Bookmark and Share

Kartki ze skażonej strefy

Autor: EWA BERBERYUSZ
2010-02-05
Grafika - Janusz Kapusta

"Tusku, musisz!" - ten okrzyk Janiny Paradowskiej pojawił się przed czterema laty w Polityce. Dziś jest nieaktualny.

Donald Tusk miał taką przewagę nad innymi kandydatami, że żadnego rywala bać się nie musiał.

W poprzednich wyborach przegrał z Lechem Kaczyńskim o włos. Dziś obaw nie było. Byliśmy przekonani, że będziemy wreszcie mieć w pałacu godnego reprezentanta.

I oto nagle podano, że Tusk zamierza wygłosić oświadczenie dotyczące wyborów prezydenckich. Teraz? Przed kampanią? Po co?

Otworzyliśmy oczy i uszy. Wszystko inne poszło w kąt. Zebrani przed telewizorami, słuchaliśmy. Są mądrale, którzy mówią, że zanim przemówił - już wiedzieli. Dlaczego? Bo przyszedł nie w czarnym, ale w szarym garniturze. I mieli rację. Gdyby chodziło o prezydenturę, wystąpiłby uroczyście. Premier jednak oświadczył, że nie zamierza ubiegać się o ten urząd, który tym razem - wobec przewagi nad innymi kandydatami - miał w kieszeni. Zamierza pozostać premierem.

Doszedł do wniosku, że ważniejsze jest, "co stanowi istotę w polityce: zdolność przekraczania tej smugi cienia, która rozgranicza to, co agresywne, od tego, że organizujemy się i działamy w celu, żeby zrobić coś pożytecznego".

Mówił: "Polityka jest sztuką wygrywania. Jednak ja nie widziałem potrzeby odwetu. Pokusa, żeby się zrewanżować, nie odgrywała żadnej roli".

Wierzę mu: czyż nie lepiej budować niż się mścić? Ujmując rzecz w wielkim skrócie: Tusk woli być "kanclerzem" niż "królową angielską". Mniej splendorów, więcej władzy. Tym bardziej że przez pryzmat światowego kryzysu, Polska nie wygląda najgorzej. Jakoś się trzyma. Wręcz lepiej od innych zachodnich potęg.

NO I MAMY PREMIERA do roboty. Postawił ją ponad splendory i prestiż.

Prawdę powiedziawszy, nie był to grom z jasnego nieba. Znając go, wielu się spodziewało, że tak będzie, niezależnie, jaki kolor garnituru miał na sobie.

Chociaż jego adwersarze z Prawa i Sprawiedliwości, ci najbardziej zaciekli - interpretują wybór Tuska inaczej: wreszcie przestanie się budzić rano zlany potem z wizją, że znów przegra...

Sami nie wierzą w to, co mówią. Wiedzą, że są na straconej pozycji. Sondaże plasują Lecha Kaczyńskiego żenująco nisko. Wątpię, czy będzie ubiegał się o reelekcję. Nie tylko Tusk, ale i inni by go pokonali.

Deliberujemy sobie po domach, kogo też Platforma wystawi na prezydenta. Możliwości jest sporo: najczęściej pojawiają się nazwiska Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. Obaj się nadają, chociaż każdy ma inne zalety. A może udałoby się jeszcze przywołać z pieleszy Puszczy Białowieskiej Włodzimierza Cimoszewicza i zaprosić do gry? Byłby świetny, ale na razie nie chce opuszczać żubrów. Jest jeszcze inny niezły kandydat, wspaniałe panisko, Andrzej Olechowski, który nieśmiało wskazuje ze swego dworku na warszawskiej Sadybie na siebie. Wszyscy pierwszorzędni. Brać i przebrać.

Dziękuję Bogu, że dożyłam tej chwili! A iluż z mojego pokolenia było przeświadczonych, że umrzemy w komunie! Ja też.

SZEF CENTRALNEGO BIURA ANTYKORUPCYJNEGO Mariusz Kamiński doniósł premierowi, że dwaj jego współpracownicy, Zbigniew Chlebowski, szef klubu parlamentarnego PO, oraz Mirosław Drzewiecki, minister sportu, są w zmowie z królem gier hazardowych w Polsce, wszystkich "jednorękich bandytów", których przybywa na każdym rogu, multimilionerem Ryszardem Sobiesiakiem. Mieli mu obiecać, że w projektowanej, nowej ustawie hazardowej nie dopuszczą do zapisu podnoszącego podatki z automatów do gier. Kamiński, postać na wskroś polityczna, związana silnie z PiS-em (dziwiono się, że Tusk nie wyrzucił go zaraz po objęciu władzy), otóż tenże Kamiński nie powinien iść z donosem do premiera, ale do prokuratury. Każde inne działanie stawiało premiera w niekorzystnej sytuacji: albo premier nie zawiadamia prokuratury, nie dysponując twardymi dowodami przestępstwa i naraża się na zarzut współuczestnictwa, albo stara się wyjaśnić sprawę i staje pod zarzutem ostrzeżenia partyjnych kolegów. Klasyczna polityczna pułapka zastawiona przez służby specjalne.

Kamiński nie krył swoich intencji, zeznając przed komisją, że chciał poddać premiera swoistemu testowi. Szef służby specjalnej poddaje swego bezpośredniego przełożonego, premiera swojego kraju, "swoistemu testowi". Tego jeszcze chyba w światowej historii służb specjalnych nie było.

Teraz toczą się relacjonowane przez media przesłuchania mające wyjaśnić całą tę aferę. Mówiłam, że ubóstwiam przesłuchania, kiedy nie są grzeczne. A te nie są.

Nie mogę odżałować, że wystąpienie Donalda Tuska "przykryło" przesłuchanie ministra Drzewieckiego. Pocieszam się, że przesłuchań będzie więcej, bo w aferę hazardową zamieszanych jest sporo osób. Aferę?! Przesadzam. Dzisiaj już wiadomo, że nikt nie wziął łapówki, więc o korupcji nie może być mowy, ale jak zeznał przed komisją sejmową tenże Drzewiecki, zdarzało mu się jako ministrowi podpisywać pisma, których nie czytał. Na jego obronę mogę powiedzieć tylko to, że biurokracja u nas nie zmalała. Wprost przeciwnie. Nie sposób czytać wszystko, co podsuwają urzędnicy. A że wysocy urzędnicy państwowi zadawali się z multimilionerem, który ich o coś prosił, a oni przyrzekali - cóż, swoisty snobizm.

LUBIĘ TELEWIZJĘ. Zwłaszcza tę nastawioną na politykę. Razi mnie tylko jedno: pęd na młodość. Wszędzie! Starych ludzi pokazuje się tylko wtedy, kiedy katuje ich personel w domach opieki. A przecież odbiorcami telewizji bywają w znakomitej większości ludzie starzy! O 60-latkach mówi się "staruszka". Więc jak określić dziewięćdziesiątki?! A coraz ich więcej. I to w niezłej formie.

ZIMA UDERZYŁA. Wszystkie enuncjacje o ociepleniu planety należałoby spalić. Niech się pod ziemię schowają dostojni głosiciele tego rodzaju bredni. Od ciepła nikt nie umarł, ale od zimna - miliony. Dzienniki przynoszą doniesienia o zamarzniętych na śmierć ludziach. W setkach. Ulice nie do przebycia, pasażerowie uwięzieni w stojących w polu pociągach. Wsie zamurowane śniegiem. Zima nie odpuszcza.

Normalna rzecz. Wiele takich zim przeżyłam. W zimie 1939/40 byłam o krok od amputacji dłoni. Smarowano mi je naftą, moczono w siuśkach - nic. Palce ropiały. Aż zdesperowana mama zaryzykowała i poszła ze mną do szpitala dla Niemców (była dwujęzyczna.) Oni już mieli jakieś specyfiki dla swoich żołnierzy. Muszę przyznać: mnie pomogli.

CHWALĘ PREMIERA TUSKA i ten rząd, ale wstyd mi, że jednemu nie zaradzili: służbie zdrowia. W najmniejszym stopniu! Dantejskie sceny: chorzy ludzi tłoczący się w kolejce do specjalistów - wdzięczny temat dla malarza horrorów.

Procedura jest taka: najpierw trzeba zgłosić się do tzw. lekarza pierwszego kontaktu (też w kolejce od rana). Też czekanie w okienku na wyznaczenie terminu. I wreszcie gabinet, gdzie dostaje się skierowanie do specjalisty (czasem na drugim końcu miasta). No i tam w ścisku znów do okienka, gdzie dowiadujesz się, że specjalista przyjmie cię za pół roku. Często wtedy, kiedy już cię nie będzie na tym świecie.

Gdy byłam młodsza, odważałam się, napompowana wściekłością, na tę procedurę. Dziś już nie mogę. Bo chodzę z pomocą kijów - jak to mówią, nording walking; służą zarówno do szybszego poruszania się, jak i dla kalek. Ja należę do tej drugiej kategorii. Więc praktycznie tryb leczenia się w "służbie zdrowia" odpada.

Jeżeli już jestem przy kalekach, to muszę powiedzieć, że ortopedia u nas leży. Podnieśliśmy się nieco w leczeniu serca, na które jeszcze nie tak dawno młodzi mężczyźni padali jak muchy, ale nie przewidzieliśmy, że będziemy żyć dłużej. A w starości, choć serce jeszcze jakoś tam się tłucze, ale kości definitywnie murszeją. A ortopedów brak. Nawet prywatnych. Toteż ludzi kulawych, niekoniecznie starych, widzi się coraz więcej na ulicach. I postaci przygiętych do ziemi, jakich pamiętam sprzed wojny na polskich wsiach, jest też coraz więcej.

Lekarze prywatni, owszem są. Ale nie od kości. Zastępy internistów rosną wprost proporcjonalnie do honorariów. Do nich też są kolejki, ale zamawiane telefonicznie. Terminy krótkie. Siedzi się w poczekalni w przyzwoitych warunkach.

Specjalista zapisuje leki, ale nawet te refundowane (refundacja jest minimalna, lecz dla kogoś, kto ma minimalną emeryturę - liczy się). Więc albo trzeba za nie zapłacić w aptece bajońskie sumy, albo pójść do swojego lekarza pierwszego kontaktu i ten raczy - albo nie raczy - zapisać je na fundusz zdrowia; czytaj: nieco taniej.

JEDNAK NAJLEPIEJ MAJĄ SIĘ APTEKI. Dawniej na farmację młodzież szła wtedy, kiedy na nic innego nie mogła się dostać. Dziś aptekarze zarabiają kokosy. Ceny wyznaczają sobie różne. Na ogół wyjście z apteki kosztuje drożej niż prywatna wizyta u specjalisty. Jedno jest dobre: apteki mają piękne witryny. Naprawdę zdobią miasto. Nie kawiarnie, nie luksusowe sklepy, ale apteki są wizytówką miast. Gdy chcę sobie odpocząć, wchodzę do apteki, gdzie zawsze na boczku jest stolik, krzesełko i karafka z wodą. Polecam!

Polecam nie Państwu, którzy do kraju przyjedziecie z wizytą, ale naszym władzom. Donald Tusk w swoim programowym przemówieniu ani się o naszym zdrowiu nie zająknął. A szkoda.

Warszawa, 29 stycznia 2010 r.



Komentarze:

Name: Cecylia z Nowego Jorku

Date: 2010-02-05 00:16:08

Prosze Pani, najwazniejsze dla kazdego czlowieka jest zdrowie. A pod rzadami ukochanego przez Pania Tuska resort zdrowia "lezy na lopatkach". W tym wzgledzie tesknie za KOMUNA!!!

Name: awers

Date: 2010-02-05 03:59:34

KOMUNE to teraz masz, jest to POstkomuna, a ta Pani, jest jej orędowniczką. Oddelegowana do skażania naszej Polonijnej sfery.

Name: del toro

Date: 2010-02-05 13:55:48

Droga Ceylio,zamaist wypisywac glupoty wyemigruj na Kube. Wesolej podrozy.Drogu awersie. ta pani walczyla z komuna gdy byles w pieluchach.Ten "awers" to odwrotna strona zdrowego rozsadku?!

Name: awers

Date: 2010-02-05 19:43:20

Ten "awers" to awersja, mam awersję do Berberyuszy, Michników, Paradowskich, Tusków i reszty kolesiów.

Name: Cecylia z Nowego Jorku

Date: 2010-02-11 14:03:40

"awers" -tak trzymac!

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc