy i komentatorzy sytuacji gospodarczej, bowiem zapewniali naiwnych klientów, pożyczkobiorców i konsumentów, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. A potem nagle nastąpiło brutalne przebudzenie.
No dobrze, winni są – in corpora – ekonomiści, nie tylko ci z dyplomami MBA, choć oni jakby najbardziej. Niemniej jednak nie są oni przecież, a przynajmniej nie wszyscy, bandą chciwych idiotów i niepomnych jutra utracjuszy. Dlaczego więc pożyczali, tak bez sensu, wirtualne pieniądze?
Zdjęcie: Archiwum
W ten sposób dochodzimy do kolejnej grupy winowajców, jakimi są – en masse – amerykańscy politycy. To oni zdecydowali o uwolnieniu instytucji finansowych najpierw spod kontroli społecznej, a potem spod reżimu zdrowego rozsądku, tworząc okazję, która – jak wiadomo – czyni złodzieja. W zamian oplątali instytucje finansowe gorsetem serwitutów politycznych. Jednym z nich były ustawy antydyskryminacyjne, wymuszające pożyczanie pieniędzy "upośledzonym ekonomicznie mniejszościom", prowadzące w konsekwencji do dramatycznego wzrostu liczby pożyczek nazywanych NINJA (od "no income, no job, no assets"). W jaki sposób bezrobotny bez zawodu i innego majątku trwałego miałby spłacać systematycznie dom za kilkaset tysięcy dolarów? A, tego to już politycy bankom akurat nie powiedzieli. Dali im za to – na dobry początek – wielomiliardowe dofinansowanie z kasy państwowej, czyli wysokie "pożyczki" na jeden procent rocznie. Głupi by nie skorzystał. Potem jednak zaczęła się wojna z Irakiem o demokrację (przez defetystów nazywana "wojną o ropę"), a wraz z wojną zaczęły się kłopoty...
Czyli jednak Sen ukradli Amerykanom nie tyle ekonomiści na czele z Alanem Greenspanem, co wybrani jak najbardziej demokratycznie amerykańscy politycy.
Ale przecież nikt nie zmuszał zwykłego Johna Kowalsky’ego do zadłużania się ponad stan...Czyli, że tak naprawdę to Marzenie ukradli prostym ludziom nie finansiści, nie bankowcy i nie politycy, tylko zwykli Amerykanie. Sami sobie. A nakłoniła ich do tego chciwość i największy z demonów naszych czasów – konsumpcjonizm. To on popychał wyrzucanych dzisiaj na bruk bankrutów do zadłużania się po kokardę, na kwoty, jakich nie byliby w stanie spłacić nawet w następnym życiu.
Wciąż jednak pozostaje otwarte jeszcze ważniejsze pytanie. Dlaczego te miliony obywateli nie mogły zapłacić za Sen z realnych oszczędności? Przecież USA posiada, a raczej posiadało do niedawna, najlepiej funkcjonującą gospodarkę i jeden z najwyższych PKB na świecie. I jedną z najniższych stóp bezrobocia. Czemu więc ciężko pracujący John Kowalsky, żeby kupić sobie tekturowy domek z ogródkiem wielkości chustki do nosa, musi zadłużyć się na całe życie? Czy to tylko chciwość? Niekoniecznie.
Bo to także wprowadzony w amerykańską codzienność neoliberalizm. I w ten oto sposób wracamy do amerykańskich polityków, bowiem za wymienionym wyżej terminem kryje się doktryna, wedle której rządziła przez ostatnie ćwierć wieku Partia Republikańska (trzeba zresztą przyznać, że z dużą pomocą demokratów). Rządziła tak, że w tej chwili USA przewodzi w światowych statystkach rozwarstwienia społecznego, a ponad 90 procent amerykańskich dóbr trwałych, zasobów finansowych i środków produkcji przeszło w ręce mniej niż 10 procent obywateli. Jak zaś sfinansować względny spokój społeczny, kiedy większość dochodów z gospodarki trafia do kieszeni elit? Na kredyt, oczywiście.
Chociaż więc aktualna płaca realna Johna Kowalsky’ego zmniejszyła się w porównaniu w epoką New Dealu, a klasa średnia jest w tej chwili znacznie biedniejsza niż przed pół wiekiem, John nic nie zauważył. Przynajmniej dopóki dostawał bez gadania pożyczkę hipoteczną i kolejne karty kredytowe.
Tak więc, niezależnie od tego, co ostatecznie ustali komisja Kongresu, Dream odebrali Amerykanom inni Amerykanie. I to wcale nie teraz, tylko znacznie wcześniej, bo już w chwili, kiedy zamiast dzielić się dobrobytem bardziej racjonalnie, skłonili większość nieświadomych niczego współobywateli do kupowania pigułek nasennych na kredyt. Teraz grozi im wszystkim chroniczna bezsenność.