Kiedy moi redakcyjni koledzy rozpakowywali kanapki z polskim serem odtłuszczonym i wyskrobywali łyżeczką niskocukrowe jogurciki, ja udałem się na swój lunch na miasto. W okolicznym barze zamówiłem to, co zawsze: podwójną szkocką. Dialog ze starym barmanem też był taki, jak zawsze: – Chcesz wodę na popitkę? – No wiesz co... przecież rozmawiasz z zawodowcem! Przyznanie się, że w godzinach pracy, zamiast zjeść zdrowiutką marcheweczkę i niedrogą warzywną zupkę, wlałem w siebie wódę, dyskredytuje mnie do końca w oczach kolegów, ogółu czytelników, polskiego kleru oraz Kongresu Polonii Amerykańskiej. To tak, jakbym wymknął się do okolicznego porno shopu i zamknął się tam w kabince. Albo jakbym od dilera stojącego pod dworcem autobusowym kupił sobie porcyjkę cracku. Bo mało, że piłem, to jeszcze w biały dzień. Chyba nawet brakowało paru minut do południa! – No, no, wcześnie zaczynasz... ja tak wcześnie nie piję... Chwileczkę... a gdzie jest napisane, że pić wolno od popołudnia, a jak najbardziej okey jest robić to wieczorem? Że można w towarzystwie, ale samemu (do lustra!) to patologia? Że wolno do posiłku, a bez niego to już pijaństwo. Że wino jest szlachetne, a okowita to tylko trunek dla podwórkowego moczymordy. Kto to wszystko wymyśla, kodyfikuje, orzeka? Doszliśmy do szczytu obłudy, pozwalając sobie wypić kieliszek czerwonego wina tylko dlatego, że... obniża rzekomo cholesterol. Nawet więc tę przyjemność racjonalizujemy i obrzydzamy, traktując trunek jak lekarstwo. Spodziewana reakcja na moje spożycie w południe podwójnej whisky tylko utwierdzi mnie w mniemaniu o coraz bardziej purytańskiej mentalności tutejszego społeczeństwa. Pamiętam, że jeszcze 10-15 lat temu powszechne było picie alkoholu podczas biznesowych lunchów. Sławetnych martini lunches, po których – zawiani, w euforii po zrobieniu interesu – mężczyźni wracali do biur i kontynuowali pracę, jakby nigdy nic. Gdyż ubijaniu interesów – tej subtelnej grze uwodzenia, aby wyciągnąć pieniądze – zawsze towarzyszyła biesiada. Dziś kontrahent prosi o wodę (a zamiast steka zamawia sałatkę z aruguli). Zamówienie w tej sytuacji piwa niczego wprawdzie nie przekreśla, ale stawia nas w rokowaniach w pozycji słabszego, mniej wyrafinowanego i mniej profesjonalnego – bo gorzej się kontrolującego – przeciwnika.
Zdjęcie: Jan Latus
Bar Lufa w Krakowie
Na tych łamach pisuję ciepło o spożywaniu alkoholu. Temat to drażliwy, Polacy znani są bowiem z nadmiernego picia, które często przeradza się w problem osobisty (alkoholizm) oraz społeczny (przemoc w rodzinie, rozwody, niemożność utrzymania pracy). Ja jednak nie widzę związku między problemem społecznym 10 tysięcy robotników budowlanych, którzy lubią się schlać przy sobocie wódą z dżusem, a moim codziennym popijaniem scotch single malt. Nie sądzę, abym stał się dla nich wzorem do naśladowania – i vice versa. Już nigdzie nie wolno palić (akurat nie palę, ale zżymam się na tępienie palaczy). Palenie – mniej szkodliwej od papierosów i mniej uzależniającej – marihuany jest traktowane jak zbrodnia. Picie alkoholu jest tolerowane jako wstydliwe zajęcie wieczorem w domowej samotni, odreagowanie dnia spędzonego na intensywnych, świadomych działaniach na rzecz osobistej kariery. Ciągle było i jest inaczej w wielu krajach, choć amerykański purytanizm i – w ogólności – biznesowe, pragmatyczne pojmowanie życia zatacza coraz szersze kręgi. W książce "The Joy of Drinking" Barbara Holland stwierdza, że ludzkość przez znaczną część dziejów była na bani. Autorka przedrukowuje długą listę alkoholi, które spożyli Ojcowie Narodu opracowując zręby Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Pisze też, że rolnicy w zimie zapijali się po chałupach, a w czasie żniw pili też – alkohol był im przydzielany przez panów. Zwyczaj picia dotyczył też mnichów, marynarzy i piratów, żołnierzy i generałów, dworów królewskich, dzikusów z dżungli amazońskiej i Polinezji. Człowiek zawsze próbował się pocieszyć i oderwać od rzeczywistości jedząc, pijąc, połykając, paląc różne substancje zmieniające jego sposób myślenia. Aby docenić hedonistyczne uroki popijania, sięgnijmy po opowieści podróżnicze Billa Brysona albo opisujące współczesną Francję książki Anglików Petera Mayle'a i Stephena Clarke'a. Ten ostatni relacjonuje, jak to policjanci spisujący wypadek drogowy dali się zaprosić do domu poszkodowanego na aperitif. Spróbujmy sobie wyobrazić bohaterów serialu "Law & Order", którzy nie odmawiają kieliszeczka w domu potencjalnego sprawcy przestępstwa! Winka czy aperitifu nie żałują sobie Francuzi od rana, czy to pracują na poczcie, czy w biurze. (Jeszcze raz: skąd ten przesąd, że można tylko wieczorem?). Ktoś powie, że pochwalam alkoholowy stupor. Do stuporu tu daleko. Nigdy nie lubiłem (kto zresztą lubi) doprowadzać się do stanu pomroczności jasnej, trudnych powrotów do domu, głupstw wypowiedzianych i zrobionych, nieoczekiwanych wydatków, strasznego kaca. Ale przecież istnieje środek między abstynencją a zachlewaniem się na śmierć. Ten środek to cudowna mgiełka, która – gdy wypiję whisky – zasnuwa się między mną a: Nowym Jorkiem; spożywającą zupki z proszku tanią redakcją; rzeczywistością. Co złego w takim błogim dystansie? Czy również fizycznie nie czujemy się wtedy lepiej niż gdy, na trzeźwo, z wielkim przejęciem, wsłuchujemy się w swój organizm, analizujemy choroby, męczymy ciało forsownymi ćwiczeniami, odmawiamy sobie stu niezdrowych produktów, a pozostałe dwadzieścia jemy z poczuciem winy? Powtórzę (dla Polonii staram się pisać jasno): moim wzorem nie jest leżący na trotuarze pijany Polak czy Rosjanin. Ale nie jest nim również robot korporacyjny płci obojętnej, który obsesyjnie kontroluje swoje ciało, dietę, zachowanie, myśli, postrzeganie rzeczywistości. Bliższe mi są argentyńskie kawiarnie, gdzie pije się koniak i pali papierosy, włoskie popijanie na tarasie wina do pomidorów z mozzarellą, hiszpańskie biesiadowanie do później nocy. Szkoda, że poważna i pryncypialna – dzierżąca w ręku kajdanki, paragrafy i wilcze bilety w pracy – mniejszość nie pozwala nam być szczęśliwszymi. A wszystko to dlatego, że owa mniejszość swoje preferencje zdrowotne uczyniła szybko moralnymi nakazami, których złamanie najpierw było w złym tonie, potem stało się naganne, a w końcu – ścigane przez prawo. Kto im dał do tego prawo?