![]() Fot. Rafał Mielnik/Agencja Gazeta
Marek Krajewski (ur. 1966) pisarz, laureat Paszportu "Polityki", filolog klasyczny, specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego, były wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor cyklu kryminałów o Eberhardzie Mocku, radcy kryminalnym Prezydium Policji w przedwojennym Breslau. Na serię wydawaną od 1999 roku składa się dotychczas sześć tomów: Śmierć w Breslau, Koniec świata w Breslau, Widma w mieście Breslau, Festung Breslau, Dżuma w Breslau oraz najnowsza powieść Głowa Minotaura. W 2008 roku, wspólnie z Mariuszem Czubajem, rozpoczął nowy cykl, którego akcja dzieje się we współczesnym Gdańsku, a bohaterem jest nadkomisarz Jarosław Pater. Do tej pory ukazały się dwa tomy: Aleja samobójców i Róże cmentarne. Książki Marka Krajewskiego zostały przetłumaczone na 18 języków, w tym angielski, hiszpański, niemiecki, francuski, włoski i hebrajski. Jego powieści, zdaniem krytyków, nawiązują do tradycji czarnego kryminału i charakteryzują się dokładnym oddaniem topograficznych i historycznych realiów.
|
Co sprawiło, że akcję swojej pierwszej powieści "Śmierć w Breslau" osadził pan w przedwojennym Wrocławiu?
Moja miłość do tego miasta. Jeśli kogoś lub coś kochamy, to staramy się poznać przeszłość obiektu naszej miłości. Starałem się poznać przeszłość Wrocławia, a jednocześnie od dziecka lubiłem powieści kryminalne. Połączyłem zatem moje dwie fascynacje: Wrocławiem i kryminałem.
Początkowo powieść miała nosić tytuł "Skorpiony". Czy użycie w tytule niemieckiej nazwy miasta wywołało jakieś kontrowersje?
Nie, nie było większych kontrowersji, chociaż oczywiście świadom byłem zawartej w tytule prowokacji. Użyłem niemieckiego toponimu - niemieckiej nazwy miasta, chociaż przecież ma ono polską nazwę. To miało zainteresować czytelnika, zaintrygować go i zwabić. Zatem tytuł miał wymiar marketingowy.
Bohaterem pana kryminałów jest Eberhard Mock - nie jest to człowiek bez skazy. Lubi pan swojego komisarza?
Lubię, uważam, że dobrze jest, kiedy autor lubi swojego bohatera, ponieważ kiedy go lubi, to z sympatią przedstawia nawet jego złe cechy i to, co złe, nabiera innego zabarwienia. Czytelnik, czytając o złu, jakie wyrządza bohater, widzi, że jest tu odrobina sympatii w opisie. Innymi słowy, bohater staje się wielowymiarowy.
Niektórzy czytelnicy, którzy tak polubili radcę kryminalnego z Breslau, mogą być zaskoczeni - w pana najnowszej powieści "Głowie Minotaura" Mockowi wyrasta swoisty konkurent - polski policjant Edward Popielski.
Tak, mogą być zdziwieni, ale z tego, co słyszę na spotkaniach autorskich, z maili i wypowiedzi moich czytelników, Popielski też im się podoba. Zresztą jest on do Mocka podobny. Starałem się stworzyć bohatera, który przypomina postać już obdarzoną sympatią przez czytelników. Byłbym nierozsądny, chcąc wprowadzić nowego bohatera na zasadzie kontrastu. Po co eksperymentować? Jeśli ludzie lubią Eberharda Mocka, to polubią jego "brata bliźniaka", jakim jest Edward Popielski.
Czy to zwierciadlane odbicie?
Różnią się szczegółami. Mock ma żonę, ale nie ma dzieci. Popielski ma córkę, ale jest wdowcem. Różnią się wyglądem. Mock jest mężczyzną średniego wzrostu, raczej krępy, o gęstych, falujących włosach. Popielski natomiast to wypisz wymaluj Telly Savalas, czyli słynny detektyw Kojak z serialu z lat 70. Wyglądem się różnią, ale mają wiele wspólnych cech - na przykład są miłośnikami starożytności i kobiecych wdzięków, z których ochoczo korzystają w salonce Lwów - Kraków.
Akcje powieści umieszcza pan w przedwojennym Lwowie - co pana skłoniło akurat do takiego wyboru? Czy była to owa szczególna więź, która łączy dzisiejszy Wrocław z utraconym Lwowem?
Tak, to owa szczególna więź. Wielu wrocławian ma rodzinne związki ze Lwowem. Moja mama pochodzi spod Lwowa, a mój dziadek przed wojną był we Lwowie kelnerem. Mój nieżyjący wuj, któremu tę książę dedykuję, opowiadał mi jako dziecku wspaniałe historie o tym pięknym mieście - mieście ogrodzie, mieście parku, mieście wielu narodowości żyjących obok siebie w zgodzie i tolerancji.
Jak przebiegały prace we Lwowie? Podobno otrzymał Pan duże wsparcie ze strony mera miasta.
Mer Lwowa sądził, chyba słusznie, że jeśli autor, który został przełożony na 18 języków, zacznie pisać o jego mieście, stanie się ono bardziej popularne. W związku z tym wpisał mój plan pisania o Lwowie w swoją strategię marketingową. Zatem otrzymałem duże wsparcie - miałem do dyspozycji świetnych historyków, mieszkańców dzisiejszego Lwowa, którzy cenią i doskonale znają polską przeszłość miasta. Korzystałem z ich pomocy, która była niezastąpiona.
Napisał pan książkę wykorzystując wiele zwrotów charakterystycznych dla mowy ówczesnych lwowiaków. Jak się pan do tego przygotowywał?
Bałak, czyli dialekt lwowski, poznawałem głównie z pracy Zofii Kurzowej, językoznawczego kompendium wiedzy o dialekcie kresów południowo-wschodnich, a również, ale w mniejszym stopniu, sięgałem pamięcią do języka mojego wuja i mojej mamy, chociaż jej język uległ standaryzacji. Miałem więc w tej kwestii osobiste doświadczenia.
Czy przeniesienie akcji do Lwowa oznacza, że Wrocław wyczerpał się jako sceneria pana powieści?
To podchwytliwe pytanie. Gdybym na nie odpowiedział, wyraźnie zasugerowałbym, jakie są moje przyszłe plany pisarskie. Nie zrobię tego, ponieważ jako pisarz powieści tajemnic mam również przywilej pewnej tajemniczości.
W pana kryminałach nie brakuje nie tylko tajemniczości, ale także drastycznych scen. W "Widmach w Breslau" mamy okrutnie zamęczonych marynarzy, a w "Głowie Minotaura" zboczeniec odgryza kobietom policzki. Czy tego typu opisy są konieczne dla kryminału?
Nie wiem, czy są konieczne. Mogę natomiast powiedzieć, że są ważne dla moich powieści, ponieważ te mordy są tak bestialskie, że czytelnik może solidaryzować się z moim głównym bohaterem, który na końcu każdej książki, bez pomocy sądu, sam wymierza sprawiedliwość. Krótko mówiąc, czytelnik może powiedzieć: dobrze tak tej bestii, mimo że została ona pozbawiona sprawiedliwego procesu.
Czy cykl powieści o Mocku będzie kontynuowany?
Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.
Rok temu wraz z Mariuszem Czubajem rozpoczął pan gdański cykl kryminalny. Czy to równoległa linia powieściowa?
Tak, to równoległy cykl. Napisaliśmy razem dwa współczesne kryminały, które osadziliśmy w Gdańsku. Była to bardzo ciekawa literacka przygoda, książki te zostały ciepło przyjęte przez czytelników. Przez krytyków znacznie gorzej. Ale opinie krytyków nie miały wpływu na to, że cyklu nie będziemy raczej kontynuowali, ponieważ mamy solowe projekty pisarskie. Z całym naciskiem chcę jednak podkreślić, że nadal jesteśmy przyjaciółmi i może kiedyś wrócimy do wspólnego pisania.
Jak doszło do zainteresowania się literaturą kryminalną - wcześniej wykładał pan filologię klasyczną na Uniwersytecie Wrocławskim.
Literaturą kryminalną interesowałem się od dziecka. Także później w trakcie mojej pracy na uniwersytecie.
Prowadzi pan w Krakowie zajęcia w ramach kursu kreatywnego pisania. Czy pisania powieści można się nauczyć?
Można się nauczyć unikania pewnych błędów. Jeśli ktoś nie ma talentu, nigdy nie napisze powieści. Potrzebny jest talent i moi słuchacze taki talent wykazują. Ja jestem tylko po to, aby, korzystając z mojego doświadczenia, uchronić ich od pewnych błędów, mówić im, co jest niewłaściwe - i tu nieustannie przeplata się perspektywa pisarza-praktyka i czytelnika. Dlatego nie wszystkie uwagi muszą być przez moich słuchaczy akceptowane. Zdaję sobie z tego sprawę i godzę się z tym. Człowieka, który nie jest utalentowany, niczego nie można nauczyć, ale utalentowanego adepta można nauczyć niepopełniania pewnych błędów. Natomiast samego pisarstwa w wymiarze 18 godzin nauczyć trudno. Sam cel nauczenia unikania wszystkich błędów też nie będzie spełniony, jestem jednak przekonany, że zainspiruję moich słuchaczy i wyślę sygnały, które będą pomocne w ich pracy.
Jaki jest najczęstszy błąd?
Moim zdaniem, brak pełnego pokory i krytycyzmu spojrzenia na swój tekst. To błąd natury psychologicznej, który łatwo niwelować. Gdybym kiedyś jeszcze prowadził następny kurs kreatywnego pisania, zacząłbym na pierwszych zajęciach od poddania tekstów moich słuchaczy miażdżącej, czasami niesprawiedliwej krytyce, aby nauczyć ich pokory. Tej pokory brak mi u niektórych słuchaczy.
Zapewne pomocna jest logika...
Z całą pewnością tak, szczególnie jeżeli bierzemy pod uwagę logicznie skonstruowaną i wciągającą narrację. W trakcie kursu kreatywnego pisania chcę nauczyć unikania błędów przy tworzeniu sprawnej narracji, gdzie są zachowane wszelkie elementy formalne - choćby struktura trójaktówki. W mniejszym stopniu zajmuję się uczeniem budowania wiarygodnego psychologicznie portretu bohatera, bo na tym polu jestem słabszy. Nie nauczam też prozy eksperymentalnej, lecz prozy mogącej zaciekawić dużą grupę czytelników.
Czy można nauczyć budowania napięcia?
Można wskazać, jakie są metody. Choćby przez tworzenie krótkich, urywanych zdań lub niespełnianie oczekiwań czytelnika - czyli zaskakiwanie.
Czego potrzebuje początkujący pisarz?
Krytycyzmu...
A doświadczenia życiowego?
Tak sądzę. Takie dzieła, jak książka Masłowskiej, napisana przez dziewczynę bardzo młodą, czy inne podobne powieści, są wyjątkami potwierdzającymi regułę. Proza może być tworzona przez człowieka dojrzałego. Przed trzydziestką jest odpowiedni czas. O ile geniusz poetycki może wybuchnąć jak płomień w wieku nastoletnim, a potem zniknąć, o tyle prozaik może tworzyć efektywnie dopiero przed trzydziestką.
A z czego pan czerpie inspiracje?
Zewsząd. Z rozmów, z lektur, z filmów, a nawet ze snów - to też mi się kiedyś zdarzyło w odniesieniu do powieści Widma w mieście Breslau. Przyśniła mi się dominanta mojej powieści, czyli fakt, że każdy przesłuchiwany przez policjanta zostaje później zamordowany.
Co okazało się dla pana najtrudniejsze w czasie pisania najnowszej powieści?
Zawsze najtrudniejsze są dla mnie opisy, nie potrafię sobie z nimi dać rady. Zarówno opisy psychologiczne, jak i opisy zewnętrzne. Opisy ulic, domów, przedmiotów, za które czasami chwalą mnie krytycy, są dla mnie szczególnie trudne. Tworzę je w bólu, choć chciałbym, aby były one oczywiście jak najbardziej wiarygodne, detaliczne i dokładne. Okazuje się, że to, co wychodzi człowiekowi dobrze, sprawia też spore trudności. Parandowski opisuje w swojej Alchemii słowa, jak Flaubert siedział w swojej pracowni i przez pięć godzin nie mógł napisać słowa. Nikt nie przypuszczałby, że jego świetne opisy są wymuszone i powstają w takich bólach. Dobre opisy nie muszą mieć związku z łatwością tworzenia.
Czy może pan uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, o czym będzie kolejna powieść?
Jest to kryminał w stylu retro. O tytule mitologicznym: Erynie - boginie zemsty. Książka dzieli się na trzy części, a każda część jest zatytułowana imieniem innej bogini, mamy więc: Alekto, Tyzyfone i Megajrę.
Czy tym razem mrocznymi postaciami będą kobiety?
Nie, żadna kobieta nie będzie czarnym charakterem, a wręcz przeciwnie, i może wytrąci to oręż z rąk moich krytyków, którzy mówią, że Krajewski przedstawia kobiety stereotypowo.
Dziękuję za rozmowę.
W Księgarni Nowego Dziennika są do nabycia następujące książki Marka Krajewskiego:
Głowa Minotaura
Wydawnictwo WAB, Warszawa, 2009
s. 347, cena 20 dol.
Koniec świata w Breslau
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2007
s. 317, cena 16 dol.
Róże cmentarne (współautor Mariusz Czubaj)
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2009
s. 316, cena 19 dol.
Przy zakupie z wysyłką do ceny prosimy doliczyć 6,50 dol. porto
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
strona internetowa: www.ksiazkionline.com